sobota, 26 lutego 2011

Moja przedkopernikańska rodzina

A każda przestrzeń
którą widzi człowiek dookoła domu,
kiedy stoi na swym dachu
albo w sadzie na pagórku
trzy metry wzniesionym,
taka przestrzeń jest jego wszechświatem.




Napisał William Blake. Wielki angielski mistyk. Poeta i wizjoner.

Te słowa mnie prześladują od wielu lat. I w końcu mi się skonkretyzowały w takie oto zapiski.


Moja Babcia mieszkała z nami cały schyłek swojego życia. Nie będę udawał, że łączyły mnie z nią jakieś wybitnie silne więzy. Bo nie łączyły. Istniała w swoim pokoju nieco obok. Uwielbiała "Dynastię" i zabraniała mi i moim młodszym braciom gapienia się w przygodny Carringtonów, bo tam się całowali i w dekoltach wszystkie kobiety. Raczej po prostu była.

Zapamiętam ją, ponieważ żyła w epoce, w której nie obowiązywała teoria heliocentryczna. Dla mojej Babci to Słońce kręciło się wokół Ziemi, nie odwrotnie. Miała na to szereg dowodów.

Po pierwsze:

- to Słońce wspina się na wschodzi i stacza na zachodzie. Słońce się rusza. Tego argumentu nie mogłem obalić jako nastolatek.

Po drugie:

- W kalendarzu jest wyraźnie napisane "Wschód słońca", a nie "Wschód Ziemi", więc to wokół Ziemia nieruchomo tkwi w przestrzeni niebieskiej, a wszystko wokół niej tańczy.

Teraz mój Ojciec. Człowiek, do którego coraz bardziej się jakoś upodabniam, chociaż najczęściej jest to powód, by nad sobą sporo pracować. Mnie interesuje jeden aspekt jego osobowości. Brak ciekawości świata. Nigdy nigdzie z własnej woli nie wyjeżdżał. Nie krążył. Nie oglądał reportaży o sercu sawanny czy zielonych płucach globu. Jeżeli już to wiózł nas na wakacje na Mazury (do dziadków od strony Mamy). Dalej nigdy.

Ba, nawet nie marzył o tym, by się wyrwać. Z Polski sprzed 1989 roku nie mógł, bo małe dzieci, bo nie miał paszportu. Po 89 roku nawet się nie starał o paszport. Wystarczał mu stary dobry Kalisz, którego ulice zna jak własną kieszeń. Wystarczał mu spacer z psem, by poznać coś więcej niż podwórko naszego domu.

Moja Mama. Pamiętam - będąc małym chłopcem, przeglądałem jej fotki znad Bałtyku. Była szczupła i w bikini (Co? To mamy takie mogą być, myślałem wcale długo). Na wszystkich innych zdjęciach Mama jest z nami i w najbliższej okolicy.

Mama nigdzie nie wyjeżdżała. Nigdzie poza Mazurami, jej rodzinnymi stronami. (Dumny jestem z tego, że połowa mojej krwi pochodzi z Kurpiowszczyzny, choć nie wiem, jak mnie to może charakteryzować).

Mama była zawsze na miejscu. I choć raz czy drugi wyraziła coś w rodzaju tęsknoty za morzem czy górami, nikt nie brał tego na serio. Aż do momentu, gdy zmarł jej ojciec (mój Dziadek) i trzeba był jechać na kilka miesięcy zaopiekować się Babcią (czyli mamą Mamy)

"To dobrze - mówiła Mama - ja już mam dzieci odchowane. Nic mnie tu w Kaliszu nie trzyma. Chcę pobyć w rodzinnych stronach. Poodwiedzać. Pooddychać czystym powietrzem."

Generalnie mówiła tak, jakby nasze miasto, mój Ojciec, my, jej synowie, byśmy byli tylko jakimiś epizodami, przerywnikami w jej życiu. Smutno mi się zrobiło. Gdy pojechała, przez jakiś miesiąc był spokój, ale potem co telefon, to Mama w żal, że tam już nie tak samo, że dom jest tam, gdzie rodzina, że czeka tylko aż wróci do domu, do wnuczka...

