piątek, 15 kwietnia 2011

Ars moriendi czyli kiedy kitę odwalę

Fakt. W okolicy, nad jeziorem, znaleziono zwłoki kobiety. Starszej. Kiepsko ubranej. Z miejsca ucięto wszelkie spekulacje na temat ewentualnej kryminalnej otoczki tego zdarzenia. Było klinicznie czysto. Starość ją zabiła.

Po kilku dniach ustalono personalia zmarłej. Powiadomiono rodzinę (odległą). Pogrzeb. Nawet w moim miasteczku ta śmierć nie odbiła się większym echem. Tylko raz w lokalnej telewizji pojawiła się "na pasku" informacja o tym zdarzeniu.

Moja teściowa, prowadząc zielarnię, ma kontakt z tymi, "co zawsze wszystko wiedzą." Starsze panie w małych miasteczkach  to krynice wiedzy.

Dowiedzieliśmy się, że zmarła to "ta i ta", że "za komuny jakieś interesy prowadziła, że potem problemy finansowe, a ostatnie lata błąkała się po okolicy, nieobecna..."



Naszło mnie - czy ta "kobieta sukcesu" mierząc spaczoną PRL-owską suwmiarką mogła kiedykolwiek przypuszczać, że tak właśnie skończy się jej życie? Czy gdzieś kiedyś mogło jej przyjść do głowy, w jakimś upiornym przebłysku, że sucha trawa i zimne marcowe jezioro będą tym, co jej zmysły zarejestrują na samym końcu?

Jestże więc najmniejsza chociaż szansa, byśmy zdołali się z tą bolesną prawdą skonfrontować? Pewnie póki jesteśmy młodzi (w miarę), zdrowi (lub źle zdiagnozowani) nie. A nawet im bliżej drewnianego kimona, tym wzrok nasz nie wyostrza się tylko bardziej szuka pocieszających scenariuszy ostatnich chwil życia.

Mnie naszło w nocy - leżę obok chrapiącego, zakatarzonego Synka. W słuchawkach mam ściągnięty jeden odcinek "W Jezioranach" (wiem, żenada, ale ta powieść radiowa mnie jest idealnym środkiem nasennym, lepszym niż "Nad Niemnem"). Leżałem, zastanawiając się, na ile jestem w stanie wyobrazić sobie własne zejście. Pojawiła się kilkuminutowa obsesja - im bardziej chciałem o tym nie myśleć, tym uporczywiej otwierały mi się wizualizacje.

Będę leżał w szpitalu? Zabudowany parawanami, by nie psuć innym pacjentom humoru moim umieraniem? Otoczy mnie rodzina? Dorosły już Syn, Córka? Może ich dzieciaki? Powiem im coś?

A może zasnę i się nie obudzę? W domu? Jak mój dziadek, który wstał z łóżka, by po chwili znów się położyć i już nie wstać?  

Może nagle? Na ulicy, w domu, trafiony absurdem śmierci. Potknę się i wyrżnę łbem w krawężnik? ("Od nagłej niespodziewanej śmierci...")

Wyświetli się moje życie? Może jeden z najsilniejszych obrazów z dzieciństwa - budzę się rano, niemal śpię, a Mama, przed wyjściem na  pierwszą zmianę, wygrzebuje popiół z kaflowego pieca, nakłada węgiel, drewno, papier. Zamyka ciężkie żeliwne drzwiczki pieca, wychodzi w nadziei, że mnie nie obudziła. Może właśnie to się wyświetli?

Nie będzie może żadnego przeświadczenia o "wejściu w inne życie", może będzie tylko groza czerni?

Kochanowski wszak pisał w "Odprawie posłów greckich":


Jedenże tylko sposób człowiekowi 

Jest urodzić się; a zginąć tak wiele 

Dróg jest, że tego niepodobno zgadnąć. 


Myślę, że jeszcze lepiej (jak na nasze realia) moje myśli ilustruje Jaromir Nohavica. 

W swojej pieśni łączy z sobą to, co chyba już wyparowało z naszej "pięknej, żywej" cywilizacji. Cywilizacji wiecznie młodych i niemal nieśmiertelnych. Ta świadomość, że umrzemy - wierzący i nie, ateiści i ortodoksi, baby i faceci, starzy i młodzi... 

