czwartek, 28 kwietnia 2011

Post pożegnalny (na długi weekend)

Jedziemy do moich Rodziców do Kalisza. (Zero komputera) Pierwszy raz w czwórkę. Pierwszy raz nowym samochodem. Wyprawa jak 150, bo dwójka małych dzieciaków, chociaż to tylko 2 godzinki jazdy.

Dziś myjemy naszego forda. Oczywiście z miejsca znalazł się mały pomocnik, Synek.

- Co tata będzie robił?
- Mył samochód - tłumaczymy z Żoną - Chcesz pomagać?
- TAK!
- To przyniosę ci, myszko, szmatkę... - mówi Żona.
- Co to jest myszkoszmatka?

wtorek, 26 kwietnia 2011

Krótki kurs dedukcji dla zaawansowanych. Zeszyt ćwiczeń 2. Strona 38.

Na podstawie poniższej ilustracji scharakteryzuj sprawcę\sprawców nocnego spożywanie substancji psychoaktywnych w pobliżu mojego parafialnego kościoła.



PS

Wbrew pozorom zadanie jest dosyć ciekawe i niestety jakoś boleśnie mnie kiedyś dotknęło. Do zielarni, którą prowadzi moja teściowa, kiedyś się włamano i ukradziono same najdroższe zestawy witamin, jakieś maści, kremy itp.

Co mogło naprowadzić policję na właściwy trop i wytypować sprawcę?

Skradziono również płyn przeciwko wszom i preparat do czyszczenia protez zębowych.

środa, 20 kwietnia 2011

Sucha dusza

Od drugiego roku studiów prowadziłem mniej lub bardziej regularny dziennik. Około 7 zeszytów w kratkę. Twarde okładki. 90 stron. 

Dzień w dzień - na wykładach, w pociągach, w autobusach, po ciężkich imprezach, przed egzaminami, w dni powszednie i w weekendy... Sam sobie zazdrościłem tej sumienności. 

Bezcenne świadectwo... Ale czego? 

Mnie samego? Tamtych pięknych czasów? Nastrojów? Nadziei? Perspektyw? Zawiedzionych oczekiwań, bo dziś wiem, czym skończyła się ekscytacja przyszłością? 

Zmieniał się mój charakter pisma i mój sposób widzenia tego, co umownie nazywamy światem.
Ale te moje dzienniki nie nauczyły mnie zbyt wiele - głupi byłem, głupi jestem. Najbardziej mi odpowiada to, że  wciąż zmieniały się moje poglądy - od radykała po libertyna. Średnio raz na miesiąc zmieniał się światopogląd wraz z praktyczną realizacją tegoż. 

Najbardziej bolesną kwestią okazują się osobiste i wyrywane z trzewi zdania. Brzmię momentami tak patetycznie, "mądrze", emfatycznie, że wynurzenia Wertera są suche i kostyczne jak zeznanie podatkowe. 

Upijam się własnymi nieszczęściami, rozgrzebuję to potworne (wtedy) uczucie samotności, tworzę jakieś monstrualne konstrukcje, w których mieszają się (wymyślone) poczucie krzywdy i przekonanie o własnej delikatności i wyjątkowości...

Najbardziej okrutnie brzmią peany na cześć kogoś, kiedyś bardzo ważnego dla mnie...

... dziś nawet nie wiem, co się z nią dzieje (nie ma jej na n-k i facebooku, umarła?)

Dziś wiem, że TAK się po prostu NIE PISZE. Są przestrzenie, które nawet przed samym sobą lepiej ukrywać. Nie artykułować. Nie nazywać. Nie jęczeć. Przed sobą i innymi. 

"Zachować suchą duszę", jakby to powiedzieli greccy filozofowie.

A twardziel Fryderyk Nietzsche pisze mądrze: 

Lubię nieszczęśliwych, którzy się wstydzą: którzy nie wylewają na ulicę swych nocników pełnych nędzy; którym pozostało tyle dobrego smaku w sercu i w języku, żeby rzec sobie: 'należy we czci zachować swoje nieszczęście, należy je ukryć...