Teraz moi rodzice wspólnie w rolach głównych:

przyjeżdżamy ich odwiedzić w wakacje. Ja z Żoną już od kilku lat mieszkam pod Poznaniem. Wracamy z Egiptu. Wieziemy zdjęcia. Foldery. Stosy opowieści. Zabójczą opaleniznę. W rodzinie mojej Żony wszelkie wyjazdy, nawet za miedzę, są obfotografowywane, potem kilka razy opowiadane poszczególnym gałęziom rodu. Każdy słucha, każdy się interesuje. Każdy przegląda fotki po 10 razy wychwytując na nich kolejne szczegóły. Każdy zna wycieczki każdego tak precyzyjnie jakby sam wyjechał w ciepłe lub mniej ciepłe kraje.

- Nie rozczaruj się - mówię Żonie - moi rodzice nie są tacy. A już szczególnie Ojciec.
- Jacy?
- Oni tak nie przeżywają wszystkiego.
- Ale Egipt? Przecież nigdy tam nie byli.
- Oni nigdzie nigdy nie byli. Ich nie ciągnie...

No i miałem rację. Ojciec ledwo zerkał na podawane fotografie i jedyne, co go ruszyło, to informacje o temperaturach ("Dajcie spokój! Ja bym nie pojechał..."). Mama oglądała, słuchała, ale...

Równie dobrze moglibyśmy wrócić z Marsa. Podobny poziom ekscytacji by nam zapewniono.

I nie mam żalu. Sam bym taki był, gdybym spotkał kobietę życia będącą lokalną patriotką-domatorką. Tym bardziej, że przez większość młodości przyświecało mi hasło: "Najpiękniejsze podróże odbywa się przez okno." Nie spodziewałbym się czegoś innego niż kopiowania stylu życia mojego Ojca.

A konkluzja?

Wielki szacunek mam dla tych, których nigdzie nie ciągnie w świat. Dla tych, którzy sadzą drzewa, by w ich cieniu swoje stare kości na leżaku ułożyć. Dla tych, którzy mają swój własny poukładany wszechświat, kosmologię, nawet nie do końca zgodną z odkryciami naukowymi sprzed prawie 500 lat.

12 komentarzy:

  1. Konkluzja wyborna!
    I doskonale ją rozumiem: mój Tato ma tak samo, jak Twój... Jego wszechświat to pola, lasy i łąki dokoła domu.
    To jest ten typ wrażliwości, który musi w człowieku siedzieć: są ci, którzy będę gnali przed siebie, i ci, dla których wszystko jest na wyciągnięciu dłoni.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja podziwiam takich ludzi, bo ja zupełnie tak nie potrafię. To pięknie pokazuje, że każdy inaczej postrzega świat, wszechświat, pokazuje jak różnymi typami ludźmi jesteśmy, jak odmienną wrażliwość posiadamy.
    Mój ojciec jest z zawodu marynarzem, od lat pozostaje na emeryturze i gdzieś to w nim tkwi, że jeszcze chciałby pojechać tu czy tam, ale zdrowie, choroba nie pozwalają. Jego siostra była też taką osobą, którą ciągnęło po kraju, po świecie. Moją mamę nie tyle może do świata, co do przyrody wyciągało... tam gdzie pola, gdzie łąki, gdzie lasy, gdzie góry, gdzie potok... Mieszkająca w mieście osoba, która nijak nie mogła się przyzwyczaić do tego miasta i w nim usiedzieć, wytrzymać.
    A ja jestem mieszanką obojga i nie potrafię usiedzieć długo w jednym miejscu, co zaowocowało tym, że w mojej rodzinie jestem osobą, która najwięcej razy zmieniała miejsce zamieszkania. Problem pojawi się wtedy, gdy pojawią się dzieci... Już współczuję własnym dzieciom takiej matki ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moi rodzice podobnie jak Twoi nigdy zbyt daleko się nie wypuszczali, po pierwsze z kwestii finansowych, po drugie z powodu tego iż zwyczajnie boją się podróży samolotem, gdzieś gdzie jest inny klimat, inne zwyczaje i języki. Szanuję ich za to bardzo, choć marzy mi się aby kiedyś gdy będę miała już stabilną pracę zafundować mojej mamie wycieczkę do Watykanu, bo takowa wiem, że jej się marzy..
    I ja chyba właśnie dlatego, że nigdy nie wyjeżdżałam z rodzicami teraz staram się to sumiennie nadrabiać, jestem ciekawa świata, chcę poznawać to co inne, różne.
    Cóż - różnica myślenia, pokoleń - bardzo szanuję ludzi, którzy są domatorami, ale jednak ja myślę inaczej.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekolada: nasze dzieci po prostu przywykły. Nie miały po prostu wyjścia. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale tak po prostu u nas jest. Włóczymy się po Polsce.
    Ale do rzeczy. Myślę, że przywiązanie do swojego wszechświata jest bardzo ważne. Z racji wędrowniczego trybu życia taszczymy swój mikrokosmos ze sobą z miejsca na miejsce. Na razie jest nienajgorzej. Ale... powoli odczuwam potrzebę zapuszczenia korzeni, posiadania własnego miejsca na świecie. Jeszcze nie wiem gdzie (mamy tu mały spór doktrynalny spór z Żoną) i kiedy. Ale pewnie gdzieś tam w końcu osiądziemy i będziemy podziwiać wszechświat, który zmieści się w zasięgu naszego wzroku.
    (Ja też nie wierzę, że to Ziemia krąży dokoła Słońca. No bo jak płaski dysk może jeszcze krążyć? Pospadalibyśmy przecież z niego)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak czy siak, powiedzenie "Ziemia krąży wokół Słońca" jest równie poprawne, co "Słońce krąży wokół Ziemi".

