poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Tryby

Zaczynamy młyn:

a) dziś pierwsze zebranie w szkole, pierwsze obowiązki przydzielone, pierwsze wizje tego, co się może przytrafić przez długich 10 miesięcy pracy. Jutro kolejne zebranie, pojutrze kolejne zebranie, popojutrze rozpoczęcie roku szkolnego... A zakończenie dopiero 29 czerwca. Chodzimy do oporu,

b) Synek trzy razy był już w przedszkolu na zajęciach adaptacyjnych. Takie mikroskopijne zajęcia trwające 2 godziny. Zabawy, jedzonko, leżakowanie. Synek przezywa to ciężko. Ryczy, gdy tylko zda sobie sprawę z tego, że Mama znika mu z oczu. Pocieszające jest to, że nikogo nie pobił i łez jest z dnia na dzień coraz mniej...

c) Żona wraca po przerwie do swojej szkoły. I tu przezabawna sytuacja sprzed ponad tygodnia. Żona idzie na spacer z Córą. na ulicy trafia na swoją uczennicę, którą będzie w tym roku uczyła w klasie maturalnej. Po krótkiej dość powierzchownej wymianie grzeczności, dziewczyna mówi:

- Ale z pani się przez ten rok urlopu (macierzyńskiego - moje wtrącenie) zrobiła laska.

I tak całą naszą trójkę wchłaniają powoli tryby państwowej edukacji. Każdego na swój sposób mielą.



Córa się jeszcze nie kwalifikuje, ale wkrótce, wkrótce...

niedziela, 28 sierpnia 2011

Wiersz na nowy tydzień XV

Billy Collins należy do najbardziej elitarnej grupy, jaką kiedykolwiek wytworzyła ludzka cywilizacja. To poeta, który ponoć utrzymuje się z pisania wierszy! Tak, można utrzymywać się z tego nie będąc przy okazji laureatem Nagrody Nobla.


Jego tomiki z powodzeniem konkurują na listach czytelniczych przebojów, a wiersze są...hmmm...dla ludzi. 


Ciepłe, pozbawione patosu, przystępne, rzucające miękkie światło na nasze codzienne rutynowe czynności. 






Geniusz
mówiło się w ogólniaku na kogoś,
kto depcząc sznurówki przewracał się na korytarzu
i rozrzucał wokół książki i zeszyty.
A ktoś, kto wpadał na otwarte drzwi szatni,
był znany jako Einstein,
który wymyślił jazdę tramwajem w nieskończoność.
Później geniuszem stawał się ktoś,
kto potrafił wziąć kawałek kredy i wyeskortować pi
do stu cyfr po przecinku,
albo ktoś, kto stał na rusztowaniu z napisem na plecach,
albo rysował wodny młyn na marginesie,
albo zapuszczał w nocy cichą muzę.
Ale kilka dni wcześniej, idąc drewnianą ścieżką,
pomyślałem, że łabędzie na tafli zbiornika
to prawdziwi geniusze:
wymyśliły one, jak latać,
jak być równocześnie pięknym i pełnym siły,
i jak znajdować partnerów na całe życie.
W sumie dwudziestu czterech geniuszy
(bo policzyłem je wszystkie, jak to robił Yeats)
na spokojnej, krystalicznej toni -
czterdziestu ośmiu, jeśli dodamy także ich odbicia,
albo równo pięćdziesięciu, jeśli dorzucić mnie
i psa, który biegł daleko przede mną,
mieliśmy choć na tyle oleju w głowie, że tego dnia
wyszliśmy na dwór - pies obwąchiwał ściółkę,
ja trzymałem głowę prosto w jasnym powietrzu poranka.
przeł. Paweł Marcinkiewicz

czwartek, 25 sierpnia 2011

Rok 1

Rok istnienia.


79 obserwatorów.


228 postów.


1927 komentarzy.


32 tysiące wejść.


Dziękuję, Kochani!


Torcik dla Was.

środa, 24 sierpnia 2011

wtorek, 23 sierpnia 2011

Błękitnokrwisty pies

W Kaliszu. Sąsiedzi moich rodziców mają trzy psy. Mieszańce. Kundelki małe a wredne. Kudłate, poczochrane. Obszczekujące wszystkich zza płotu. Szczerzące kły na każdego - łącznie z właścicielami.

Siedzę sobie w ogrodzie. Coś tam usiłuję czytać, a tu nagle głos sąsiadki wołającej pieska:

- Maniek! Maniek!!

Pies maniek najwidoczniej nie przychodzi.

- Maniek!!!

Cisza.

- MANFRED!!!


piątek, 19 sierpnia 2011

Nadbałtyckie wykwity "c"humoru

Wpis raczej dla dorosłych. 

Takie oto pamiątkowe kartki z wakacji można nabyć na stoiskach nad całym (podejrzewam) polskim morzem.








Tak się nad Bałtykiem świętuje Rok Czesława Miłosza.



Takie majty z subtelnym napisem można kupić...



A to kapitalna literówka chwycona z TVP Info.


PS

Wybaczcie jakość obrazów, ale mój telefon przechodzi na pomostową emeryturę.

środa, 17 sierpnia 2011

Obecny!


Wyjazd w niedzielę rano. Pogoda sprzyja jeździe. Chmury i chłodno, więc może kierowcy nie będą wariować na drogach. No i ciężarówek chyba będzie mniej.

Samochód załadowany po dach. Wsiadam, by wyprowadzić naszego forda przed dom. Przekręcam kluczyk…

Khhh….khhhh… - mówi silnik – Khhh…. Khhhh….