Ma chłop rację. 

Te słowa pobrzmiewają mi za każdym razem, gdy błądzę wzrokiem po tytułach artykułów z tzw. prasy kolorowej. "Spowiedź tamtego...", "Cała prawda o ...", "Po raz pierwszy tylko u nas szczerze..."

Tak, ciekawe...

Te słowa pobrzmiewają mi również, gdy wpadnę przypadkiem/nieprzypadkiem na jakiś blog rozrywany opisami własnych cierpień, upadków, marzeń... Trochę czuję się tym wszystkim zażenowany - jakbym podsłuchiwał spowiedź kogoś, kto zbyt głośno rozlicza się ze swoimi słabościami. 

U mnie reaktywował się właśnie dziennik analogowy. Od ponad dwóch tygodni piszę, ćwicząc przy okazji umiejętności kaligraficzne. Jedyne emocje to od czasu do czasu słowa "dół", "radocha", "wkur...", "załamka", "ok"... 

Reszta to czyste wydarzenia, akcje, reakcje, obserwacje.

Jedyne plamy na papierze to nie łzy, a rozlana czerwona herbata... 

wtorek, 19 kwietnia 2011

Lekcje z native speakerem

Młody przechodzi teraz intensywny skok. Skok w przepaść lingwistyczną. Naukowcy zjedli zęby próbując dojść do tego, jak to możliwe, że dzieci uczą się mówić i opanowują reguły gramatyczne. Wszelkie tego typu prace są upiornie nudne (pamiętam obowiązkowe lektury tego typu na specjalizacji pedagogicznej nam serwowane).

Fascynujące za to może być obserwowanie własnego dziecka próbujące sprostać wysublimowanym prawidłom polskiej gramatyki.

Notorycznie źle odmienia przez rodzaje liczebniki - "Dwie kontakty" to norma. Notorycznie mówi o sobie w trzecie osobie

- Tymek kocha tatę.
- Kochasz - poprawiam.
- Kochasz tatę - mówi i tak w kółko z każdą czynnością. Choć nie powiem, ostatnio jakoś pierwsza osoba próbuje się rozgościć w jego podręcznym zestawie gramatycznym.

Inną kwestią są anglicyzmy. Ten język przywarł, gdy na youtube szukaliśmy jego ukochanych wiatraków (windmills) i wentylatorów (fans, desk fans, electric fans etc.). Hitem był jednak filmik o pewnej betoniarce, którą "wpisywaliśmy" jako "cement mixer."

Młody tak zaskoczył, że był w stanie w ciągu dnia, oderwany od jakichś czynności, wypalić:

- Betoniarka to po angielsku "cement mixer."
- Tak, synku, masz rację...

Tylko dziadek z babcią wielkie oczy przy okazji tej darmowej lekcji angielskiego-budowlanego.



To jeszcze nic.

Unikamy przy młodym używania brzydkich słów. Nie... w ogóle unikamy, ale przy tym małym skubańcu nie wolno powiedzieć nawet "ja pierniczę", "do jasnej-ciasnej" lub "kurcze." Wszystko wychwyci. Wszystko powtórzy.

Parę razy się wypsnęło, nie czarujmy się.

No i przewijam Tymka, a on nagle mi wypala:

- Dupa!
- Nie rozumiem, gdy tak do mnie mówisz - odpowiadam zgodnie z ustaloną procedurą.
- Dupa!
- A co to znaczy?
Myśli.
- "Dupa" to po angielsku "pupa"

Język angielski w ogóle stał się kluczem (wytrychem?) otwierającym nową rzeczywistość.

Ostatnio nasz ogród nawiedził fachowiec z maszyną do kultywacji trawników. Areator się to nazywa. Robi sporo hałasu, pluje suchą trawą, wydobywają się z niego toksyczne spaliny i w ogóle jest atrakcyjny dla dziecka w każdym wieku.



