niedziela, 31 lipca 2011

Miedziane gody

Dziś rocznica ślubu. Siódma. Miedziana... eeee...nie brzmi zbyt dostojnie, co?

Ale ładniej za to brzmi piosenka, przy której tańczyliśmy pierwszy taniec na przyjęciu. Uczyliśmy się choreografii na trawniku za domem, wymyślaliśmy najprostsze z możliwych figur, by się nie pogubić i jakoś to poszło...

Nawet się za bardzo nie deptaliśmy po nogach.




A wczoraj na spacerze z Synkiem i Córą mijamy restaurację, w której siedem lat temu przyjmowaliśmy gości.
Było jakieś weselicho. Para młoda akurat tańczyła.

- Po tych wszystkich "You can dance'ach" i "Tańcach z gwiazdami" oczekiwania gości są pewnie większe - mówi Żona -  dziś nasza amatorszczyzna by nie przeszła...


PS - nowa recenzja na Instrumentach samotności.

piątek, 29 lipca 2011

Jak przestałem się bać dentysty?

3 tygodnie temu zadzwoniłem do okolicznej dentystki, by umówić się na "pierwszy wolny termin." Nie ma niczego pilnego w mojej paszczy, ale kontrola by się przydała a i coś po słodkościach w jednym miejscu zaczyna mnie pobolewać.

"Pierwszy wolny termin", by uniknąć wpychania się między pacjentów i z marszu wylądować na fotelu. Siedzenie w poczekalni i przysłuchiwanie się silniczkom wierteł dentystycznych to dla mnie prawdziwa tortura . 

Czekam te cholerne trzy tygodnie - w miarę zbliżania się wizyty, oblatuje mnie coraz większy strach - a nuż coś znajdzie? Jakieś ognicho próchnicy? Drżenie. Bojaźń i drżenie...



Wybija godzina. Idę. Po 3 minutach jestem na miejscu (to blisko) i krew mnie zalewa. W poczekalni trzy niemo lamentujące niewiasty, w gabinecie już kogoś maltretują. Wkurzyłem się! 

Po to umawiałem się niemal miesiąc wcześniej, by teraz nie musieć czekać!

Ale czekam - pół godziny mija i wychodzi pacjentka. Wchodzę ja, ale tylko się zapytać, o której wejdę, bo okazało się, że jest około 1,5 godzinny poślizg!

Dentystka otwiera swój kalendarz i mówi, że przede mną są jeszcze dwie panie, więc mam się zjawić około 17, czyli za godzinę. I muszę przyjść przed kimś, kto się zjawi na 16:20.

Kurka, skomplikowane to. A jeszcze rzuciłem okiem w głąb jej dentystycznego kajetu i się przeraziłem. Całe strony zapisane nazwiskami pacjentów! Tak gęsto, że gdyby chciała się wyrabiać na czas, musiałaby każdemu poświęcić góra 10 minut!

Wróciłem do domu, przeczekałem godzinkę i drugie podejście - idę, a tu kolejka się nie zmniejszyła, bo... w międzyczasie wpadła "pacjentka z bólem" i weszła bez kolejki, a jeszcze dotarła kobieta z 16:20 i oświadczyła mi, że nie zamierza dłużej czekać i nikogo nie wpuści przed siebie.

Przestałem się bać dentysty, bo sobie po prostu poszedłem. 

Nie zamierzałem dłużej tracić cennego czasu wakacji. A i nie zamierzałem dłużej niż trzeba wkurzać się na kogoś, kto nie potrafi zarządzać swoim kalendarzem tak, by nikogo nie narażać na wpuszczenie korzeni w płytki poczekalni.




środa, 27 lipca 2011

Szczyt szczęścia

Kiedyś mówiłem mojej Żonie (w której rodzinnym miasteczku mieszkamy), że w każdej chwili mógłbym się przeprowadzić do rodzinnego miasta. Ona spokojnie przyjmowała te fantazje, bo wiedziała, że to niemożliwe (tu oboje pracujemy). 


