poniedziałek, 28 lutego 2011

Logika dla zaawansowanych. Zeszyt ćwiczeń. Strona nr 43.


Zadanie 1)

Na podstawie ilustracji omów różnicę między imprezą techno a imprezą taneczną.

Zadanie 2)

Omów kwestię różnicy wieku, która upoważnia do uczestnictwa w imprezie techno, tanecznej i striptizie męskim.

Zadanie 3) z gwiazdką!

Napisz fonetycznie nazwisko DJ-a Disco Polo Na Żywo.

niedziela, 27 lutego 2011

Wiersz na nowy tydzień VI

Charles Reznikoff jest jednym z moich ulubieńców.

Skromny urzędnik, nowojorski Żyd, który przespacerował swoje miasto wzdłuż i wszerz.

W wierszach zachwycał się bulwersującą dzisiejszych poetów rzeczywistością.Śmieci na dnie rzeki, biegnący lis lub zmieniające się światła na skrzyżowaniu to niby żadne materiały na poezje, a jednak...

I ile poczucia humoru w tej twórczości, a ile wzruszeń, a ile odkryć. I wielka pokora wobec zwyczajności.

Tutaj w dość poważnym tekście. O czym? No własnie... Cisza...

Ścieżki opustoszały jak zawsze:
niżej, światła domów i samochody
i ogromne zacieki mydlanej piany;
tu, pod schodami, klomby, mrok gęstych żywopłotów,
i te zdyscyplinowane pęczki palmowych liści.
Gdyby to były Włochy, mówisz,
chodniki byłyby pełne ludzi,
a tutaj stałyby rzędy stolików -
i grałaby orkiestra.






Czy cisza jest dla ciebie zbyt mocna?
Trzeba ją rozcieńczać
alkoholem, rozmową i muzyką?

Przetłumaczył niezawodny Piotr Sommer

sobota, 26 lutego 2011

Moja przedkopernikańska rodzina

A każda przestrzeń
którą widzi człowiek dookoła domu,
kiedy stoi na swym dachu
albo w sadzie na pagórku
trzy metry wzniesionym,
taka przestrzeń jest jego wszechświatem.




Napisał William Blake. Wielki angielski mistyk. Poeta i wizjoner.

Te słowa mnie prześladują od wielu lat. I w końcu mi się skonkretyzowały w takie oto zapiski.


Moja Babcia mieszkała z nami cały schyłek swojego życia. Nie będę udawał, że łączyły mnie z nią jakieś wybitnie silne więzy. Bo nie łączyły. Istniała w swoim pokoju nieco obok. Uwielbiała "Dynastię" i zabraniała mi i moim młodszym braciom gapienia się w przygodny Carringtonów, bo tam się całowali i w dekoltach wszystkie kobiety. Raczej po prostu była.

Zapamiętam ją, ponieważ żyła w epoce, w której nie obowiązywała teoria heliocentryczna. Dla mojej Babci to Słońce kręciło się wokół Ziemi, nie odwrotnie. Miała na to szereg dowodów.

Po pierwsze:

- to Słońce wspina się na wschodzi i stacza na zachodzie. Słońce się rusza. Tego argumentu nie mogłem obalić jako nastolatek.

Po drugie:

- W kalendarzu jest wyraźnie napisane "Wschód słońca", a nie "Wschód Ziemi", więc to wokół Ziemia nieruchomo tkwi w przestrzeni niebieskiej, a wszystko wokół niej tańczy.

Teraz mój Ojciec. Człowiek, do którego coraz bardziej się jakoś upodabniam, chociaż najczęściej jest to powód, by nad sobą sporo pracować. Mnie interesuje jeden aspekt jego osobowości. Brak ciekawości świata. Nigdy nigdzie z własnej woli nie wyjeżdżał. Nie krążył. Nie oglądał reportaży o sercu sawanny czy zielonych płucach globu. Jeżeli już to wiózł nas na wakacje na Mazury (do dziadków od strony Mamy). Dalej nigdy.

Ba, nawet nie marzył o tym, by się wyrwać. Z Polski sprzed 1989 roku nie mógł, bo małe dzieci, bo nie miał paszportu. Po 89 roku nawet się nie starał o paszport. Wystarczał mu stary dobry Kalisz, którego ulice zna jak własną kieszeń. Wystarczał mu spacer z psem, by poznać coś więcej niż podwórko naszego domu.

Moja Mama. Pamiętam - będąc małym chłopcem, przeglądałem jej fotki znad Bałtyku. Była szczupła i w bikini (Co? To mamy takie mogą być, myślałem wcale długo). Na wszystkich innych zdjęciach Mama jest z nami i w najbliższej okolicy.