No więc Tymek z nosem przyklejonym do szyby obserwuje pracę tej machiny. Fascynacja totalna.

Parę dni później zapytany o to, czy pamięta, co przyjechało do ogrodu, mówi zgodnie z prawdą:

- Areator.
- A wytłumacz nam, co robi areator.
Myśli.
- "Areator" to po angielsku "drzewo."

Ale dlaczego, tego nie wie nikt.

sobota, 16 kwietnia 2011

Możecie mówić, że to układy...

... ale dziś sprawdziłem listę i Synka nam przyjęli do przedszkola!

Specjalnie przeskoczyłem płot, bo placówka była zamknięta, by sprawdzić, czy jego nazwisko rzeczywiście widnieje wśród różnych innych fuksiarzy na liście przyklejonej do drzwi.

Może to układy na dole, a może te na Górze...

piątek, 15 kwietnia 2011

Ars moriendi czyli kiedy kitę odwalę

Fakt. W okolicy, nad jeziorem, znaleziono zwłoki kobiety. Starszej. Kiepsko ubranej. Z miejsca ucięto wszelkie spekulacje na temat ewentualnej kryminalnej otoczki tego zdarzenia. Było klinicznie czysto. Starość ją zabiła.

Po kilku dniach ustalono personalia zmarłej. Powiadomiono rodzinę (odległą). Pogrzeb. Nawet w moim miasteczku ta śmierć nie odbiła się większym echem. Tylko raz w lokalnej telewizji pojawiła się "na pasku" informacja o tym zdarzeniu.

Moja teściowa, prowadząc zielarnię, ma kontakt z tymi, "co zawsze wszystko wiedzą." Starsze panie w małych miasteczkach  to krynice wiedzy.

Dowiedzieliśmy się, że zmarła to "ta i ta", że "za komuny jakieś interesy prowadziła, że potem problemy finansowe, a ostatnie lata błąkała się po okolicy, nieobecna..."



Naszło mnie - czy ta "kobieta sukcesu" mierząc spaczoną PRL-owską suwmiarką mogła kiedykolwiek przypuszczać, że tak właśnie skończy się jej życie? Czy gdzieś kiedyś mogło jej przyjść do głowy, w jakimś upiornym przebłysku, że sucha trawa i zimne marcowe jezioro będą tym, co jej zmysły zarejestrują na samym końcu?

Jestże więc najmniejsza chociaż szansa, byśmy zdołali się z tą bolesną prawdą skonfrontować? Pewnie póki jesteśmy młodzi (w miarę), zdrowi (lub źle zdiagnozowani) nie. A nawet im bliżej drewnianego kimona, tym wzrok nasz nie wyostrza się tylko bardziej szuka pocieszających scenariuszy ostatnich chwil życia.

Mnie naszło w nocy - leżę obok chrapiącego, zakatarzonego Synka. W słuchawkach mam ściągnięty jeden odcinek "W Jezioranach" (wiem, żenada, ale ta powieść radiowa mnie jest idealnym środkiem nasennym, lepszym niż "Nad Niemnem"). Leżałem, zastanawiając się, na ile jestem w stanie wyobrazić sobie własne zejście. Pojawiła się kilkuminutowa obsesja - im bardziej chciałem o tym nie myśleć, tym uporczywiej otwierały mi się wizualizacje.

Będę leżał w szpitalu? Zabudowany parawanami, by nie psuć innym pacjentom humoru moim umieraniem? Otoczy mnie rodzina? Dorosły już Syn, Córka? Może ich dzieciaki? Powiem im coś?

A może zasnę i się nie obudzę? W domu? Jak mój dziadek, który wstał z łóżka, by po chwili znów się położyć i już nie wstać?  