    W końcu ruch jest względny... tłucze się to na fizyce, a potem nagle mówi coś odmiennego. To jest ciekawostka.

    I nie jestem pewien - ale czy "teoria heliocentryczna" nie mówiła czasem, analogicznie do "geocentrycznej" - że to "Słońce jest centrum wszechświata"?


    Ja tam za dalekimi wyjazdami nie przepadam... korci mnie tylko żeby od mieszkania z rodzicami się uwolnić.

    Kiepskie rozeznanie w terenie zresztą mam, oraz ciężko się aklimatyzuję. Nie jestem stworzony do podróży - ale z drugiej strony, nie jestem tak samo stworzony do przebywania w domu. 24h bez długiego wyjścia = koszmar ;(

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tam lubię swoje cztery kąty. Nie lubię podróży bo wszędzie ludzie, trzeba pieniądze wydawać i nie można wypocząć.
    A w domu wszystko masz poukładane. Znasz najbliższe ścieżki do półki z muzyką, dvd, książkami. Są Zona i Dzieci. Czego trzeba więcej do szczęścia.
    A co do zdjęć - mam to samo co Twój tata. Nudzą mnie fotki z wakacji innych. Bo fotografia przedstawia cos ważnego dla człowieka bedącego tam. Ale ja jestem dziwny chyba...

    OdpowiedzUsuń
  7. Quis, mam takie samo podejście do "obcych" fotek. I do domu mi zawsze najbliżej.

    Kos, ja mam taką orientację w terenie jak nawigator Tytanika. Jak sobie jakiś skrót znajdę w średnio znanym terenie, to idę dwa razy dłużej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dzień dobry.Podczytuję sobie od pewnego czasu, ale już kilkakrotnie razi mnie np. " mama zabraniała mi...".Proszę nie mieć do mnie żalu, bo naprawdę lubię Twój blog, ale jesteś nauczycielem, więc chyba wiesz, że komu, czemu?
    Alutka.

    OdpowiedzUsuń
  9. MNIE, ale może jestem w błędzie.Możesz wytłumaczyć?
    Alutka.

    OdpowiedzUsuń
  10. Popatrzmy:

    "Ja" zaimek.

    Mianownik - wiadomo.

    Dopełniacz - kogo czego? Mnie

    Celownik - komu czemu? Mnie LUB mi (czyli zabraniała komu czemu MI albo MNIE)

    Biernik - kogo co? Mnie...

    I tak dalej...

    Błędu nie widzę.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.