środa, 20 kwietnia 2011

Sucha dusza

Od drugiego roku studiów prowadziłem mniej lub bardziej regularny dziennik. Około 7 zeszytów w kratkę. Twarde okładki. 90 stron. 

Dzień w dzień - na wykładach, w pociągach, w autobusach, po ciężkich imprezach, przed egzaminami, w dni powszednie i w weekendy... Sam sobie zazdrościłem tej sumienności. 

Bezcenne świadectwo... Ale czego? 

Mnie samego? Tamtych pięknych czasów? Nastrojów? Nadziei? Perspektyw? Zawiedzionych oczekiwań, bo dziś wiem, czym skończyła się ekscytacja przyszłością? 

Zmieniał się mój charakter pisma i mój sposób widzenia tego, co umownie nazywamy światem.
Ale te moje dzienniki nie nauczyły mnie zbyt wiele - głupi byłem, głupi jestem. Najbardziej mi odpowiada to, że  wciąż zmieniały się moje poglądy - od radykała po libertyna. Średnio raz na miesiąc zmieniał się światopogląd wraz z praktyczną realizacją tegoż. 

Najbardziej bolesną kwestią okazują się osobiste i wyrywane z trzewi zdania. Brzmię momentami tak patetycznie, "mądrze", emfatycznie, że wynurzenia Wertera są suche i kostyczne jak zeznanie podatkowe. 

Upijam się własnymi nieszczęściami, rozgrzebuję to potworne (wtedy) uczucie samotności, tworzę jakieś monstrualne konstrukcje, w których mieszają się (wymyślone) poczucie krzywdy i przekonanie o własnej delikatności i wyjątkowości...

Najbardziej okrutnie brzmią peany na cześć kogoś, kiedyś bardzo ważnego dla mnie...

... dziś nawet nie wiem, co się z nią dzieje (nie ma jej na n-k i facebooku, umarła?)

Dziś wiem, że TAK się po prostu NIE PISZE. Są przestrzenie, które nawet przed samym sobą lepiej ukrywać. Nie artykułować. Nie nazywać. Nie jęczeć. Przed sobą i innymi. 

"Zachować suchą duszę", jakby to powiedzieli greccy filozofowie.

A twardziel Fryderyk Nietzsche pisze mądrze: 

Lubię nieszczęśliwych, którzy się wstydzą: którzy nie wylewają na ulicę swych nocników pełnych nędzy; którym pozostało tyle dobrego smaku w sercu i w języku, żeby rzec sobie: 'należy we czci zachować swoje nieszczęście, należy je ukryć...


Ma chłop rację. 

Te słowa pobrzmiewają mi za każdym razem, gdy błądzę wzrokiem po tytułach artykułów z tzw. prasy kolorowej. "Spowiedź tamtego...", "Cała prawda o ...", "Po raz pierwszy tylko u nas szczerze..."

Tak, ciekawe...

Te słowa pobrzmiewają mi również, gdy wpadnę przypadkiem/nieprzypadkiem na jakiś blog rozrywany opisami własnych cierpień, upadków, marzeń... Trochę czuję się tym wszystkim zażenowany - jakbym podsłuchiwał spowiedź kogoś, kto zbyt głośno rozlicza się ze swoimi słabościami. 

U mnie reaktywował się właśnie dziennik analogowy. Od ponad dwóch tygodni piszę, ćwicząc przy okazji umiejętności kaligraficzne. Jedyne emocje to od czasu do czasu słowa "dół", "radocha", "wkur...", "załamka", "ok"... 

Reszta to czyste wydarzenia, akcje, reakcje, obserwacje.

Jedyne plamy na papierze to nie łzy, a rozlana czerwona herbata... 

10 komentarzy:

  1. Też mam takie zeszyty. Kilkanaście zapisanych lat. Kiedy teraz do nich wracam, bywam zdziwiona, zachwycona, zażenowana, wzruszona... Bezcenny skarb, chyba pierwsze z płonącego domu wynosiłabym koty i te zeszyty...

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja dla odmiany nie mam - sam z własnej woli puściłem z dymem. Dlaczego? Sam nie wiem, choć się domyślam. Trochę dlatego, że w końcu dotarło do mnie w końcu, że to tak czy inaczej tylko wypełniacze szuflad - los 'Dzienników' Gombrowicza ich nie czeka czy innego Tyrmanda, kto by chciał to czytać.
    A ja sam? Mi nie potrzebne wspomnienie czasów, kiedy mogłem (i tu się nie zgadzam z Tobą, Antku) skupiać się na swoich nieszczęściach, samotnościach, rozgrzebywać, analizować i nimi żyć. Miłe to były czasy, kiedy człowiek mógł sobie pozwolić na tak bujne życie wewnętrzne, kiedy nie zaprzątała całej uwagi codzienność i zwyczajność.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurcze, nie miałem na myśli tego, że z rozkoszą wracam do "tamtego" siebie.

    odwrotnie - wolę "tamte" okoliczności niż ich bohatera - mnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pisząc "rozgrzebuję" mam na myśli "tamtą" teraźniejszość.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja rozumiem - też 'rozgrzebywałem' siebie aktualnego. Chodzi o to, że wtedy miałem na to czas, ochotę, możliwości, że to się dla mnie z czymś wiązało. Teraz mnie zaprząta codzienność, naznaczona, było nie było, pewną przyziemnością (od jakiegoś czasu chodzi za mną PIT i się upomina o wypełnienie, gdzie tu miejsce na Weltschmerz i jakieś głębsze autoanalizy?).

    OdpowiedzUsuń
  6. Miałam takie zeszyty i już nie mam. Poszło z dymem. Od wtedy, gdy pisałam, nie zmieniło się tylko jedno - czasem muszę się wypisać. Po prostu. Jednak nawet sama przed sobą i dla siebie nie piszę, nie uzewnętrzniam tego, co siedzi najgłębiej, tego co jest tylko dla mnie.
    Relacjonowania suchych faktów mam dość na co dzień, więc może dlatego mój blog wygląda tak a nie inaczej.
    Zastanawiam się nad tym, co powiedział Nietzsche. I tak sobie myślę, że czasem w życiu może zdarzyć się tak, że nawet twardziel pęknie i emocje wyleją jak rzeka...

    OdpowiedzUsuń
  7. Czekolado, pewnie masz rację - każdy ma określone granice wytrzymałości psychicznej.

    Mi, gdyby takowe pękły, pewnie zdarzyłoby się oddalić tak daleko jak to tylko mozliwe, by nie zasmucac innych swoją trwogą.

    Ale co my tam wiemy o sobie...

    OdpowiedzUsuń
  8. Z kolei ja jestem osobą, która prędzej wysłucha i pocieszy, niż wyleje żółć i swoje żale, nawet sama przed sobą. Ale czasami trzeba niektóre rzeczy gdzieś wyrzucić, dla zdrowia! I po to własnie są takie zeszyty.Moim zdaniem bezcenna pamiątka. Nie powinieneś czuć zażenowania, taki byłeś, tak czułeś.

    OdpowiedzUsuń
  9. Zakrawa o poezję... W mojej rodzinie również istnieje tradycja pisania dzienników. Przyjemnie się wraca do własnych myśli, po latach... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Niech radosne 'Alleluja', które swym brzmieniem wypełni ciszę Wielkanocnego Poranka, pozostanie na zawsze w Waszych sercach

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.