Może nagle? Na ulicy, w domu, trafiony absurdem śmierci. Potknę się i wyrżnę łbem w krawężnik? ("Od nagłej niespodziewanej śmierci...")

Wyświetli się moje życie? Może jeden z najsilniejszych obrazów z dzieciństwa - budzę się rano, niemal śpię, a Mama, przed wyjściem na  pierwszą zmianę, wygrzebuje popiół z kaflowego pieca, nakłada węgiel, drewno, papier. Zamyka ciężkie żeliwne drzwiczki pieca, wychodzi w nadziei, że mnie nie obudziła. Może właśnie to się wyświetli?

Nie będzie może żadnego przeświadczenia o "wejściu w inne życie", może będzie tylko groza czerni?

Kochanowski wszak pisał w "Odprawie posłów greckich":


Jedenże tylko sposób człowiekowi 

Jest urodzić się; a zginąć tak wiele 

Dróg jest, że tego niepodobno zgadnąć. 


Myślę, że jeszcze lepiej (jak na nasze realia) moje myśli ilustruje Jaromir Nohavica. 

W swojej pieśni łączy z sobą to, co chyba już wyparowało z naszej "pięknej, żywej" cywilizacji. Cywilizacji wiecznie młodych i niemal nieśmiertelnych. Ta świadomość, że umrzemy - wierzący i nie, ateiści i ortodoksi, baby i faceci, starzy i młodzi... 

W tym tekście czuję humanistyczną (ho ho, ale słowo) zgodę na przemijanie - ludzi i całych pokoleń. Nie ma buntu, rozpaczy, lania łez... 

Jest zgoda, bo tak już ten świat zmajstrowany. "W sumie jest nieźle..."






Kiedy odwalę kitę odwalę
Jaromir Nohavica, przekł. Antoni Muracki

Gdy czarne papierowe buty rano już ubiorę,
A stara zyska pewność, że mi szychta wisi kalafiorem,
to wyjdzie długi pochód mych żałobnych gości
na Śląską Ostrawę po Sikorowym moście

Gdy odwalę kitę
To będzie w pytę.
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę

A że wszyscy mi są bliscy, to niech dzisiaj się uraczą,
niechaj rżnie muzyka, wino płynie, moje baby płaczą.
I tak jak w robocie nie dawałem ciała -
chcę, by moja stypa była jak ta lala,

Niech będzie w pytę
Cudna, fajna i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.

Co niektórych zwali w niezłej chwili, niech ja skonam,
wie coś o tym kochanica, tego, co był zszedł, Macdona.
Więc jeśli miałbym wybrać - w łóżku czy też w klubie -
niech mnie trafi w trakcie tego, co tak lubię

To będzie w pytę
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.

Jedną mam wątpliwość - zabrać Żywca czy Red Bulla,
żeby tam na górze nie wyjść na jakiegoś ciula.
Ja w każdym razie biorę piersiówkę starej starki,
bo starka nie zaszkodzi, gdy się nie przebiera miarki

To będzie w pytę ...

Wiem, że Cię nie ma, Boże, ale w końcu gdybyś był tak
Daj mnie tam, gdzie dawno siedzi stary Lojza Miltag.
Z Lojzą razem w budzie u Orłowej, potem zaś na dole
fedrując w mozole, tu też daj nam wspólną dolę

To będzie w pytę ...

Gdy czarne papierowe buty rano już ubiorę,
a stara zyska pewność, że mi szychta wisi kalafiorem -
wszystkie moje plany tak niewiele znaczą.
W sumie było nieźle, ludzie mi wybaczą

Gdy odwalę kitę.
Cudnie, fajnie i w pytę,
gdy definitywnie odwalę kitę.


Podkreślenie moje hi hi hi

czwartek, 14 kwietnia 2011

Prośba

W mojej szkole prowadzony jest projekt edukacyjny "Katedra gotycka." W tym momencie, po zamknięciu kolejnego etapu, nadszedł czas na głosowanie. W grę wchodzą spore bonusy dla szkoły. Dzieciaki się narobiły.

