czwartek, 30 czerwca 2011

Wyznania

Często, kiedy utracimy kogoś bliskiego i zrozumiemy, że żaden kontakt z nim nie jest już możliwy, wyrzucamy sobie, że "pozwoliliśmy mu odejść" nie wyznawszy mu naszego cierpienia, pragnień czy niewyjawionej tajemnicy, albo też miłości do niego, uczucia w ciągu całego życia  ukrywanego przez wstydliwość czy za sprawą monotonnej codzienności. A teraz ten człowiek nie żyje. Nie potrafiliśmy powiedzieć mu tylu rzeczy! Czyt teraz wreszcie wie to wszystko, czego nie mogliśmy , nie śmieliśmy mu przekazać?Czy nigdy się tego nie dowie? 
Ale i za życia czy można, czy trzeba można mówić sobie wszystko? Czy istnieją w życiu takie królewskie chwile spokoju, gdy jedna świadomość może otworzyć się przed drugą do tego stopnia, że żadna jej cząstka nie pozostanie w cieniu i rodzi się uczucie wyzwolenia? Nie sądzę. (...)
Czy w ogóle możliwa jest owa szczerość, którą tak chlubią się współcześni? Czy człowiek ma pewność, że powiedział już rzeczywiście wszystko? A nawet - czy to, co odczuwa, jest prawdziwe?
(...)
Ta otoczka niewyrażalności, która osłania nasze najbardziej własne myśli, rodzi się z ich głębi. 

Te nieprawdopodobne słowa znalazłem w "Dzienniku" Jeana Guittona, francuskiego katolickiego intelektualisty.  

Słowa wychodzące na przeciw mojemu osobistemu, prywatnemu oburzeniu, jakie wzbudzają we mnie czułostkowe i kiczowate sceny z filmów i z naszych "żyć", inspirowanych przecież przez hollywoodzkie wzory postępowania. 

Ile razy widzieliście w kinie rozpaczające bohaterki (bohaterowie rzadziej się rozklejają), które zaryczane wyznawały przyjaciółkom: "Boże, nie zdążyłam mu powiedzieć, że go kocham. O rany, zapomniałam jej powiedzieć, jak cenne były dla mnie jej rady! A on/ona teraz nie żyje!"

Zawsze mnie to raziło, zalatywało patosem i szeleściło papierem. Pewnie dlatego, że sam jestem raczej emocjonalnym "Anglikiem" i prędzej końmi by mnie rozerwali niż przyznałbym się przed najbliższymi, że ich kocham (Żonie bez przerwy mówię, ale ona jest wyjątkiem) i są dla mnie ważni.

Nasze wspaniałe czasy upominają się wciąż o nasze konfesyjne bebeszenie się przed innymi. Od programów w stylu "Rozmowy w toku" na tym blogu skończywszy. Wywlec coś z siebie, wyrwać kawał mięcha i nakarmić nim innych. 


Wyspowiadać się z win, depresji, zahamowań, blokad i kompleksów.

Mieć poczucie (nanosekundę) oczyszczenia.

Bo jak napisał wielki poeta John Ashbery w wierszu "A imię jej Ut pictura poesis":

Byłoby dziwne, gdybyś
wymagał więcej, ty, co masz tak wielu kochanków,
ludzi, którzy cię cenią i gotowi będą
coś dla ciebie zrobić, chociaż ty sądzisz, 
że to niesłuszne, że gdyby znali cię naprawdę..."

Tak, gdyby znali mnie naprawdę...


PS

Sam miałem tylko RAZ w życiu potrzebę powiedzenia komuś, co do niego czuję. Idę z najlepszym kumplem na spacer z jego psem. Noc. My na rauszu (wino, wino, dużo wina...). Mi się zbiera na czułości mówię: "Wiesz, jesteś moim najlepszym przyjacielem." 

"To fajnie", odpowiedział.

Odchorowałem strasznie to wyznanie. Dosłownie jakbym miał pokazać obcemu człowiekowi stan uzębienia lub czy mam obcięte paznokcie u nóg - podobny poziom intymności zaliczyłem. 

Całkowicie niepotrzebnie.  

Mój najlepszy kumpel wiedział, że nim jest.

8 komentarzy:

  1. Antek... ale każde czasy chyba szukały sposobu na wyrażenie emocji tkwiących w człowieku?
    Może nie na taką skalę, nie tak, ale jednak...
    Owszem, ogrom mazgajstwa i wyziewy emocjonalne, porażają, wrzucając często to co ważne do wora śmieszności i groteski.
    Tylko, że mi osobiście lżej, kiedy wypluję z siebie jakieś tam draństwa i już. Tym samym uznaję prawo innych do tegoż, jak i prawo do powściągliwości ;)
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  2. Wywlekaniem się brzydzę (mam nadzieję, że to, co uprawiam u siebie na Czekoladowym Blogu nie jest wywlekaniem, bynajmniej nie ma być...) ale... warto mówić do wybranych uszu do, co rzadko do nich dochodzi - kocham cię, sory, wybacz... takie tam Ważne Sprawy :))

    OdpowiedzUsuń
  3. :)
    Ciekawi mnie tylko, że tyle czasu i miejsca poświęciłeś odcinaniu się od wywlekania. Jakby to w ogóle Cię w żaden sposób nie dotyczyło, to byś tego nawet nie widział takich zjawisk, albo by Cię nie dotykały. Miliony - ba! Miliardy! - ludzi nie uzewnętrzniają i nawet o tym nie wiesz :)

    Postawa typu "A niech sobie wywlekają, histeryzują i teatralizują jak lubią..." Pytanie brzmi, komu to przeszkadza ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aneto, poświęciłem około 0.5 godziny.

    I masz rację, dotyczy to mnie. Wzmiankowałem o tym w poście. Dotyczy i wiem, że czasem trudno się oprzeć pokusie łatwizny, by opisać jakąś kotłowaninę emocji.

    A to nudne i mało kogo może przejąć.

    Mnie inna kwestia bardziej interesowała - czy powinniśmy czuć wyrzuty sumienia, gdy nie potrafimy się "wypowiedzieć" innym?

    Czy to ułomność, gdy nie umiemy komuś wprost powiedzieć, co do niego czujemy?

    Czy naprawdę musimy łamać wewnętrzne opory, by poczuć, że uffff w końcu je/jemu to powiedziałem/powiedziałam...?

    Czy może lepiej milczeć, jeżeli nie jest w naszej naturze obdarzanie innych naszymi najgłębszymi emocjami i stanami?

    Moim zdaniem lepiej powiedzieć za mało niż za dużo.

    OdpowiedzUsuń
  5. Antek Ty introwertyku Ty! :))) Witaj w klubie! I wiesz, napisałam zupełnie inny komentarz, ale go skasowałam, bo ...po co Ci ta wiedza?

    OdpowiedzUsuń
  6. A, no tak :)

    Dzięki za klaryfikację :)

    Jeśli mogę powiedzieć co przemyślałam przez ten czas - jedna kwestia jest taka, że słowa są dosyć słabe, jeśli chodzi o wyrażanie emocji. Ludzkość nad tym pracuje od pokoleń, ale to - jak sam zauważyłaś - najczęściej "nie to".

    Bardziej empatyczni pewnie wiedzą i tak :) A ci nieczuli? To o nich ci chodzi - mówić nie mówić?

    OdpowiedzUsuń
  7. "zauważyłeś" oczywiście ;)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.