czwartek, 22 września 2011

Co mnie nie zabije...

Słodycze są dla mnie tematem tabu.

Mogłyby w ogóle nie istnieć (podobnie jak alkohol), ale są i jest problem, bo Tymek się już nauczył, że od czasu do czasu osłodzić sobie życie trzeba i wierci dziury w brzuchach domownikom, by ci podnieśli mu poziom cukru we krwi.

Walczę z tym, co czasem łobuz obiadu nawet nie chce tknąć, a wafelka i owszem. Grrrrrr!

Ostatnio w jego jadłospisie pojawiły się żelki. Uwielbia je. Czasem wykorzystujemy żelki, by uzyć je jako rekwizytów w zabawie. Żelki to lekarstwa, które lekarz przepisuje choremu pacjentowi.

Pacjent z reguły może przedawkować te lekarstwa, bo Tymek hojnie się dzieli między potrzebujących.

No i wczoraj byłem "chory." Wchodzę do jego gabinetu, kładę się na dywanie, zamykam oczy i mówię:

- Oj, gardło mnie boli - i wcale nie kłamałem.

Tymek nachyla się nade mną:

- Otwórz buzię - mówi.

Coś mi pcha paluchami między zęby. Rozgryzam żelkę, a tu...


...plastelina.

PS

Uprzedzam ewentualne pytania - plastelina jest bardzo słona.

6 komentarzy:

  1. Słona??? To chyba jednak wolisz czasem słodycze ? ;-P

    OdpowiedzUsuń
  2. Napisałeś, że wczoraj byłeś chory... czyli plastelina zadziałała?

    OdpowiedzUsuń
  3. Wciąż jestem chory. Plastelina na zapalenie gardła jakoś kiepsko pasuje...

    OdpowiedzUsuń
  4. najlepsze jest bieganie - zrobisz 40minut wybiegania i na drugi dzień z gardłem nie ma problemów

    OdpowiedzUsuń
  5. Antek - łączę się z Tobą w bólu...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.