Dlatego proszę Was, abyście w miarę możliwości mogli po prostu kliknąć na obrazek katedry z prawej strony ekranu. tam się otworzy strona i będzie po prostu kliknać pod numer 23.

Nic nie kosztuje.

Żadnego logowania itd.

Do 30 kwietnia można raz w ciągu doby dodać głos.

dzięki!

Wiosenna mała gastronomia

Sezon wiosenny w pełni. Do mojego miasteczka napływają weekendowi turyści, głównie z Poznania. W jednej z placówek żywienia (kawiarenka? bar? czy inne licho?) taki oto widok.



WYSTAWA. Rurki z kremem (bitą śmietaną). Ale zamiast kremu, uwaga, WATA! 

Taka atrapa.

Taki patent.

Mistrzostwo.

środa, 13 kwietnia 2011

20 lat w plecy

Synkowi zdjęliśmy pieluchy. Radykalnie. Na zawsze. (Z wyjątkiem nocy) Nosi dumnie swoją pierwszą bieliznę z  lokomotywą Tomkiem i Człowiekiem Pająkiem. Oczywiście od poniedziałku jakieś 10 razy zdążył się zmoczyć, ale liczę na to, że załapie i nasze kosze na śmieci przestaną się zapełniać w zastraszającym tempie.

Ponadto Tymek pewnego dnia rzucił: "Chcę do przedszkola!"

Baliśmy się, że przedszkole może budzić w nim niepokój, ale nie. Aż się rwie.

20 kwietnia będzie lista przyjętych dzieciaków. I tu się zaczynają grozy prawdziwe.

Przedszkola są przepełnione. To fakt. Wiadomo. Ale jest jeszcze jeden problem. Każde przedszkole przyjmuje wg swoich "stopni", jak to roboczo nazywam. Najpierw przyjmują biedne jakimiś patologiami otoczone dzieciaki, potem stopniują się przeróżne okoliczności, które teoretycznie mogą poprawić szansę przyjęcia do przedszkola.

Ale...

W moim miasteczku panują tak chore stosunki, że wątpimy w to, że nasz Synek się dostanie. Bo jak to wygląda wiosną?

- Halo, tu dyrekcja przedszkola.
- Halo, tu ratusz. Proszę przyjąć wnuczka naszej pani radnej X.
- Ale ja już nie mogę...
- A czy to jest twoje prywatne przedszkole? Chcesz dostać dotację na...
- Tak.
- No więc?

Z dobrze poinformowanych źródeł.

Czy coś się zmieniło przez ostatnich 20 lat?

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wiersz na nowy tydzień XII


Mirona Białoszewskiego nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. Gdy czytam różnym klasom jego wiersze przy różnych okazjach, uczniowie jak jeden mąż:
- E, takie coś to po pijanemu chyba pisał.
Albo
- Mógłbym 10 dziennie takich wierszy trzasnąć...
- No to spróbujcie - mówię z tryumfującą miną i widzę ich narastającą niepewność. 

Tutaj jego dość późny tekst ze zbioru "Odczepić się i inne wiersze." Wiersz bardzo mi bliski - mi, wielbicielowi nóg, własnych.



WYGRANA
Ten ma samochód 
Ten ma
Ja - piechota 
Potrącę kogo, to żyje
I ja żyję 
I jeszcze mogę pluć 
Na to co mnie nie chce.

piątek, 8 kwietnia 2011

Zarośnięty i wycięty

Tak, strzyżenie Synka stało się pilną koniecznością.




Zarósł chłopak, a wcześniejsze walki z włosami kończyły się połowicznym sukcesem. Coś tam się ścięło, ale zawsze niesymetrycznie i dość tragicznie potem wyglądał. Decyzja - fryzjer!