A gdy już zmuszałem ją do wcielenia się w postać przesiedleńca, odpowiadała, że najbardziej brakowałoby jej koleżanek. To byłby jedyny chyba problem…

Teraz doszedł inny. Doszedł mi. Z niespodziewanej strony.

Chodząc z mp3 po moim małym miasteczku, poziom głośności ustawiam mniej więcej na poziomie 10. I wszystko gra. W Kaliszu dojeżdżałem do 15-17 i ledwo byłem w stanie stwierdzić kiedy zaczyna się, a kiedy kończy następny utwór.

Szanując słuch, zwinąłem słuchawki i pasłem uszy hałasem ulicy. Hałasem, od którego się odzwyczaiłem lub też po prostu hałas ten urósł pod moją nieobecność.


Za dużo samochodów pędzi ulicami mojego rodzinnego miasta, ulice są za wąskie, nie ma gdzie zaparkować.

Czuć klimat rodem z „Tytusa, Romka i A’Tomka” – w jednej z ksiąg chłopaki lądują na wyspie „zaludnionej” przez samochody i ...




wtorek, 26 lipca 2011

Pedałujmy! Pedałujmy!

W czasach niżu, który "zalewa" polskie szkoły, każda placówka pedagogiczna chwyta się brzytwy, by znaleźć sobie uczniów.



sobota, 23 lipca 2011

nowe Fakty kaliskie

Relacje z pobytu w rodzinnym pięknym mieście postanowiłem oprzeć na kilku fotkach, jakie udało mi się strzelić moją starą wysłużoną Nokią. Jakość zdjęć jest baaardzo nieidealna, więc parę "akcji" będę musiał po prostu opisać. 

Tytuł post zawdzięcza zgrzebnej lokalnej gazetce. Spójrzcie na zapis tytułu - niech mi jakiś mądry wytłumaczy, dlaczego poszczególne słowa tytułu zapisane są raz z dużej, a raz z dużej litery... Ja się poddałem.


Temat numeru też jest ciekawie podany - zgodnie ze stylistyką wszystkich naszych "Faktów" etc.
Te fekalia, zgnilizna...

Większość pobytu u Rodziców niestety narzekaliśmy na pogodę. Wszystko jest pięknie, gdy świeci słoneczko, po niebie spacerują łagodne cumulusy. Ale polski lipiec oczywiście musi być deszczowy, wilgotny, wietrzny. Na szczęście opatentowaliśmy z Synkiem deszczoodporny wózek. Sprawdzał się znakomicie!


Przeglądając lokalną prasę trafiłem na taki oto artykuł. Ja wiem, to podłe i niskie. Żenujące i kiepsko o mnie świadczy, ale śmiałem się jak głupi, gdy przeczytałem ten artykuł.


Grzebałem dalej w kaliskich gazetach, by trafić na coś równie niesamowitego. Nie trafiłem. Najbliżej ideału był tekst o zderzeniu renault z koniem, ale zabrakło uroku świeżości... 

Za to tutaj poległem. Zdjęcie niewyraźne, bo strzelone z drugiej strony ulicy, więc cytuję jego "zawartość":
"Prezerwatywa" mówi: nie narażaj się na wypadek przy pracy. Stosuj środki ochrony indywidualnej.
(Niżej)
Zabezpieczamy Twój interes.

Jakby ktoś nie zauważył, chodzi o szkolenia BHP.



Wędrówka po największym w mieście targowisku zaowocowała takim oto frywolnym ujęciem problemu (powyżej).


Na tym samym targowisku autentycznie wzruszający i budujący (serio) obrazek. Robotnik budowlany w kolejce po bułki. Ja za nim. On ma na sobie kamizelkę z nazwą firmy i napisanym (chyba flamastrem) motywującym hasłem. 

Dowcip kolegów? Autosugestia? I ten dopisek "Myśliwy"? To już mnie zupełnie zbiło z tropu...


A tu bazarowy surrealizm...



