czwartek, 26 maja 2011

Gdy nie ma teściowej w domu...

Ostatnio mało bywam blogerem. Cóż, obowiązki, czasu brakuje, dzieciaki późno chodzą spać, bo słoneczko nie chce się położyć pod swoją kołderkę. Wrzucam jakieś fotki, komentarz-detal, wszystko...

Trochę obciach. 

Ale nadrabiam, bo się działo.

Moją teściową spotkała nagroda. Jest dobrą osobą, pomaga nam bardzo, zresztą wszystkim pomaga, a że jej druga córa dorobiła się dziecka, więc teściowa jest rozrywana. A jakaż to nagroda od losu?

Dzwoni jej siostra i mówi:

"Słuchaj, rozumiesz, miałam lecieć do Turcji na dwa tygodnie, ale, rozumiesz, pochorowała się koleżanka, rozumiesz, z którą miałam lecieć i, rozumiesz, czy byś nie pojechała ze mną? Nic nie musisz płacić, rozumiesz?"

Teściowa długo myślała - a miała o czym. Właśnie wchodziliśmy w masakryczną fazę remontu i każda para rąk byłaby potrzebna, najmłodsza wnuczka wciąż ryczy i potrzeba kogoś, kto by asekurował młodą matkę (siostrę Żony), by ta nie wpadła w otchłań depresji poporodowej...

Wiecie, moja teściowa to taki rzadki gatunek człeka, który nie odpocznie, póki nie pomoże każdemu z rodziny w promieniu 100 kilometrów...

(Dlaczego taki nie jestem, hę?)

W końcu namówiona przez wszystkich zdecydowała się i poleciała. Dwa tygodnie dawaliśmy sobie dzielnie radę z rozgrzebaną połową domu i tęskniącym po męsku teściem ("Dlaczego ona nie odpisuje na sms-y? Dlaczego? Pewnie jakiś Turek ją uprowadził... Słyszałem takie historie...)

O dziwo dom jakoś się nie rozpadł pod nieobecność teściowej. Remont skończony, ukoronowany zakupem nowych foteli i kanapy do salonu. Żona zadowolona, że poradziła sobie sama z dwójką małych dzieci i mężem bez pomocy swojej mamy. 

Cóż, miałem w tym swój malutki udział. Prasowałem ubranka dzieciaków. Sprytny patent - rozkładałem deskę przez komputerem, włączałem sobie jakiś film i wio! Żelazko aż śmigało po tych wszystkich body, pajacykach, podkoszulkach etc.

Kulinarnie też sobie radziliśmy, choć wciąż gdzieś tam mogłem popisać się dość ekspresjonistycznym podejściem do tematu.

Żona mówi:

- Kup kurczaka całego. Rosół ugotujemy.
- Kurczaka takiego z rusztu, tak?

A inna akcja - zostałem pewnego dnia sam w domu. A głodny byłem nieludzko. Obiadu nie ma. Grzebię w lodówce. Coś się znajdzie. Patrzę - słoik bigosu od mojej Mamy. OK, nada się. Ale coś do tego. Wymyśliłem.

Bigos zawinąłem w... tortillę.

Nie polecam.

Serio.


7 komentarzy:

  1. hahaha boski wpis - uśmiałam się przednio. tylko dziwi mnie ten bigos w tortilli - wydaje się, że powinien pasować... na szczęście nie mam bigosu i mieć nie będę [nie jest w zestawie dań, co się w 6 minut robi], więc nie ma ryzyka, że sobie zafunduje taką kombinacje smakową ;]

    pozdrawiam :]

    OdpowiedzUsuń
  2. Kapitalny wpis;) Bigos w tortille;D Nie będę próbować, skoro nie polecasz;)))

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. hahaha :D to się nazywa zuchwalstwo kulinarne :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Porcelanko, dziękuję. Bigos to trudna sprawa. Nawet 10 minut może nie wystarczyć

    ;-)

    Ladybird, nie polecam. Wiem, co mówię.

    Auroro, do odważnych świat należy!

    OdpowiedzUsuń
  5. Nadrobienie nieobecności bardzo klarowne, dziękuję za poprawienie nastroju. Aż mi smaczek został (pod palcami?).

    Kolejnych odkryć kulinarnych życzę :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Sprawdzona strategia. Kiedy mam dosc, stwierdzam znienacka: "No to ja wychodze. Radzcie sobie" i z godnoscia sie oddalam na jakis czas. Czasem wystarczy kwadrans, mozesz mi wierzyc. Jak oni mnie kochaja, gdy wracam...;) Wprawdzie jestem tylko zona i mama, ale gdy juz zostane tesciowa to pewnie dopiero rozwine skrzydla ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. D.,

    dzięki za miłe słowa. ja na serio mam coraz mniej czasu i jakoś mniej chęci pisać... niestety, wakacje się przydadzą od bloga...

    Beatto, ta strategia jest straszna i ponura
    ;-)

    pzdr

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.