 No i się zaczęło. Najpierw idę z młodym do naszego ekskluzywnego salonu – „Eden” się nazywa. Trójka młodych wyrafinowanych fryzjerów. Dwóch facetów, wysokich brunetów z żelem wtartym we włosy. Młody się usiłuje jakoś znaleźć w tej rzeczywistości.
- Był już kiedyś się strzyc?
- Nie.
- To zrobimy tak: pan usiądzie, a synek na pana kolanach. Ok.?
Siadam. Biorę młodego. I ledwie fryzjer zarzucił mi pelerynę, młodego już nie było. Spanikował. Zwiał mi z kolan i powtarza:
- Do domu, do domu…
Nic na siłę, mówię. Wychodzimy. Prowadzę go do mojego niszowego fryzjera. Może tam się przekona do nożyczek. Ledwie wjechaliśmy w bramę, już trajkocze:
- Nie tutaj. Nie tutaj.
- To do którego fryzjera idziemy?
- Do tamtego.
Po drodze oczywiście naobiecywałem mu jeszcze, że pójdziemy do sklepu po kakao, że pójdziemy do sklepu elektronicznego obejrzeć głośniki samochodowe itd.

Siadamy na fotelu. Pierwsza 1/3 strzyżenia w pełnym napięcia skupieniu. Druga 1/3 w płaczu („Tymek chce do łóżeczka. Do domku”). Końcówka już na stojąco. Ja cały w jego włosach. On z wielkim plackiem nieobciętych włosów z tyłu głowy. Włosy w oczach. W uszach. W ustach. Armagedon.

Szczęściem po wyjściu z tego miejsca kaźni humor mu wrócił i wyczerpany emocjami osunął się w przedobiednią drzemkę.

***
Znów mamy chorobę w domu. W nocy budzi się i mnie szuka. Idę do niego. Kładę się. Coś mi nie gra. Jest zbyt ciepły. Oj, niedobrze. Daję Nurofen. Reszta nocy w jego walce z gorączką. Rano ledwie żyjemy. Obaj. Ale ja szkoła. On wałkonienie się w łóżku…

***
A! i jeszcze sensacyjna akcja dzisiejsza. W ten potworny wietrzny dzień Żona idzie wyrzucić śmieci. Otwiera kubeł. Rozgląda się, czy wiatr nie rozrzucił nam gratów po ogrodzie. Nagle patrzy – na worku z trocinami śpi, po chwili leniwe otwiera oczy…KUNA!

Ciąg dalszy pewnie nastąpi, bo zwierzak się wcale nie wystraszył, ale dość nonszalancko się wycofał. Potem teść kunę nieco pogonił z widłami lub inną łopatą, ale ta się gdzieś zaszyła.

Odezwie się – bez obaw…

wtorek, 5 kwietnia 2011

Starszy kreatywny

W dobie nadprodukcji wszelkiej maści specyfików, urządzeń, lekarstw rzeczą cenniejszą niż złoto stała się dobra, trafiająca do klienta, nazwa towaru. Pamiętam, że wszyscy doskonale zapamiętali pewną niebieską pigułkę na potencję. ("Dzień dobry! Czy jest viagra na stanie?" - pyta w drzwiach klient apteki)

Inni producenci zwietrzyli interes (nomen omen) i chcieli stworzyć własne odpowiedniki rzeczonego specyfiku. Skład niemal identyczny, ale musiała być równie genialna nazwa. Ktoś wymyślił słowo "Levitra"; i brzmiało z francuska, i środek słowa kojarzył się z witalnością.

Nazwa to podstawa - zapamiętajcie sobie twórcy nazwy czegoś na wzdęcia o nazwie (fuj!) "Ulgix".


Dlaczego o tym piszę?

Bo Synek ostatnio wpadł w słowotwórczy szał. Ale nie taki w stylu większości dzieci, które po swojemu nazywają otoczenia. On wymyśla nazwy towarów.

Przykład?

