poniedziałek, 30 maja 2011

Antyelegia na odejście...


Nie płakałem, gdy do muzealnych komnat odeszła kaseta magnetofonowa. Jasne, można było wokół niej budować mitologię ("ach, ten szum przesuwanej taśmy...", "ołówkiem można było przewijać, gdy zabrakło siły bateriom w walkmanie..."), ale każdy przy zdrowych zmysłach wolałby mieć czystszy dźwięk płyty cd. 

Ta też miała swoje ograniczenia - no bo ile utworów zmieści się na płycie? 12? 15? Pojemność jest ograniczona. 

Cyfryzacja zmieniła wszystko. I mam na myśli WSZYSTKO. Nie jestem audiofilem. Wystarcza mi przyzwoite słuchawki, niezła mp4 i jestem happy. Nie dostrzegam tych legendarnych różnic pomiędzy dźwiękiem z płyty gramofonowej a dźwiękiem cyfrowym. 

(Etap gramofonu też przeszedłem. Razem z bajkami o czarodziejskim młynku i złotej kaczce trzeszczących na antycznej Unitrze...)

Tydzień temu przyszła pora na zmianę kolejnego medium. Zanim o tym - fragment wiersza Kazimierza Wierzyńskiego pt "Do Leopolda Staffa":                                





W małym mieście (z którego tu wszyscy się śmieją)
Trzy korony, pamiętam, ukradłszy mej matce,
Kupowałem twe książki w niebieskiej okładce
I z szczęścia zataczałem się miejską aleją.



Kto nie zna tych klimatów? Pieniądze, często ich resztka, zostaje w księgarni byśmy mogli rozkoszować się książką. Zatonąć w ułudzie, szlachetnej. Poznać myśli innych, sformatować widzenie świata za sprawą czyjegoś doświadczenia. 

Być tam, gdzie nie mieliśmy szans się nigdy znaleźć (średniowiecze w moim przypadku), poznać ludzi, których już od dawna znamy pod postacią kupki popiołów...

Nie muszę chyba dalej rozwijać.

Książki dla wrażliwych, inteligentnych i ciekawych ludzi to najlepszy wehikuł, jaki może unieść ich wnętrza.

A czego jesteśmy świadkami teraz?

Rządzący nie są nami, czytelnikami, kompletnie zainteresowani. Stąd podwyżki VAT-u na książki (w kraju, gdzie ludzie czytają tyle co kot napłakał, podniesienie cen książek jest zbrodnią, tak, zbrodnią), stąd brak jakiejkolwiek strategii promowania czytania, stąd ignorowanie kultury lub traktowanie jej instrumentalnie.

Ja się wypiąłem na to wszystko. Na przestępców, którzy żerują na najszlachetniejszej rozrywce, jaką wymyślił człowiek. Na patałachach, którzy nie potrafią obronić Polaków przez "europejskimi" dyrektywami...

Zapomniałem o książkowej mitologii. O zapachu stron, farby drukarskiej. Zapominałem o szeleście, ulubionych twardych okładkach...

Zapomniałem, bo pewnie nigdy nie fetyszyzowałem książki jako przedmiotu. Ważne było wnętrze. Słowa. Myśli...

Kupiłem sobie wymarzony czytnik książek i przez dłuższy czas nie kupię już żadnej. Zero. Nul. Skończyło się.

Czytam teraz z ekranu, który jest przyjazny dla oczu, książki, które są przyjazne dla kieszeni, bo nie kosztują mnie nic.

I nie rozpaczam nad odejście starej dobrej knigi... 



A tak wyglądają teraz moje śniadania...

czwartek, 26 maja 2011

Gdy nie ma teściowej w domu...

Ostatnio mało bywam blogerem. Cóż, obowiązki, czasu brakuje, dzieciaki późno chodzą spać, bo słoneczko nie chce się położyć pod swoją kołderkę. Wrzucam jakieś fotki, komentarz-detal, wszystko...

