czwartek, 29 września 2011

Oby to było przeziębienie...

Dwa dni temu Córa spadła z łóżka na podłogę. Okoliczności przykre. Guz mały, podrapany nos. Gdy przyjechałem z roboty i się dowiedziałem, musiałem usiąść. Tak się przestraszyłem. Dzwoniliśmy do szpitala, czy przyjeżdżać, ale kazano nam obserwować, czy nie zachowuje się "nieswojo."

Najgorsze jest to, że akurat ząbkuje, więc jej nocne marudzenie, gorączki i budzenie się jest NIBY normalne. A jeszcze w domu wciąż panuje jakiś bakcyl, od którego mnie i Żonę bolą gardła.

Jutro idziemy do lekarza i ....tak jak w tytule - oby to było tylko przeziębienie...

środa, 28 września 2011

piątek, 23 września 2011

Gdyby babcia miała wąsy...

Przyjemnie się czasem zabawić w grę pod tytułem "Co by było gdyby..." 

Wiem, w szkole wciąż się powtarza męczącym (czytaj - dociekliwym) uczniom "Gdyby babcia miała wąsy...", ale dziś sam sobie na spekulacje pozwolę. 

Co by było gdyby Ziemia była wielkości Jowisza (Ziemia "rozłożona" na Jowiszu zajęłaby obszar Indii)?

Co by było, gdyby nie istniała muzyka rockowa? Czego byśmy słuchali? Jacy artyści zapełnialiby stadiony, kto męczyłby się w garażach, by brzmieć jako-tako? 

Może świat należałby do artystów rodzaju Franka Sinatry, którego ostatnio wciąż słucham przed zaśnięciem. 

Żadnych łoskotów, charczenia, palenia gitar i skoków w tłum... 

Album wybitnie na czasie- vide tytuł.

czwartek, 22 września 2011

Co mnie nie zabije...

Słodycze są dla mnie tematem tabu.

Mogłyby w ogóle nie istnieć (podobnie jak alkohol), ale są i jest problem, bo Tymek się już nauczył, że od czasu do czasu osłodzić sobie życie trzeba i wierci dziury w brzuchach domownikom, by ci podnieśli mu poziom cukru we krwi.

Walczę z tym, co czasem łobuz obiadu nawet nie chce tknąć, a wafelka i owszem. Grrrrrr!

Ostatnio w jego jadłospisie pojawiły się żelki. Uwielbia je. Czasem wykorzystujemy żelki, by uzyć je jako rekwizytów w zabawie. Żelki to lekarstwa, które lekarz przepisuje choremu pacjentowi.

Pacjent z reguły może przedawkować te lekarstwa, bo Tymek hojnie się dzieli między potrzebujących.

No i wczoraj byłem "chory." Wchodzę do jego gabinetu, kładę się na dywanie, zamykam oczy i mówię:

- Oj, gardło mnie boli - i wcale nie kłamałem.

Tymek nachyla się nade mną:

- Otwórz buzię - mówi.

Coś mi pcha paluchami między zęby. Rozgryzam żelkę, a tu...


...plastelina.

PS

Uprzedzam ewentualne pytania - plastelina jest bardzo słona.

środa, 21 września 2011

Westerplatte broni się głupio...

Moje ciało to ostatnio Westerplatte. Wciąż atakowane jakimiś wrogimi bakteriami, wirusami. Wciąż dzielnie odpierało szturmy, wciąż się zbroiło w witaminy i inne suplementy, by przeżyć snującą się w domu chorobę (dzieci chore, teściowa chora, Żona też).

W końcu kapitulacja. Wczoraj gorączka, ból gardła okrutny, pierwsze prochy w tym roku rozpuszczane w ciepłej wodzie. Poty, drżenie...

I zawsze w takich chwilach przypominam sobie taką oto historyjkę z własnego życiorysu:

chodzę do liceum, stary koń już jestem, ale grypa mnie dopadła i zamieniła w bezbronnego zdanego na opiekę Mamusi synka.

Synek cały dzień zdycha. Nic nie może jeść, bo gardło ma zmasakrowane. Pada z głodu niemal. Dopiero wieczorem, gdy antybiotyk zaczął jako tako działać, wstaję z łóżka i człapię do kuchni. Mamusia kochana przygotowała ukochane spaghetti - aż się niemal wzruszyłem matczyną dobrocią.

Siedzę nad parującym talerzem. Ślina napływa do ust. A ja trzymam pod pachą termometr i mówię sobie:

"Tylko zmierzę temperaturę i jem. Akurat zdąży nieco ostygnąć."

