środa, 27 lipca 2011

Szczyt szczęścia

Kiedyś mówiłem mojej Żonie (w której rodzinnym miasteczku mieszkamy), że w każdej chwili mógłbym się przeprowadzić do rodzinnego miasta. Ona spokojnie przyjmowała te fantazje, bo wiedziała, że to niemożliwe (tu oboje pracujemy). 


A gdy już zmuszałem ją do wcielenia się w postać przesiedleńca, odpowiadała, że najbardziej brakowałoby jej koleżanek. To byłby jedyny chyba problem…

Teraz doszedł inny. Doszedł mi. Z niespodziewanej strony.

Chodząc z mp3 po moim małym miasteczku, poziom głośności ustawiam mniej więcej na poziomie 10. I wszystko gra. W Kaliszu dojeżdżałem do 15-17 i ledwo byłem w stanie stwierdzić kiedy zaczyna się, a kiedy kończy następny utwór.

Szanując słuch, zwinąłem słuchawki i pasłem uszy hałasem ulicy. Hałasem, od którego się odzwyczaiłem lub też po prostu hałas ten urósł pod moją nieobecność.


Za dużo samochodów pędzi ulicami mojego rodzinnego miasta, ulice są za wąskie, nie ma gdzie zaparkować.

Czuć klimat rodem z „Tytusa, Romka i A’Tomka” – w jednej z ksiąg chłopaki lądują na wyspie „zaludnionej” przez samochody i ...




3 komentarze:

  1. nooo...tera autów jak mrówków;)

    OdpowiedzUsuń
  2. i sami je produkujemy ... ;-P nie tyle auta, co hałasy ;-P ech...

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziewczyny, łapiecie o co chodzi...

    pzdr

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.