środa, 13 kwietnia 2011

20 lat w plecy

Synkowi zdjęliśmy pieluchy. Radykalnie. Na zawsze. (Z wyjątkiem nocy) Nosi dumnie swoją pierwszą bieliznę z  lokomotywą Tomkiem i Człowiekiem Pająkiem. Oczywiście od poniedziałku jakieś 10 razy zdążył się zmoczyć, ale liczę na to, że załapie i nasze kosze na śmieci przestaną się zapełniać w zastraszającym tempie.

Ponadto Tymek pewnego dnia rzucił: "Chcę do przedszkola!"

Baliśmy się, że przedszkole może budzić w nim niepokój, ale nie. Aż się rwie.

20 kwietnia będzie lista przyjętych dzieciaków. I tu się zaczynają grozy prawdziwe.

Przedszkola są przepełnione. To fakt. Wiadomo. Ale jest jeszcze jeden problem. Każde przedszkole przyjmuje wg swoich "stopni", jak to roboczo nazywam. Najpierw przyjmują biedne jakimiś patologiami otoczone dzieciaki, potem stopniują się przeróżne okoliczności, które teoretycznie mogą poprawić szansę przyjęcia do przedszkola.

Ale...

W moim miasteczku panują tak chore stosunki, że wątpimy w to, że nasz Synek się dostanie. Bo jak to wygląda wiosną?

- Halo, tu dyrekcja przedszkola.
- Halo, tu ratusz. Proszę przyjąć wnuczka naszej pani radnej X.
- Ale ja już nie mogę...
- A czy to jest twoje prywatne przedszkole? Chcesz dostać dotację na...
- Tak.
- No więc?

Z dobrze poinformowanych źródeł.

Czy coś się zmieniło przez ostatnich 20 lat?

13 komentarzy:

  1. Współczuję, w Poznaniu jest normalnie. Powodzenia:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przedszkole to pikuś. Lepiej zapisz Go juz do szkoły. Pomaturalnej!!!
    A tak poważnie to nam też raz odmówili, nawet pan burmistrz osobiście odmówił na pismo w sprawie. Nie zgodził się też na przekierowanie pieniążkow z budżetu do innej placówki, która nie jest przepełniona. Ani ni w ogóle nie doradził, za to cała jedna wypłata poszla nam na przedszkole prywatne, które sprawdziło się fenomenalnie. Dziecko nie chciało z niego wychodzić, ale niestety panie nie chciały zatrudnić go w charakterze stróża nocnego. A szkoda, może by się zbilansowało ;DDD

    OdpowiedzUsuń
  3. Wkurza mnie to i owszem, a nie wiem jak temu zaradzić! Zatem wiele cierpliwości i szczęścia życzę!

    OdpowiedzUsuń
  4. W plecy, nie w plecy... Nie wiem, czy jechanie na układach i znajomościach to tylko nasza specjalność, spuścizna minionej epoki. Pociesz się, że gdzie indziej ludzie odbierają telefony typu: Tu biuro premiera, ta pani to córka prezydenta, a nie panna od Bunga Bunga - dobrze byłoby, gdybyście ją wypuścili...

    Pomijam już fakt, że gdybym mógł w ważnej dla mnie sprawie skorzystać z układu, to pewnie bym to zrobił - jak każdy zapewne.

    OdpowiedzUsuń
  5. Oj, się nie zgodzę - są układy i układy.

    Pierwszy rodzaj jest moim zdaniem dopuszczalny:
    w warunkach "równych" można moim zdaniem pomagać swoim. Przykład:

    zatrudniam jako dyrektor szkoły (he he) nowego nauczyciela. Jest dwóch kandydatów. Ktoś obcy i mój przyjaciel. Obaj mają IDENTYCZNE kwalifikacje, podobne doświadczenie, nie można wskazać, kto jest na bank lepszy.

    Wybieram swojego.

    Niedopuszczalne jest, gdy jak w opisanym przypadku ktoś nadużywając swojej władzy "promuje" swoich kosztem drugich. ( W przedszkolu może czyjej polecone dziecko wygryzie dziecko bardziej potrzebujące opieki placówki.)

    Naganne jest, gdy ktoś promuje kogoś, kto absolutnie nie spełnia wymagań w jakiejś dziedzinie, ale zna i dobrze żyje z odpowiednimi osobami.

    OdpowiedzUsuń
  6. W Polsce komuna utworzyła sieć nieformalnych powiązań, które zatruwają całe życie społeczne. Śmiano się z "układu" Kaczyńskich, ja tez się śmiałem. Ale Polacy są tak głęboko umoczeni w tym matrixie, że nawet nie widzą tej wszechobecnej patologii.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jako dyrektor szkoły, mając wakat, dzwonię do kumpla, jeśli uważam, że się nada i mówię - słuchaj, stary, jest taka sprawa... To jest jasna sytuacja. Jeśli się znajomością kieruję przy WYBORZE (czyli gdy już mam do wyboru znajomka i kogoś obcego), to się kieruję znajomością i nie ma dyskusji. Równie dobrze kontrkandydat może mieć chorą matkę, czwarte dziecko w drodze i jeszcze jakieś dodatkowe perturbacje (o czym nie wiesz), a Ty jako dyrektor nie dasz mu pracy, bo kompetencje ma podobne to tych, jakie ma Twój znajomy.

    Granica jest płynna i każdy nepotyzm, choćby go nie wiadomo jak zracjonalizować, będzie dwuznaczny moralnie. Ale Twój przykład dowodzi, że takie dwuznaczności są nie do uniknięcia. Bo prawdę mówiąc, ja też pewnie zatrudniłbym znajomego.

    OdpowiedzUsuń
  8. nic a nic... ja dziś miałam podobne zdarzenie, tyle że nie w przedszkolu. Ale to nie o miejsce, a o dziwną mentalność chodzi...

    OdpowiedzUsuń
  9. No to ładnie, czyli niewiele tych przedszkoli macie u siebie? Myślę, że u mnie problemem nie byłoby zapisanie, a opłaty, z tego co się orientuje są niebotyczne.

    OdpowiedzUsuń
  10. Niektóre dzieci mają szczęście i nie bywają przyjęte do przedszkola.
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
  11. Go i Ra - cóż, mają szczęście, gdy rodzice mają czas i nie muszą pracować.

    A jak Synek sam się pcha?

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam nadzieję, że synek dostanie się mimo wszystko. Myślę, że przedszkole to nie tylko pomoc dla rodziców, ale także wspaniała okazja dla dziecka, żeby mogło rozwijać się wśród swoich rówieśników. Pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Z tymi przedszkolami to faktycznie masakra, a szkoły likwidują! Za kilka lat będą na powrót otwierać...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.