Trochę obciach. 

Ale nadrabiam, bo się działo.

Moją teściową spotkała nagroda. Jest dobrą osobą, pomaga nam bardzo, zresztą wszystkim pomaga, a że jej druga córa dorobiła się dziecka, więc teściowa jest rozrywana. A jakaż to nagroda od losu?

Dzwoni jej siostra i mówi:

"Słuchaj, rozumiesz, miałam lecieć do Turcji na dwa tygodnie, ale, rozumiesz, pochorowała się koleżanka, rozumiesz, z którą miałam lecieć i, rozumiesz, czy byś nie pojechała ze mną? Nic nie musisz płacić, rozumiesz?"

Teściowa długo myślała - a miała o czym. Właśnie wchodziliśmy w masakryczną fazę remontu i każda para rąk byłaby potrzebna, najmłodsza wnuczka wciąż ryczy i potrzeba kogoś, kto by asekurował młodą matkę (siostrę Żony), by ta nie wpadła w otchłań depresji poporodowej...

Wiecie, moja teściowa to taki rzadki gatunek człeka, który nie odpocznie, póki nie pomoże każdemu z rodziny w promieniu 100 kilometrów...

(Dlaczego taki nie jestem, hę?)

W końcu namówiona przez wszystkich zdecydowała się i poleciała. Dwa tygodnie dawaliśmy sobie dzielnie radę z rozgrzebaną połową domu i tęskniącym po męsku teściem ("Dlaczego ona nie odpisuje na sms-y? Dlaczego? Pewnie jakiś Turek ją uprowadził... Słyszałem takie historie...)

O dziwo dom jakoś się nie rozpadł pod nieobecność teściowej. Remont skończony, ukoronowany zakupem nowych foteli i kanapy do salonu. Żona zadowolona, że poradziła sobie sama z dwójką małych dzieci i mężem bez pomocy swojej mamy. 

Cóż, miałem w tym swój malutki udział. Prasowałem ubranka dzieciaków. Sprytny patent - rozkładałem deskę przez komputerem, włączałem sobie jakiś film i wio! Żelazko aż śmigało po tych wszystkich body, pajacykach, podkoszulkach etc.

Kulinarnie też sobie radziliśmy, choć wciąż gdzieś tam mogłem popisać się dość ekspresjonistycznym podejściem do tematu.

Żona mówi:

- Kup kurczaka całego. Rosół ugotujemy.
- Kurczaka takiego z rusztu, tak?

A inna akcja - zostałem pewnego dnia sam w domu. A głodny byłem nieludzko. Obiadu nie ma. Grzebię w lodówce. Coś się znajdzie. Patrzę - słoik bigosu od mojej Mamy. OK, nada się. Ale coś do tego. Wymyśliłem.

Bigos zawinąłem w... tortillę.

Nie polecam.

Serio.


poniedziałek, 23 maja 2011

Gdybym był copywriterem,

nie miałbym najmniejszych problemów ze stworzeniem reklamy tego trunku.


W ODPOWIEDNICH ILOŚCIACH
OBROTY SFER ZAPEWIONE

piątek, 20 maja 2011

I właśnie dlatego nie muszę czytać książek obyczajowych...

W moim miasteczku krąży pewien pijaczek. W sumie nieźle zakonspirowany, bo chodzi ubrany przyzwoicie, ogolony, trzyma się na powierzchni.

Facet nie jest nawet nieprzyjemny, gdy zaczepia ludzi. Jest raczej ... hmmm....męczący.

Przykład?

Siedzę w poczekalni u dentysty. Miejsce wystarczająco stresogenne, wystarczająco. A tu prosto z ulicy wchodzi nasz bohater, siada obok mnie i przez długaśny kwadrans opowiada, jaka kochana jest pani dentystka, jak uratowała mu ząb, który inny dentysta chciał już usunąć...