Zrobiliśmy mu ostatnio z wielkiego kartonu pralkę. Elegancka. Z wyciętym okienkiem do wrzucania "brudnych" rzeczy, z małym okienkiem do wsypywania "proszku."

- Jak nazwiemy tę pralkę? - pyta Żona - Amica?
- Nie - mówi Synek.
- Beko?
- Nie.
- Whirlpool?
- Nie - zawiesza się na chwilę i myśli. - PERION!

Na bank nie słyszał nigdzie wcześniej tego słowa. Sprawdziłem. Perion to nazwa jakichś akumulatorów, które wychodzą z fabryk jako "no name".

Ale to jeszcze nic.

Wcześniej wziął antyperspirant i zaczął nim (ku zgorszeniu właścicielki antyperspirantu) smarować jakiś kawałek metalu, metalową obręcz z antycznej maszynki do mielenia mięsa.
- Co ty robisz?!
- Czyszczę metal - odpowiada spokjnie.
- A czym ty czyścisz?!
- ARPIKOLEM.

ARPIKOL. Tej nazwy nie ma! Sprawdziłem. Sam ją powołał do życia.

Podsumowując, jakbyście wymyślili jakiś genialny produkt - od środka do czyszczenia metalu po środki przeczyszczające - nazwę już macie.

Praw autorskich chyba Synek pilnować nie będzie.



Może w środku był ARPIKOL? Kto wie...

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Wiersz na nowy tydzień XI

Co może poeta? Co może zwykły wrażliwy człowiek? Człowiek w wielkim mieście? Człowiek otoczony tym, co najboleśniejsze i najwulgarniejsze? Co może zaoferować światu?

O tym w piorunującym wierszu Mariusz Grzebalski.


UKŁAD

Chmury nad zieloną kością osiedla.
Bulterier ciągnie małolatę w trampkach
i kusej różowej kiecce w kierunku łysych
pijących piwo na murku.
Głupie gnojki i cud-blondi,
po czubki rzęs naładowana amfą -
kurwuje gorzej niż szewc, ale bez wdzięku.

Chlać, brać, dawać ciała tymczasowemu fagasowi
na tylnym siedzeniu beemki - nowa definicja szczęścia.




Ale co ty dla nas masz, kukło?
Ściubienie przy monitorku do piątej nad ranem,
celebrowanie s z t u k i, mleko dla kota?

niedziela, 3 kwietnia 2011

Moje kochane rodzinne gniazdo



Mietek Szcześniak to nie jest może jakiś mój ukochany wokalista, ale nie można mu odmówić ciepła i bycia po prostu sympatycznym.

A w tym kawałku jest cały mój kochany Kalisz...

... ależ za nim tęsknię...

...100 kilometrów dalej będąc...

sobota, 2 kwietnia 2011

Więcej grzechów nie pamiętam...

W duchu wczorajszego święta.

Moje kawały, które bliźnim spłatałem. Spowiedź dziecięcia niesfornego:




- w liceum na geografii wyciągnąłem z torby kolegi kanapkę. Kolega był akurat pytany przy biurku. Siedzieliśmy przy oknie. Na parapecie stały kwiatki, które były oczkiem w głowie nauczycielki. Przeróżne odmiany. W tym jedna roślina posiadająca grube zielone liście pokryte białawymi włoskami.

Urwałem jeden liść i włożyłem koledze do kanapki pomiędzy szynkę i ser. Całośc zawinąłem precyzyjnie i schowałem do kolegi torby.

Wszyscy do końca lekcji oczywiście dowiedzieli się o moim występku. Całą przerwę chodziliśmy za nim, aż w końcu wyciągnął bułkę i mówi, widząc nasze spojrzenia:

- No co się tak patrzycie? I tak wam nie dam.

I ugryzł. My w śmiech.

Po chwili podchodzi do kolegi jego najlepszy kolega z klasy rownoległej i mówi:

- Daj gryza.