Temperatura nieco spadła. 37,6 zaledwie. Już chwytam widelec, gdy przychodzi mi do głowy szatański pomysł:

"Ciekawe, jaką temperaturę ma spaghetti?"

Wkładam srebrzystą końcówkę termometru w sam środek polanego sosem makaronu i słyszę trzask - jakby pękła miniaturowa świetlówka...

wtorek, 20 września 2011

Moja odpowiedź na zewnętrzny układ sił...



Jest taki wiersz, który przez całe lata przypominałem sobie, gdy było źle. 


Ten wiersz to 


Dar (Czesława Miłosza)


Dzień taki szczęśliwy.
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle.



Dziś jednak wiem, że ten wiersz kłamie. Niczego nie obiecuje. Jest złudnym pocieszenie. Marnym mirażem spokoju. 


Dziś wiem, co czują bohaterowie tego wiersza Grzegorza Wróblewskiego:



Larsen opowiada nam w pubie na Chistianshavn o swojej niezasłużonej, małej stabilizacji


Rozumiem się dobrze, Larsen: Jesteś teraz,
podobnie jak i ja, tłustą świnią, zapychasz się
solonymi orzeszkami i czytasz w dziale plotek
o austriackich nazistach, którzy bezkarnie
panoszą się w Internecie.
Ale nie przejmuj się, Larsen! Każdego to może
spotkać! W kurwę... Spójrz tylko na tych smutnych
chłopców w pomarańczowych kaftanach, którzy od rana
wycinają zarośla na fosie. Czy chciałbyś jeszcze raz,
mieć coś z nimi wspólnego?


piątek, 16 września 2011

Anty anty

Towarzystwo się pochorowało. Tymek, Kalina - jedno od drugiego.

Jedziemy do lekarza. Cóż, to nie "nasza" pediatra, ale lekarz jest lekarz, prawda?

Wchodzimy. Za biureczkiem siedzi blond pani w średnim wieku. Wzbudza zaufanie? Hmmm, może, pierwszy raz ją widzę. W każdym razie charyzmę ma jak Tadeusz Mazowiecki. Bada, powiedzmy, porządnie.

Najpierw młody - "osłuchowo czysto", ale "gardło brzydkie." Potem Kalina. Podobnie sprawy się mają.

Co na recepcie? Antybiotyki. Mnie nieco zmroziło. Tymek już brał podobne świństwa, ale był wtedy w 10 razy gorszym stanie. A Córa? Nie za młoda?

W domu sprawdziłem w encyklopedii leków co jest co - okazało się, że skutki uboczne jednego z antybiotyków  opisane są na przestrzeni większej niż zajmuje treść polskiej konstytucji.

O nie, nie dajemy. Idziemy do kogoś, kto z mniejszą swobodą szafuje lekami. Bo w sumie co to za sztuka? Też bym tak mógł.

- Ma pan zaczerwienione gardło? Ten antybiotyk! Boli panią brzuch? To ten antybiotyk.

Proste?

***

Młody dziś drugi dzień z rzędu jest w domu z babcią. Cieszy się od rana, przeszczęśliwy. Jakby był wczoraj taki, do przedszkola by poszedł. A tak ma wmówione, że w przedszkolu jest sprzątanie i dzieci zostają w domu.

To wersja oficjalna, w którą uwierzył i nie wolno z oczywistych względów tej fikcji mu rozbijać.

Jak powiadają - kłamstwo podstawą wychowania małych dzieci.

środa, 14 września 2011

Może wystarczy?

Idę z Synkiem rano do sklepu. Rano, przed przedszkolem, by się młodemu nieco czarne myśli rozwiały.

Mijamy uczennice stojące przed miejscowym liceum. Wyraźnie zdenerwowane.

- Słuchaj - zaczyna jedna - umiesz coś na chemię? Trzy lata materiału do opanowania, a ja wiem tylko, że H to wodór...

wtorek, 13 września 2011

W obecnym stanie ducha...



...jestem w stanie publikować tylko piosenki.

Coś się musi zmienić.

Najprościej chyba "garnitur" bloga, jego tytuł ("Wnętrze budy Reksia", może tak zdefiniuje nową przestrzeń?), bo z całą resztą gorzej.

Pamiętacie?

Coś zmienić w swoim życiu, zacząć myć zęby.

niedziela, 11 września 2011

No to koniec dobrego

Msza dziecięca. Dziś. Epilog jej i ksiądz dobrodziej zaczyna ogłoszenia parafialne:

- Niedziela już się kończy...

