wtorek, 8 lutego 2011

Dym

Koszmar.

Godzina 19. Synek własnie ogląda bajkę, Córa się buja w wózku, gdy teściowa zaczyna nerwowo krążyć po domu i powtarzać: "Czuję dym. Czujecie?" Poczałkowo nic, ale po chwili rzeczywiście. Dym.




Dom dogrzewamy zimą kominkiem. Kominek daje ciepło i rozprowadza je do każdego pomaszczenia systemem rur poprowadzonych na strychu. Ciepło popycha wszędzie turbina pracująca na strychu.

A teraz? Każdym wylotem, którym ciepło biegło do każdego pokoju, leciały kłęby dymu! Ciężki gryzący dym. Lekka panika. Synek jeszcze nic nie przeczuwa, ale my już cali w nerwach.

Co tu zrobić?

Otworzyć kominek - wtedy cały dym w 5 sekund zatopi "salon." Trzeba gasić, ale jak? Wiadro z woda wlać? Trzeba wywlec palące się szczapy. Ale do czego? Wszystkie wiadra w chacie plastikowe. Już Żona chciała szufladę spod piekarnika wyciagać, a mnie olśniło.

Na podwórku, obok wejścia do warsztatu teścia (naprawia pralki, lodówki etc.) stał kadłub po pralce "Frania." Chwyciłem to, zaniosłem przed dymiące oblicze ogniska domowego i w kłębach dymu zaczęliśmy z Agą wyciągać płonące drewno.

Dwie "Franie" zapełniliśmy + wiadro wody w żar i było po sprawie. Ale dymu wciąż pełno. Wszędzie.

Synek wyczuł nerwy. Prawie płacze. Zmęczony, nie wie, o co chodzi, ale jest coś złego, czego boją się rodzice. "Nie chcę tego dymu" - powtarzał biedak.

Żona bała się o dzieci. Mogły się poważnie podtruć. Nerwy w zenicie. Córa ryczy, Synek też. Dzwonimy do siostry Agi (i jej męża), by może się u nich jedną noc przespać. Dało się.

Jedziemy. Synek początkowo traktował wszystko jak atrakcję, ale gdy byliśmy już na miejscu - zaczął ryczeć. "Chcę do domu. Wracać!" Trzeba go było wciąż uspokajać.

Baliśmy się o Córę, a ta całą noc przespała z mamą...na materacu w kuchni. Ja tkwiłem z Tymkiem na miniaturowym zapadniętym łóżeczko. No i obudził się o 2:45 w nocy i wołał przez łzy, że chce do domu, do łóżeczka swojego... Uspokoił się po godzinie.

Do domu wróciliśmy o 8 rano, szwagier nas odwiózł. Całą naszą rodzinkę.

A mnie naszły dwie refleksje - cale szczęście, że nie zdarzyło się to w nocy lub kiedy dzieciaki już śpią w łóżkach. Po drugie, serdeczne wyrazy współczucia dla wszystkich tych, których kataklizmy wyrywają razem z dziećmi z rodzinnych domów.

PS

Oby dziś wieczorem najbardziej zaskakującym momentem był kolejny odcinek "M jak Miłość."

11 komentarzy:

  1. Nie zazdroszczę całej akcji.
    Sama przeżyłam pożar na naszej klatce schodowej.
    Dobrze, że tak się skończyło:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dobrze, że nic poważniejszego się nie zdarzyło... I kurczę trzeba być cały czas przezornym, skubane licho nie śpi...

    Życzę "bezdymnych" dni;)

    OdpowiedzUsuń
  3. nie zazdroszczę... dobrze, że tylko tak to się skończyło...

    OdpowiedzUsuń
  4. Całe szczęście, że tak się to skończyło.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kyrje Elejson!!!! 9 grudnia wróciliśmy z dziećmi z imprezy, wczłapaliśmy się na nasze 4 piętro, wchodzimy, a tu zero prądu. W domu ziąb, bo wszystko na prąd i ciemnia. Sobotni wieczór, więc absolutnie nikt w całym Poznaniu nie chciał przyjechać usunąć usterki. Ewakuacja do rodziców! Tak było:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak dobrze, że tylko tak się skończyło. Oby już więcej się nie zdarzyło.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Każda osoba, którą znam, a która ma w domu kominek przeżyła coś podobnego, jak Wy. Nie wiem, o co chodzi, ale kominki stały się dla mnie synonimem niebezpieczeństwa.
    Swoją drogą, taka nagła ewakuacja z domu, z płaczącymi dziećmi, od razu nasuwa mi myśl "wojna". Okropność.

    OdpowiedzUsuń
  8. ale mieliście przygodę.
    najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja mam w domu "kozę" jeszcze nie mieliśmy takich problemów, ale w tej chwili jest u moich rodziców bratowa z dwójką 7-mio miesięcznych bliźniaków.. nawet sobie nie wyobrażam co by mogło się dziać. Dobrze, że tylko skończyło się na płaczu i lekkich nerwach.

    OdpowiedzUsuń
  10. Wiecie, ja od czasu do czasu takie historie mam. Po studiach wynajmowalem pokój w mieszkaniu studenckim. Pokolenie młodsze o 5 lat się ze mną męczyło, bo ja ani pijacy, ani palący, ani nie oglałem namiętnie "Jeziora marzeń."

    No i pewnej nocy budzi mnie Matka Natura - siku mi się chce. Jest 5 rano. Otwieram oczy, łzawią, zaczynam kaszleć.

    Co jest?

    Reszta lokatorów śpi.

    Dymu aż gęsto. Szukam źródła. Kuchnia. Ktoś wrzucił niedopałek do kosza na śmieci. Cały kosz się stopił. Zaczęła się fajczyć wykładzina.

    Gdybym się nie obudził - Bóg wie, co by się stało...

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.