I na koniec najbardziej uniwersalny napis wysmarowany na ścianie jednego z rozpadających się domów. 


Przy odrobinie dobrej woli pasuje do większości budynków w tym kraju...

wtorek, 12 lipca 2011

W tym kraju nigdy nic się nie zmienia...


... jutro jadę z Rodzinką do Kalisza do moich rodziców. 

Internetowy szlaban. 

Ale pamiętajcie - "reszta pozostaje bez zmian."

poniedziałek, 11 lipca 2011

Oj tam, oj tam...

... że niesmaczne? 

Będzie o kupie. Z miejsca ostrzegam wrażliwych. Będzie hardo.

Dwa dni temu Synek w piżamie ląduje w łóżeczku. Spać  jednak ochoty nie ma. Tym bardziej, że wyrzuciliśmy do kosza jego najlepszego przyjaciela - smoczka, z którym zawsze zasypiał.

Po szamotaninie się w łóżku i bijatyce z kołdrą i poduszkami - Synek oświadcza, że chce się bawić. Cóż, w pokoju obok śpi już jego siostrzyczka, więc by uniknąć protestów, biorę go na ręce i wynoszę w bezpieczniejsze rejony domu. 

Tam się rozkręca. Wybiega do ogrodu. Rozbudzony, choć już się ściemniało powoli.

Nagle coś mi przestało pasować - zaczął dziwnie chodzić. O zgrozo! - myślę sobie - tylko nie to...

Niestety, od czasu porzucenia pieluchy czasem mu się zdarzyło "nie zdążyć" z grubszą potrzebą, ale tym razem cała grubsza potrzeba znalazła się w spodniach od piżamy.

Tyłek miał taki jakby usiadł na stercie powideł. W nogawkach wiadomo... 

Wylądował w wannie. Spłukiwaliśmy go jakieś 15 minut. W końcu ubieramy go w bluzę, a Żona idzie po nowe spodnie piżamowe.

- Bluza nie jest brudna - mówi Tymek.
- Nie jest - potwierdzam.
- A dlaczego?
- Bo cała kupa poleciała na dół przecież.
- Poleciała na dół, bo kupa nie jest samolotem.


PS

Ze zrozumiałych względów ilustracji nie będzie.

niedziela, 10 lipca 2011

Wiersz na nowy tydzień XIV

Wybitny angielski poeta Hugo Williams modli się o coś niezwykłego. O coś, przed czym najchętniej byśmy uciekli. Nie przyznajemy się do tego przed nikim. Nie jest to powodem chwały. Nie chlubimy się tym... 


Dwulicowość? Hipokryzja? Czemu nie? - mówi (w wierszu) podmiot liryczny. 






Modlitwa

Boże, daj mi siłę prowadzić podwójne życie,
Przetnij mnie na pół.
Spraw, aby każda połowa była szczęśliwa na swój sposób
- z tym, co w niej pozostało. Pozwól, abym nie słuchał
moich najlepszych instynktów
i robił to, co chcę robić, czymkolwiek by to było,
nie żałując tego i nie myśląc, że jednak powinienem żałować.



Gdy późno w nocy przychodzę z domu - do domu,
mówiąc, że wkrótce muszę wyjść,
przypomnij, abym wyjrzał przez okno,
by zorientować się - w którym domu jestem.
Przypnij uśmiech do mojej twarzy,
gdy wracam o dwa tygodnie za późno, opalony,
z prezentami dla wszystkich.



Naucz mnie, jak się zachować i gdzie patrzeć
kiedy wyjaśniam,
gdzie byłem
i co tam robiłem.
Czy było to dobre, czy złe? Czy czymś jak gdyby pośrednim?
- chciałbym wiedzieć, co mam sądzić o tym,
Ty może sprawisz, że będę wiedział?