I w tym momencie zegar na ratuszu wybija dokładnie południe.

czwartek, 8 września 2011

Limbo

Wchodzących wita naturalnych rozmiarów niedźwiedź, którego czyjś szalony kaprys kazał ubrać w strój człowieka - spodnie i koszulę. Stoi, patrząc martwymi oczami na wchodzących, których się tu zostawia.

Ściany zdobią obrazy - jakaż to wyobraźnia stworzyła te karykatury istnień, ten kolory spłodzone w głębi nocy pogrążonych w majakach, te kształty pulsujące rytmem amorfii. Z każdej ściany. Jakby wchodzący mieli być przygotowani na najgorsze...

Korytarze lekko skręcają, prowadzą do osobnych sal, gdzie pierwsi już siedzą na swoich miejscach i uporczywie wpatrują się w drzwi, w tych, którzy którzy ich tu zostawili, by nie wrócić się, nie obejrzeć się...

Po chwili rozlega się płacz. Płacz rośnie, podnoszony do potęgi następnymi krzykami, jękami, zawodzeniami...

Poranek w przedszkolu im. Misia Uszatka.



***
Od tygodnia Tymek chodzi do przedszkola. Jest cieżko. Momentami bardzo. Żadna wesoła wizja. 

Codziennie rano zaczyna się litania...

"Tata, nie jedź do pracy. Ja nie chcę, żebyś zarabiał pieniądze. Tata, weź mnie ze sobą. Zostań ze mną w przedszkolu. Ja zostanę w domu sam. Nic mi się nie stanie. Nie lubię przedszkola..."

Trzeba być twardym jak Charles Bronson, żeby nie ulec rozpaczającemu (z zachowaniem pewnej dziecięcej godności) Synkowi. Serce się łamie, gdy zrezygnowany powtarza: "Tata, wytrzyj łezki..." i jak na ścięcie idzie w kierunku samochodu, którym go zawozimy.

W samym przedszkolu szybko jest przejmowany przez panią, a on idzie z płaczem w kierunku łazienki, gdzie myje rączki.

Gdy po niego przyjeżdżam, mówi: "Ja tak bardzo płakałem za tobą. Bałem się, że nie przyjedziesz..."

A wczoraj w nocy obudził się pierwszy raz z rykiem i taką dawką agresji, którą wyładował na nas, że wyglądało to jak rasowy przykład opętania.

"Ja chcę wybić szybę! Ja chcę wybić tacie oko! ja chcę zabić mamę!"

Podrapał nas, siebie podrapał... 

Koszmar.

Ok, ja rozumiem, że przedszkole socjalizuje dzieci. Że w domu dużo więcej by się nie mógł nauczyć i snułby się wśród starych zabawek. Że to pierwszy mały niezbędny krok, ale, 

do cholery jasnej!, 

czy przypadkiem rozwój intelektualny u niego nie wyprzedził rozwoju emocjonalnego i czy po prostu Tymek nie jest jeszcze zwyczajnie za mały na opuszczenie domu?

Nie wiem.

Mam nadzieję, że najbliższe tygodnie rozwieją nam wątpliwości.

Tata...

...smutny...





poniedziałek, 5 września 2011

Multi-kulti

Czasami miło jest drażnić Synka. Intelektualnie. Zadać mu pytanie w stylu "A dlaczego?", podważyć jakieś jego całkowicie fantastyczne wyobrażenia o świecie, generalnie - wdawać się z nim w intelektualne dysputy.

Wczoraj go pytam:

- Chciałbyś, żeby w domu był nowy dzidziuś?

Pytanie niebezpieczne, bo czasem Tymek zbyt "mocno" okazuje uczucie młodszej siostrze.

- Tak! - odpowiada po chwili namysłu - I żeby był brązowy!

piątek, 2 września 2011

Pokarało mnie srodze...

Idziemy z rodzinką na spacer. Kierunek - zamek i park. Trzeba pozwolić się młodemu dotlenić po kilku ładnych godzinach w przedszkolu. Idziemy. Żona zostaje w małej "placówce gastronomicznej" obok wejścia do parku, jakaś kawa. A ja z Tymkiem kierujemy się do zamku.

Tam się dzieje! Podjeżdżają kolejne i kolejne samochody. Piękne, niemal prosto z salonu. Lepszy świat. Lepsze życie. Wysiadają ludzie z wyższej półki. Piękni, ubrani w butikach, które zaopatrują "światowej sławy" projektanci. Luźni, swobodni. Mężczyźni - rozrzucone gesty. Kobiety w kapeluszach. Atmosfera wyścigów konnych w Ascot.