W tym tekście czuję humanistyczną (ho ho, ale słowo) zgodę na przemijanie - ludzi i całych pokoleń. Nie ma buntu, rozpaczy, lania łez... 

Jest zgoda, bo tak już ten świat zmajstrowany. "W sumie jest nieźle..."






Kiedy odwalę kitę odwalę
Jaromir Nohavica, przekł. Antoni Muracki

Gdy czarne papierowe buty rano już ubiorę,
A stara zyska pewność, że mi szychta wisi kalafiorem,
to wyjdzie długi pochód mych żałobnych gości
na Śląską Ostrawę po Sikorowym moście

Gdy odwalę kitę
To będzie w pytę.
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę

A że wszyscy mi są bliscy, to niech dzisiaj się uraczą,
niechaj rżnie muzyka, wino płynie, moje baby płaczą.
I tak jak w robocie nie dawałem ciała -
chcę, by moja stypa była jak ta lala,

Niech będzie w pytę
Cudna, fajna i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.

Co niektórych zwali w niezłej chwili, niech ja skonam,
wie coś o tym kochanica, tego, co był zszedł, Macdona.
Więc jeśli miałbym wybrać - w łóżku czy też w klubie -
niech mnie trafi w trakcie tego, co tak lubię

To będzie w pytę
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.

Jedną mam wątpliwość - zabrać Żywca czy Red Bulla,
żeby tam na górze nie wyjść na jakiegoś ciula.
Ja w każdym razie biorę piersiówkę starej starki,
bo starka nie zaszkodzi, gdy się nie przebiera miarki

To będzie w pytę ...

Wiem, że Cię nie ma, Boże, ale w końcu gdybyś był tak
Daj mnie tam, gdzie dawno siedzi stary Lojza Miltag.
Z Lojzą razem w budzie u Orłowej, potem zaś na dole
fedrując w mozole, tu też daj nam wspólną dolę

To będzie w pytę ...

Gdy czarne papierowe buty rano już ubiorę,
a stara zyska pewność, że mi szychta wisi kalafiorem -
wszystkie moje plany tak niewiele znaczą.
W sumie było nieźle, ludzie mi wybaczą

Gdy odwalę kitę.
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.


Podkreślenie moje hi hi hi

8 komentarzy:

  1. Podobało mi się czytać...

    Śmierć jest chwilką, a myśli się o niej całe życie, ciągle i wciąż.

    Drewniane kimono przypomniało mi najpiękniejszą scene śmierci jaka widziałam w filmie. Wzruszyła mnie do łez jak i film zresztą.
    "Hanami kwiet wiśni"
    Obejrzyj koniecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Tez mialam kiedys takie mysli, ale potem wytlumaczylam sobie, ze umieranie musi byc bardzo latwe, skoro wszyscy potrafia i przestalam sie tym przejmowac. Bo i po co? skoro nie trzeba sie teego uczyc?

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytałam od deseczki do deseczki;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Umrzeć i tak umrzemy wszyscy. Grunt, to tak żyć, żeby kiedy już do tego dojdzie, inni nie myśleli, że teraz to jest w pytę - lepiej po sobie pozostawić dobre wrażenia.

    A dla nas pewnie w pytę będzie (spodobało mi się - dawni nie słyszałem tego wyrażenia) w jakimś tam sensie. Było nie było - święty spokój...

    OdpowiedzUsuń
  5. O tak, mało kto pamięta, że co roku mija w kalendarzu datę swojej śmierci...

    OdpowiedzUsuń
  6. w każdej minucie, w każdej sekundzie, bliżej do niej o krok...

    OdpowiedzUsuń
  7. A wiesz, że mnie wczoraj też takie refleksje natury egzystencjonalnej naszły. Zastanawiałam się jak umrę, jak mogę umrzeć. Nie będę pisać co wymyśliłam, ale statystyki same mi taką odpowiedź nasunęły. Nieważne.


    Świat według Nohavicy - arcydzieło.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.