Gdy czas już pójść do łóżka, w tym albo w tamtym moim życiu,
idź przede mną po schodach na górę,
zapal światło w rogu pokoju.
I powiedz mi: czy śpię tutaj w piżamie,
czy nago?
Jeśli nie możesz wyświadczyć tej przysługi, i przeciąć mnie na pół,
to daj mi Boże siłę, bym mógł prowadzić podwójne życie.



Tłumaczył Krzysztof Boczkowski.

piątek, 8 lipca 2011

Raporty z dna

A)


B) W dość oficjalnej sytuacji znajomy ksiądz musiał odpowiedzieć na pytanie:
- Jak ksiądz myśli, co się będzie działo z coraz bardziej laicyzującym się, a może nawet ateizującym, społeczeństwem.

Po chwili namysłu:
- Jeżeli czegoś szybko nie zrobimy, będzie tylko gorzej. Dużo gorzej...

C) Co starsi pamiętają archaiczny program telewizyjny pt. "Bliżej świata." Jednym z komentatorów emitowanych materiałów był francuski korespondent Bernard Margueritte. Do dziś czynny zawodowo. Na jednym ze spotkań, o których mi opowiadano, powiedział takie słowa:

- Wy, Polacy, z taką zazdrością patrzycie na Zachód. Ale tam nic nie ma! To my wam zazdrościmy. Bo nie mamy niczego. Mamy duchową śmierć kliniczną. Nic więcej...

D) Fragmenty przeczytanej ostatnio książki Krzysztofa Vargi "Nagrobek z lastryko." Książki w połowie świetnej, a w połowie do bólu bełkotliwej.  Książki, której momenty bezlitośnie punktują najsłabsze i najobrzydliwsze słabizny naszej cywilizacji. Książki, której narrator żyjący w przyszłości, "wspomina" swojego dziadka żyjącego właśnie na przełomie wieków XX i XXI. I tak to wygląda:

 Wtedy jeszcze nie byli małżeństwem, potrafił więc
wydawać pieniądze, nieograniczany niczym innym niż
własne przyjemności: gurmandztwo, pijaństwo, chłopac-
two. Być może nie umiał zarabiać, ale w wydawaniu był
bardzo dobry. Tworzył samotną przeciwwagę dla hord
urzędników, którzy umieli świetnie zarabiać, ale nie po-
trafili z fantazją tracić dużych pieniędzy. A były to czasy,
gdy można było wydawać pieniądze na najbardziej nie-
zwykłe rzeczy: ubrania, restauracje, taksówki, a nawet
podróże zagraniczne, loty samolotami i kupowanie re-
klamowanych produktów.

Tak więc na początku wieku sprawy wyglądają całkiem
nieźle. Dziadek jest dzieckiem swoich czasów: upija się,
modli, boi, obiecuje, łamie obietnice, kłamie, że nie zła-
mał, przysięga, że się zmieni, ale wciąż jest taki sam. Je-
śli chce mieć francuski ser, to go ma. Gdy przyjdzie mu
ochota na dobry proszek do prania, po prostu go kupuje.
Gdy przestraszy się śmierci, ogląda obrzydliwy horror
i wie, że śmierć to nieprawda.  

(...)

Reszta ludzkości, która nikogo nie zabiła, nie okradła,
nie oszukała, nie zdradziła ani nie zwolniła, przeżywała
potworne wyrzuty sumienia. Z powodu tracenia czasu
na oglądanie całymi dniami telewizji oraz tego, że przez
pierdoły straciła ciekawy program w telewizji, w któ-
rym dyskutowano na aktualne tematy, na przykład „Jak
zdrowo żyć z drugą żoną, której jest się trzecim mężem,
w sytuacji, kiedy poprzednia żona jest chora umysłowo?".
Problematyka zdrowotna jest bardzo ważna, niestety czę-
sto lekceważona, dobrze, że są poważne programy na ten
temat, szkoda, cholerna szkoda, że nie udaje ich się oglą-
dać, bo człowiek traci czas na jakieś nieważne problemy
i ma z tego potem tylko wyrzuty sumienia. Pozostali, któ-
rym udało się obejrzeć ten program, mają wyrzuty su-
mienia, że nie kupili promowanej wędliny, bo tak bardzo
się spieszyli, żeby go obejrzeć, a to była niebywale nie-
zwykła okazja i nie ma szans, że się wkrótce powtórzy. 