Smęci tak przez 15 minut, ja myślę, że, o Boże!, nigdy nie skończy się ta opowieść, a o n nagle wstaje i wychodzi.

Po prostu wszedł, pogadał i wyszedł.

Wczoraj taki oto hicior - idę z Synkiem do "miasta." Młody coś się zmęczył, więc wziąłem go na barana i tak zasuwamy przez siebie.

Po drugiej stronie ulicy nasz dzisiejszy bohater. Zatrzymuje się i kiwa na boki. Raz odchyla maksymalnie w prawo, raz w lewo. Patrzy na nas, przechla głowę, obraca nią w sposób niemal przeczący prawom biologii.

Ewidentnie walczy, by zachować pion.

Ale stać go na mistrzowski tekst:

- Proszę się nie dziwić - krzyczy - jestem fotografem i muszę patrzeć pod różnymi kątami.!

 I właśnie dlatego nie muszę czytać książek obyczajowych...

wtorek, 17 maja 2011

W jednym stali domu...

Od zawsze patisony kojarzyły mi się z dziwcznymi, przypominającymi UFO, dyniami.


Od 2 lat patisony się przeniosły w obręb kultury masowej i za sprawą powieścidła o wamprach i ekranizacji tegoż, mamy patisony człekopodobne.


Podejrzewam, że oba wymienione typy obdarzone są podobnymi umiejętnościami aktorskimi...

A w moim miasteczku na jednej z wystaw sklepowych (wcale nie sklep z cyklu "Wszystko za 4,99") doszło do spotkania na najwyższym szczeblu.


Patison & Jan Paweł II...

Ostre starcie cywilizacyjne.

sobota, 14 maja 2011

Dziecku potrzebni mama i tata

Byliśmy z Synkiem pobrać krew. Trzeba było, bo się blady zrobił, słabł jakoś, senny się robił. Podejrzewaliśmy anemię (jego kuzyn miał), więc bez badania krwi nie udałby się nic ustalić.

Baliśmy się tego pobierania, bo jego kuzyn musiał być przytrzymywany przez dwie pielęgniarki, a trzecia dopiero mogła wbić się w wątłą żyłkę dziecka. Ryk, rozpacz, groza...


My się przygotowaliśmy. Synek wypatrzył kiedyś w TV reklamę, w której prezentowano wielkie, naturalnych rozmiarów robale, bardzo realistycznie zmajstrowane. W robalu bateryjka, która napędza robala. 

Synek w godzinie największej trwogi miał tego robala dostać i tym samym miał mieć odwróconą uwagę od igieł, strzykawek itd.

Samo pobieranie szybko przekształciło się w istną torturę, ale dzielnie Tymek się spisał, bo na widok wielkiego pająka łzy mu obeschły i szybko zapomniał o kłuciu.

Robal jest świetny. Sama liczba kawałów, jaka może być za jego pomocą sprokurowana, jest przebogata. Włożyć komuś tego pająka do wanny, położyć na talerzu, spuścić na żyłce w okolicach twarzy... Rozkosz!

Nie wiem tylko czemu, moja Żona mówi, że tego robala kupiłem sobie dla siebie, a nie dla Synka. A to przecież nieprawda.

Prawda?

No i jeszcze jedno. Robal jest najlepszym argumentem na rzecz tego, że każde dziecko potrzebuje mamy i taty. 

TYLKO tata mógłby zrobić takie zdjęcie własnemu dziecku...



PS

Żadne dziecko nie ucierpiało fizycznie i psychicznie w czasie robienia tego zdjęcia.

Patologia

Rano z Synkiem do sklepu. Wyjątkowo rano, bo jeszcze panie układały na wielkich rusztowaniach skrzynie z warzywami, a w plastikowych pojemnikach chleb był jeszcze ciepły.

Zakupy. Biorę dodatkowo batonika, bo marzę o tym, by go zjeść razem z gorącą mocarna kawą.

