wtorek, 23 sierpnia 2011

Błękitnokrwisty pies

W Kaliszu. Sąsiedzi moich rodziców mają trzy psy. Mieszańce. Kundelki małe a wredne. Kudłate, poczochrane. Obszczekujące wszystkich zza płotu. Szczerzące kły na każdego - łącznie z właścicielami.

Siedzę sobie w ogrodzie. Coś tam usiłuję czytać, a tu nagle głos sąsiadki wołającej pieska:

- Maniek! Maniek!!

Pies maniek najwidoczniej nie przychodzi.

- Maniek!!!

Cisza.

- MANFRED!!!


10 komentarzy:

  1. Potem było cicho, więc pewnie przyczłapał...

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  2. Zakrztusiłam się kawą Inką! Muszę uważać kiedy czytam Twoje posty, grozi śmiercią nagłą ze śmiechu:) A może to ten pythonowski żart, który zabija? hihi. Manfred do nogi. Brzmi dumnie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyszedł z ciekawości ;) albo ze wstydu, żeby już więcej tak głośno na niego nie wołała tego imienia ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Może tym imieniem chcieli dodać powagi małemu szczekaczowi?:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Papryczko, dziękuję Ci serdecznie. Uważaj przy klawiaturze. Będę starał się pisać bezpieczniej.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiem już jak NIE nazwę swojego syna ;-P od teraz na wieki to imię będzie kojarzone z ta historią ;-P

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedyś w radiu słyszałam taką anegdotkę: staruszek przeprowadził małego czarnego kundelka do weterynarza. Weterynarz był z Afryki. Staruszek chce uspokoić pieska i mówi:
    - Pimpuś, spokojnie.
    Pies nie reaguje.
    - Reksio, no już dobrze.
    Pies nic.
    Weterynarz w końcu mówi:
    - No niech pan nazwie pieska po imieniu.
    Staruszek na to:
    - Murzyn, leżeć.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.