Ci, którzy się nie spieszyli, mieli z kolei wyrzuty, że kupili za
dużo promowanej wędliny, z którą teraz nie ma co zro-
bić, a psu dać jednak szkoda, choć to najbliższy przyjaciel
człowieka i w sumie pełnoprawny członek rodziny, no ale
jednak pies, nie da się ukryć. W dodatku dla psa jest lep-
sze, droższe jedzenie w puszkach i granulkach, i aż głu-
pio byłoby mu dać wędlinę dla ludzi w cenie promocyjnej,
skoro jest dwa razy tańsza niż kotleciki wołowe z nadzie-
niem wątrobianym i minerałami dla psów.

Ludzie mieli wyrzuty sumienia, że spędzają cały swój
czas w pracy zamiast z rodziną, ale kiedy siedzieli z ro-
dziną, czuli, że przecież mogliby zrobić coś twórczego,
zamiast tylko gotować obiad, potem go jeść, a na końcu
wydalać, no i słuchać rodziny, patrzeć na rodzinę, mó-
wić do rodziny, dla której po prostu szkoda słów. Gdy
zabierali się do czegoś twórczego, szybko docierała do
nich świadomość, że to jednak idiotyczna strata resz-
tek czasu, który można przeznaczyć na coś sensownego,
jak na przykład zakupy na cały tydzień, aby nie biegać
codziennie do sklepu, a to po mleko, a to słoik przecie-
ru pomidorowego, choć i tak zawsze się okazuje, że cze-
goś zabrakło albo się zapomniało. 

Lepiej usiąść w piątek wieczorem przed wiadomościami, 
bo potem nie będzie czasu (film na jedynce, film na dwójce, 
potem film w Polsacie i film w tvn, i zanim się człowiek zorientuje, 
jest już druga w nocy, dobrze, że jutro jest sobota i można się
wreszcie wyspać) i zrobić listę koniecznych zakupów na
cały tydzień, a jeśli chodzi o niektóre artykuły, jak papier
toaletowy, odświeżacz powietrza do toalety, żel mordują-
cy bakterie, odkamieniacz do miski klozetowej, wysoko-
wydajny koncentrat do przepychania zatkanych rur - to
nawet na cały miesiąc albo i dwa.

Ale czy istnieje bardziej dojmujące zaprzepaszczenie
czasu niż stanie w kolejce do kasy w sobotę, kiedy wszy-
scy przyjechali na zakupy i nie można znaleźć wolnego
miejsca na parkingu, chyba że tam, na samym końcu,
z którego to końca trzeba iść do sklepu dziesięć minut,
pełne dziesięć minut straconego czasu plus dziesięć
minut na zdjęcie kołpaków, odkręcenie anteny, wyjęcie
radia oraz schowanie ich do bagażnika, a potem powtór-
ne ich założenie po skończonych zakupach. Do tego co
najmniej piętnaście minut na stanie w kolejce do kasy,
a wcześniej pięć minut za decydowanie się, którą kolejkę
wybrać, czy tę gdzie jest mniej ludzi, choć każdy z więk-
szymi zakupami, wypełniającymi po brzegi wózki, czy tę
gdzie stoi dwa razy więcej klientów, ale każdy z nich ma
trzy razy mniej produktów, a co drugi z nich stoi tylko
z koszykiem, a nie z wózkiem.

E) Gdybym nie wierzył. Gdybym zakładał istnienie pustki wokół nas. Gdybym nie ufał i nie czuł obecności. Opieki. Ręki, która prowadzi przez życie takiego bożego idiotę jak ja. Już dawno w takim świecie opisanym na różne sposoby wyżej, rzucił ręcznik i powiedział: "Pieprzcie się beze mnie sami!"