Synek oczywiscie wywęszył słodkość i już zaczął się dopominać.

- Teraz nie. W domku dam ci kawałek... 

Rozmarzyłem się po chwili. Parująca kawa, gorący kubek ze Snoopym...

- A wiesz, co tata wypije w domu, jak wrócimy?
- ALKOHOL!

środa, 11 maja 2011

Można subtelniej?

Idziemy z Synkiem na spacer.

Patrzy na mnie i mówi:

- Tata jest duży.

- Tak, tata jest duży... - patrzę na swój brzuszek.

- Tatę nie zdmuchnie wichura...

poniedziałek, 9 maja 2011

Na wiosnę, dla zakochanych...

A śmiejcie się, że to dziecinne i banalne, ale jak wczoraj przypadkiem trafiłem na tę piosenkę, to mi się młodość odblokowała. Łzy niemal stanęły w oczach.

Romantyzm, niewinność...

Mojej Żonie dedykuję...




A czego słuchają dzisiaj dzieciaki?

Kulfon i Monika miażdżą wszystkie te Dody, Lady Gagi i inne tego typu wyroby muzycznopodobne...

sobota, 7 maja 2011

Antynikotynowy

Idziemy wczoraj rano z Synkiem po chleb, ser etc. do pobliskiego "marketu."

"Market" mieści się na końcu "pasażu" handlowego.

(Wszystko wstawiam w cudzysłów, bo w moim miasteczku nie można inaczej...)

Tuż przed sklepem ustawiono dawno temu zabawkę - wielkiego tygrysa, do którego dzieciaki mogą wsiąść, rodzice mogą zainwestować 2 złote, a tygrys zacznie się trząść i wyć jak karetka pogotowia.

Synek z reguły ignoruje tygrysa, ale wczoraj coś mu się odwidziało i wsiadł. A po chwili podnosi coś końcówkami palców i mówi:

- Tato, papieros.

Faktycznie. Tam, gdzie siadają dzieciaki (wydrążony korpus tygrysa) ktoś sobie dzień wcześniej zrobił popielniczkę.

- Idziemy! - zawołałem wściekły.
- Czemu tata jest zły?
- Bo jakaś świnia tu siedziała i paliła papierosy.



Synek myśli i mówi:

- To nie świnia. To jakiś ludź.


Miał w sumie rację. Świnie nie są takie durnowate...

środa, 4 maja 2011

Urywki ostatniości

Z grubej rury

Spacer ulicami mojego rodzinnego Kalisza. Wypatrujemy z Żoną sklepu z butami. I mi, i jej bardzo się przydadzą nowe. Letnio/wiosenne. Idziemy. Pojawiło się kilka nowych obuwniczych. Miedzy innymi taki:



Oleksy? Pierwsze widzę! I z miejsca pojawia się skojarzenie z tym panem:



"Oleksy. Dotknij mnie..." - widzicie, jak się cieszy?

Reinkarnacja 

Idę z Tymkiem do biblioteki. Do tej samej, kaliskiej, do której zapisał mnie mój Tata, gdy byłem chłopczykiem pięknym i pulchnym. Nr karty 850 miałem. 

A więc idę, by wypożyczyć parę książeczek. Wchodzimy. Wprowadzają mnie do systemu bibliotecznego miasta. A tymczasem młody biega między półkami, by w końcu polecieć prosto w stronę drzwi, za którymi juz tylko chodnik i baaardzo ruchliwa ulica.

Łapię go i tłumaczę:

- Co ci mówiłem? Powiedz, co ci mówiłem o bieganiu po ulicy?
- Tymek by wpadł pod samochód... - notorycznie w trzeciej osobie o sobie mówi.
- I co dalej?
- I Tymka by nie było...
- I co dalej? - pytam, licząc na to, że wzruszy się opowiadając o rozpaczy rodziców, którzy straciliby ukochanego synka.
- ...i Tymek by się zamienił w kabel!