Dostał gryza. A podaliśmy...


Na studiach mieszkałem w akademiku z całkiem przyzwoitymi ludźmi. Nie licząc Bartka, który uwielbiał przy kolacji pokazywać blizny po kilku operacjach. Podciągał koszulkę i chwalił się kilkukrotnie rozcinanym brzuchem.

Pewnego dnia nieziemsko bolała mnie głowa. Od popołudnia zdychałem w łóżku. Chyba nawet zasnąłem, bo ze snu kojącego ból wyrwało mnie pukanie do drzwi. Resztkę sił zaangażowałem, by się wywlec z łóżka i przejść przez ciemny już pokój.

Otwieram drzwi...pusto!

Śmiech Bartka ...który leżał w swoim łóżku i pukał w półkę obok.

Innym razem wrzucił mi kilka orzechów włoskich do poszewki poduszki. Omal sobie łba nie rozbiłem.

Ale zemściłem się. W nocy przestawiłem mu budzik godzinę do przodu. Budzik oczywiście też. Rano chłop się budzi. Mówi: "Ale się coś dziś nie wyspałem" i wstaje. Ubiera się, włącza radio, a tam wiadomości z prawidłową godziną. Oczywiście nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.

Gdy wrócił wieczorem z zajęć był bardzo zły, bo gdy trafił rano na uczelnię, pomyślał, że zajęcia odwołane; nikogo nie było przed salą, więc wrócił do pokoju, w którym nikogo już nie było. A gdy się zorientował, było już po pierwszym wykładzie.

Kolega z grupy cierpiał na różne natręctwa i był hipochondrykiem. Jadł na śniadanie tylko suche buły i popijał niegazowaną wodą z butelki. Raz powiedzieliśmy mu:

- Piotr, mucha ci chodziła po bułce.

Bułki tej już więcej nie ruszył.

Był trochę męczącym i pretensjonalnym typem. raz przyszedł ubrany na zajęcia w spodnie od dresu i marynarkę i twierdził, ze wcale nie wygląda idiotycznie.

Padł ofiarą kleju "Kropelka." Odkręciliśmy mu wodę (na chwilę spuścił z niej wzrok) i posmarowaliśmy klejem zakrętkę. Pół dnia nie chciało mu się pić, a my łaziliśmy za nim już zmęczeni późnymi owocami naszego żartu. W końcu zaczął się do niej dobierać. Najpierw normalnie. Potem przez sweter. Potem przez kurtkę...


W mojej pierwszej pracy dzieliłem wyrobniczy los z niejakim Kubą. Dziwnym grubym chłopakiem, który skończył liceum, ale nie zdał matury. Miał notorycznego pecha. Raz w klasie maturalnej poszedł z kumplem na wagary. Siedzą gdzieś w jakimś parku. Piękna pogoda. Piwko jedno, drugie. Trawa pachnąca. Popołudnie się zbliża, trzeba wracać do domu.

Rozdzielili się. Kuba wsiada do tramwaju. Godziny szczytu, a wokół niego w tramwaju jakoś pusto. Dziwne, ale machnął ręką. Gdy wrócił do domu, okazało się, że usiadł na psiej kupie i nowiutki prochowiec miał z tyłu olbrzymią brązową śmierdzącą plamę.

Palił jak smok. Wciąż wychodził na fajki. No i siedzimy w naszym "biurze", Kuba idzie na fajkę, ale paczkę zostawia na biurku. Wyciągam jednego papierosa i wkładam do środka malutki gwoździk, który znalazłem w "szufladzie z wszystkim".

Potem resztę dnia chodzimy za Kubą, czekając aż wypali te fajkę. Nic z tego. na drugi dzien przychodzi zbulwersowany:

- Ja chyba do jakiegoś rzecznika napiszę!!! - wrzeszczy - wczoraj gwoździa znalazłem w papierosie. Normalny gwóźdź! Już nawet szukałem infolinii producenta!