W świecie pochłaniania, wydalania, umierania...

No i chyba bym użył jeszcze mocniejszego słowa nawet "pieprzcie..."

środa, 6 lipca 2011

Chińczyków dwóch było...

W każdy czwartek w moim miasteczku odbywa się targ.

Jest taki mały ogrodzony płotem placyk zamknięty i straszący pustymi budami  przez 6 dni w tygodniu, ale właśnie w czwartek zjeżdżają się tam "kupcy" i handlują.

Ostatnio poszedłem tam, bo sezon na czereśnie trwa i liczyłem, że się ich trochę nawcinam.

Ależ się pomyliłem!

Na jakieś 20 "stanowisk", tylko 3 (!!!) zajęte były przez sprzedawców jedzenia. Żenujące ogórki, koper, młode ziemniaki, fasolka, pomidory. Nic więcej.

Załamka, bo reszta targowiska to badziewne ciuchy z Chin, majty, staniory, kapcie, bluzki, sandały gumowe, podróbki perfum, podróbki kosmetyków.

Nie było żadnych owoców, nie było niczego tak naprawdę. A, Chińczyków dwóch było...

(A wydawać by się mogło, że w miasteczku otoczonym przez wioski i sioła powinien kwitnąć tego typu przybytek. Ale nic z tego.

Parę lat temu okoliczny ksiądz mówił mi o swoich kolędach w tych wioskach. "Tam ani jednego konia nie ma", stwierdził, zwiesiwszy głowę jak stary zmęczony życiem perszeron.)

- Co się dziwisz? - dziwi się Żona - nie opłaca się nikomu. Jedź do Biedronki (do Biedy, jak to się teraz mówi), tam wszystko jest.

Jadę nazajutrz - faktycznie. Gruszki z Argentyny. Marchew z Italii. Do wyboru, do koloru, międzynarodowo.

Ostatnio czytam wypowiedź naszego "greckiego" trenera Jacka Gmocha - zapytany o warunki życia w Grecji, mówi:

Młodzi ludzie zaczynają falowo wracać na wieś. Przez tanie produkty z Chin i Afryki Północnej nie opłacało się niczego produkować. Zniszczono uprawy tytoniu, bawełny... Na szczęście pozostały uprawy winorośli i oliwek, więc Grecja na pewno z głodu nie umrze.


To jak?

Macie kogoś na wsi?

poniedziałek, 4 lipca 2011

K(r)upa mądrości

Nie myślałem, że kiedykolwiek coś ważnego przypomną mi słowa ...zawodowej modelki, lalki, ciałka, mięska, by rozwijać dalej te niezbyt eleganckie określenia. Ale stało się. Wczoraj.



Zapadłem na chwilę przed TV. Skakanie po kanałach, bo nie ma czasu skupić się na niczym dłużej. Deszczor za oknem, smętna zawiesina w domu, dzieciaki śpią - Tymek umęczony basenem, Kalina ząbkowaniem.

Ja trafiam na materiał o nowej edycji programu o modelkach z udziałem Joanny Krupy. Jest jego gospodynią, prowadzi uczestniczki itd.

Zapytano ją:

- Słyszałem, że były tu bardzo stresujące sytuacje, gdy cała ekipa musiała pracować do 2-3 w nocy, a ty, Joasiu, była wciąż uśmiechnięta i tryskałaś optymizmem. Jak to możliwe? 

A Joasia (mniej więcej tak) odpowiedziała:

- Myślę, że to profesjonalizm. Po tylu latach pracy nauczyłam się, że nikomu nie pomagam, gdy jestem zła i zdenerwowana. Praca nie idzie wcale szybciej, nic nie wygląda lepiej. Poza tym uwielbiam swoją pracę i co rano dziękuję Bogu, że robię to, co robię.