Ogólnorodzinna załamka – tuż przed wyjazdem awaria! Ja obstawiam akumulator, ale Żony intuicja podpowiada gorsze wersje wydarzeń – coś z pompą, coś z elektroniką. Teść – coś z rozrusznikiem.

Telefon do znajomego mechanika. Jak nie odpali na popych (auto, nie mechanik), wtedy przyjedzie. Ja wciąż obstawiam akumulator (optymista, he, he, he). Synek płacze, bo chce już jechać. Córa na rękach babci zdezorientowana.

Teść łączy kablami nasz wóz ze swoim wozem. (W tym miejscu następuje chwila modlitwy do wszystkich naszych patronów.) Odpalamy.

JEST!

A więc to w czasie pakowania ktoś nie zamknął drzwi lub nie wyłączył radio, lub cokolwiek innego i biedny samochód stracił przez noc całą energię do życia.

Jedziemy. Żona powozi, ja z tyłu pomiędzy dzieciakami. Nerwów nie ma. 2/3 trasy mija bez problemu, aż trafiamy na odcinek, gdzie pojawia się koszmarna ilość zakrętów.

Trafia mnie choroba lokomocyjna. Klasyczna wersja – mdli mnie, nie mogę czytać nazw miejscowości, które mijamy, oczy mam wbite w jeden punkt i wyobrażam sobie wielką zieloną łąkę.

Nic nie pomaga – musimy się zatrzymać, pooddychać, rozprostować nogi.
Trochę lepiej.

Trafiliśmy na miejsce. I jak się okazało – tego dnia Sarbinowo zaliczyło już 2 wielkie burze. Miało się okazać, że to tylko początek.

Pakujemy się do domku. Małego dwupokojowego drewnianego budyneczku. Tymek dostaje do spania parter piętrowego łóżka. Na piętrze urządzam mu salę kinową – laptop z porcją odcinków Reksia.

Córa śpi w kojcu w naszym pokoju. Jakoś udaje się w miarę sensownie i logicznie zagospodarować tę skromną przestrzeń.

Pierwszy świadomy kontakt Tymka z morzem był wspaniały. Młody wręcz oszalał na widok ilości piasku i wody, która faluje, goni plażowiczów, a potem przed nimi ucieka.

Szczęśliwy był – to mało powiedziane. Wciąż ciągnął mnie za rękę w stronę morza i wołał:

- Tata, idziemy.
- Ale zimna jest woda… - mówiłem, wykorzystując najsilniejszy argument.
- Ale z tatą, na raczkach, żebym się nie utopił.

Wchodzimy. Woda taka zimna, że drętwieją mi nogi i serce się zatrzymuje. A Tymek:

- Tata, idziemy. Na drugą stronę!

Pierwszy dzień był w miarę ok., ciut popadało, ale miałem nadzieję na poprawę pogody. Oj, głupi byłem, głupi, bo wylądowaliśmy w środku sezonu, o którym miejscowi długo mówić, używając zwrotów typu: „A pamiętasz, jak nam obroty spadły o 50%? Pamiętam, lato 2011…”

Było coraz gorzej. Lało, padało, siąpiło, mżyło, zacinało… Chmury sunęły nisko, wiało, a my przyklejeni do szyb, wypatrywaliśmy najmniejszych jasnobłękitnych dziur w niebie.

Z nudów zacząłem czytać nasz atlas samochodowy – wiecie, że w Polsce jest miejscowość Bagdad? Jest też Sahara i Siedem Chałup. Oto co deszcz robi z człowiekiem.

Raz wpadliśmy do Koszalina (wielka galeria handlowa, zakupy, snucie się). Raz do Kołobrzegu (Aquapark, spod którego odjechaliśmy z niczym, przeklinając setki ludzi mających identyczny pomysł na oszukanie deszczu).

Generalnie depresja, bo w międzyczasie rozchorował się Tymek. Zasmarkany po pas. Potem Kalina się rozłożyła. W domku zimno jak w psiej budzie, w nocy ubieramy dzieciaki w kilka warstw, sami drżymy pod kołderką jedną.

Na dodatek na parkingu obok co 20 minut uruchamiał się autoalarm w jakimś wozie. Na Jowisza! Jakby tego było nam mało…

Wkurzony byłem tym całym wyjazdem. Snuły mi się po głowie myśli w stylu: Jak zwykle w polskiej historii wygrali ci, którzy wyjechali za granicę. Już chciałem nas pakować, ale jakoś z głupią nadzieją czekaliśmy na rozpogodzenie.

Doczekaliśmy się – 3 ostatnie dni słoneczne albo przynajmniej wakacyjne (biorąc pod uwagę polskie realia pogodowe). Leżeliśmy na plaży, młody niszczył napotkane na swojej drodze piaskowe konstrukcje innych dzieci. Żona czytała, Kalina spała w wózku. Nawet nie obudziły jej nawoływania sprzedawców plażowych specjałów.

- Gorąca, gotowana kukurydza! Solone orzeszki! Zimne piwo! – wołał taki jeden przez… megafon. Oczywiście nawet ten megafon nie zwrócił niczyjej uwagi. W końcu facet zagrał va bank i krzyknął:

- Amy Winehouse nie żyje!

I tym akcentem kończę tę chaotyczną relację. W następnym odcinku fotograficzna relacja z eskapady rodziny F. i raczej dla dorosłych to będzie odsłona…



piątek, 5 sierpnia 2011

Komunikat poranny

W niedzielę rano śmigamy na 10 dni nad morze. Bałtyk. Nieobecność usprawiedliwiona. Oby pogoda się trafiła...

Pzdr już nadmorsko, pełnym jodu (nie jadu)

PA
                     PA

                                      PA 


PS

Zdam głębinową relację po powrocie.