Blask bijący od półbogów (lub bogoli, jak to się u mnie mówi)

Podchodzimy z Tymkiem bliżej. W sumie nawet nieco mieszamy się z tym tłumem arystokratów, czujemy ich perfumy,  ocieramy się o ich  odświętne stroje. Słyszymy śmiechy. Zbyt perliste jak na mój gust.

Docieramy do upiornie długiej limuzyny, która zaparkowała przed zamkiem. "Para Młoda" zamiast tablicy rejestracyjnej. Wszystko jasne. Ślub w zamku! Państwo młodzi jak z Disnejowskiej ekranizacji idealnego życia. Tak bajkowo się zrobiło. Tak romantycznie. Tak światowo.


Oczywiście piszę w pełen zgryźliwości sposób. Trochę jak (zachowując proporcje) Prus o arystokratach w "Lalce." Po prostu mam serce po lewej stronie i raczej wnerwia mnie ten Olimp, na którym rezydują ludzie z grubszymi portfelami i rozrośniętymi ego.

Podłe to? Może.

Ale chyba nie tylko ja czułem coś podobnego obserwując ten teatr ślubny. Na ławce obok siedziała młoda mama z mężem. Mama - antyteza elegancji. Puszysta, włosy ścięte niemal do skóry, okulary. Czarna bluzka i spodnie. Taki encyklopedyczny wizerunek anarcho-feministki.

- Zobacz, jaki tłum - mówi do męża, wskazując gości weselnych - taki sam tłum będzie przed Sądem Rejonowym, gdy będą się rozwodzić.

Zgryźliwość pierwsza klasa. I mimo mojej awersji do krótkowłosych dziewczyn, w tym momencie poczułem, że znaleźlibyśmy wspólny język.

Ale we wszechświecie musi istnieć jakaś sprawiedliwość, skoro nabijanie się z bliźnich bywa surowo, i czasem natychmiast, karane.

Wchodzimy z Synkiem do parku. Siadamy na kamieniach wystających z fosy i obserwujemy pływające tuż pod powierzchnią rybki. Zadowolenie przerywa nagle okrzyk Tymka:

- Tata! Zachciało mi się siku!

No to ja szybko w kierunku najbliższych krzaczków. Opuszczam mu spodnie. Majtki jeszcze suche, a on mi na to:

- Tata, jeszcze kupę zrobiłem...

czwartek, 1 września 2011

Chyba im to wybiłem z głowy...

Dzwonię wczoraj do mojej Mamy:

- Kalinie chyba zęby się ruszyły. Widać małą kreseczkę. Chyba dwa od razu jej wyskoczą.

Moja Mama ucieszona, bo Kalina jest jej ulubienicą (miała 3 synków, ma dwóch wnuków, więc wnuczka to skarb autentyczny). I po wymianie kilku informacji w stylu "Co u Was? Bo u nas to...", Mama mówi:

- Wczoraj był do ciebie telefon. Z jakiejś mennicy w Katowicach. Mają dla ciebie bardzo ciekawą propozycję podobno. Dałam im twoją komórę, więc nie zdziw się jak zadzwonią.

- OK - mówię i główkuję, o co chodzi? Ale czułem, że może (może) chodzi o coś naprawdę dobrego. No bo po co by się ze mną chcieli kontaktować? Tak na komórkę?

Jakoś mnie to, nie powiem, ruszyło.

No i dzwoni telefon. Odbieram.

- Dzień dobry, nazywam się tak i tak. Mam dla pana bardzo ciekawą propozycję. Otóż nasza mennica przygotowała unikatową kolekcjonerską serię monet. Dużych monet o średnicy 3 cm. Bardzo pięknie zapakowane za jedyne 10 złotych każda. Seria monet przedstawia najwybitniejszych Polaków. Jest Jan Paweł II. Po raz pierwszy (!) na monetach pojawią się rodzice Jana Pawła II...

W tym momencie odsunąłem telefon daleko od głowy i skupiłem się na bajce, którą oglądał akurat Synek siedząc mi na kolanach. Gdy podniosłem telefon do ucha, atrakcyjna oferta wciąż była przedstawiana, więc zbliżyłem słuchawkę do ust Tymka, a ten swoim starym "telefonicznym" zwyczajem krzyknął:

- UGA BUGA BUGA!


Rozłączyłem się. Nie dzwoniono więcej. Przekaz był chyba wystarczająco czytelny.