***
Zaledwie jedna trzecia Polaków jest zadowolona z zajęcia, jakie wykonuje - wynika z badań firmy Sedlak & Sedlak. 

Na pytania w portalu Rynekpracy.pl odpowiedziało w marcu prawie 5 tys. osób w ramach I Ogólnopolskiego Badania Satysfakcji z Pracy.

Jedna trzecia to zadowoleni z pracy, a co czwarty badany zadeklarował, że jej nie lubi. Najwięcej, bo aż 43 proc. pytanych nie jest w stanie powiedzieć, czy są zadowoleni z pracy.

Źródło - portal Wyborcza.biz

niedziela, 3 lipca 2011

Wiersz na nowy tydzień XIII

Jestem perfidny. Gdy we wrześniu dostaję jakąś pierwszą klasę, z miejsca rzucam im tekst do zinterpretowania. Wypracowanie na dwie duże strony. Wiersz D. J. Enrighta pt. "Wiara."

Jest srogo, zważywszy na to, że  przedstawia on dość nieortodoksyjną wizję wszelkich religii. Wizję, z którą w chwilach głębokiego zwątpienia (rzadkich, ale jednak) się zgadzam.

WIARA


Wieczorem, kiedy pracuję
pali się nocna lampka
i nadciągają owady.


W pogoni za owadami
z nor wychodzą jaszczurki.
Po drodze zezują na mnie
w niespokojnym podziwie,
sprężone do ucieczki:
On daje, On także odbiera.


Owady kochają światło
i pójdą na pożarcie. Uważają zapewne
że smok o sprężynowej szczęce
to moje narzędzie kary.


Nietrudno być bogiem.
Starczy wywiesić lampę,
zatopić się we własnych troskach,
a resztę zostawić wiernym.

Tłumaczył Piotr Sommer.

Piosnka na niedzielę



Na fali renesansu twórczości PULP-u, jaka mnie ogarnęła ostatnio...

piątek, 1 lipca 2011

Każde lato z Agathą...

Jedno z najpiękniejszych, nie tylko czytelniczych wspomnień. 

Środek lat 90. Wakacje. Rodzice z braćmi wyjeżdżają na Mazury do babci od strony Mamy. (Jestem w połowie Kurpiem. Nie wiem, co to znaczy, ale zawsze jakoś mnie to dumą napawa...)

Ja zostaję w domu. Mam pod opieką drugą babcię. Psa i parę kotów. Lato ciepłe, momentami upalne. Gdy wszystkie zwierzaki (babcia też) oporządzone, nakarmione, napojone - mam czas dla siebie. Babcia w swoim pokoiku słucha radia lub ogląda telewizję. Ja wynoszę leżak do ogrodu, siadam pod rozłożystym orzechem, biorę książkę i czytam.

"Śmierć na Nilu" Agathy Christie. Kupiłem parę lat wcześniej w antykwariacie, ale pierwsze podejście było fiaskiem. Za dużo bohaterów, za dużo scen wprowadzających w tok opowieści etc. 

Tym razem podszedłem metodycznie do całej akcji - spisałem na kartce kto jest kim i czytałem. 

Byłem tak urzeczony, że nie zauważyłem, kiedy zbliżył się wieczór. Płynąłem Nilem razem z Herculesem Poirot i razem z nim szukałem mordercy. Książkę pochłonąłem. Jej klimat, jej elegancję, wdzięk i cudowną staroświeckość. 

Od tamtego czasu każde wakacje zaczynają się od lektury Królowej Kryminału. Musi być. 
Nie ma, że boli ;-)


Anglia, szarmanccy dżentelmeni, tajemnicze damy, rodzinne tajemnice, wysublimowane zbrodnie - kupuję ten teatr tak, jak inni kupują literaturę fantasy, science-fiction czy romansidła. Gram w tę grę na zielonych polach brytyjskiego imperium.

Piękne jest również to, że nasza druga z pierwszą Żoną (i jedyną) podróż poślubna odbyła się dokładnie na trasie rejsu bohaterów "Śmierci na Nilu"...
                                                               ... tym razem nikt jednak nikogo nie zabił.