Mama nigdzie nie wyjeżdżała. Nigdzie poza Mazurami, jej rodzinnymi stronami. (Dumny jestem z tego, że połowa mojej krwi pochodzi z Kurpiowszczyzny, choć nie wiem, jak mnie to może charakteryzować).

Mama była zawsze na miejscu. I choć raz czy drugi wyraziła coś w rodzaju tęsknoty za morzem czy górami, nikt nie brał tego na serio. Aż do momentu, gdy zmarł jej ojciec (mój Dziadek) i trzeba był jechać na kilka miesięcy zaopiekować się Babcią (czyli mamą Mamy)

"To dobrze - mówiła Mama - ja już mam dzieci odchowane. Nic mnie tu w Kaliszu nie trzyma. Chcę pobyć w rodzinnych stronach. Poodwiedzać. Pooddychać czystym powietrzem."

Generalnie mówiła tak, jakby nasze miasto, mój Ojciec, my, jej synowie, byśmy byli tylko jakimiś epizodami, przerywnikami w jej życiu. Smutno mi się zrobiło. Gdy pojechała, przez jakiś miesiąc był spokój, ale potem co telefon, to Mama w żal, że tam już nie tak samo, że dom jest tam, gdzie rodzina, że czeka tylko aż wróci do domu, do wnuczka...

Teraz moi rodzice wspólnie w rolach głównych:

przyjeżdżamy ich odwiedzić w wakacje. Ja z Żoną już od kilku lat mieszkam pod Poznaniem. Wracamy z Egiptu. Wieziemy zdjęcia. Foldery. Stosy opowieści. Zabójczą opaleniznę. W rodzinie mojej Żony wszelkie wyjazdy, nawet za miedzę, są obfotografowywane, potem kilka razy opowiadane poszczególnym gałęziom rodu. Każdy słucha, każdy się interesuje. Każdy przegląda fotki po 10 razy wychwytując na nich kolejne szczegóły. Każdy zna wycieczki każdego tak precyzyjnie jakby sam wyjechał w ciepłe lub mniej ciepłe kraje.

- Nie rozczaruj się - mówię Żonie - moi rodzice nie są tacy. A już szczególnie Ojciec.
- Jacy?
- Oni tak nie przeżywają wszystkiego.
- Ale Egipt? Przecież nigdy tam nie byli.
- Oni nigdzie nigdy nie byli. Ich nie ciągnie...

No i miałem rację. Ojciec ledwo zerkał na podawane fotografie i jedyne, co go ruszyło, to informacje o temperaturach ("Dajcie spokój! Ja bym nie pojechał..."). Mama oglądała, słuchała, ale...

Równie dobrze moglibyśmy wrócić z Marsa. Podobny poziom ekscytacji by nam zapewniono.

I nie mam żalu. Sam bym taki był, gdybym spotkał kobietę życia będącą lokalną patriotką-domatorką. Tym bardziej, że przez większość młodości przyświecało mi hasło: "Najpiękniejsze podróże odbywa się przez okno." Nie spodziewałbym się czegoś innego niż kopiowania stylu życia mojego Ojca.

A konkluzja?

Wielki szacunek mam dla tych, których nigdzie nie ciągnie w świat. Dla tych, którzy sadzą drzewa, by w ich cieniu swoje stare kości na leżaku ułożyć. Dla tych, którzy mają swój własny poukładany wszechświat, kosmologię, nawet nie do końca zgodną z odkryciami naukowymi sprzed prawie 500 lat.

piątek, 25 lutego 2011

Czego brakuje lokomotywom?

Dumny jestem chorelnie, bo Synek zaczął już na serio wołać, gdy chce rozpracować jakąś potrzebę fizjologiczną. Długo to trwało i wciąż zdarzają się wtopy, ale generalnie nie jest źle.

Nie brakuje też sytuacji przekomicznyvh. Jak to z dwuipółlatkiem bywa.

- Tymek chce siusiu! - woła, prawie zawsze w trzeciej osobie.
- No to idziemy - biorę go pod rękę i prowadzę tam, gdzie król na wrotkach jeździ.
- Siusiu na ogrodzie! - mówi i prowadzi mnie w inną stronę.
- Nie idziemy do ogrodu.
- Dlaczego?
- Bo jest minus 17.

Szybko zrozumiał, że byłoby to niezbyt bezpieczne dla jego siusiaka.

Inna sytuacja. Stoimy nad toaletą. Już rozpinam pieluchę. Już akcja jest w toku. Nagle, w samym środku siusiania, Tymek ponosi głowę i pełnym powagi głosem oznajmia:

- Lokomotywy nie mają fifolków.


- Nie mają - odpowiedziałem, ale tak do końca pewny nie byłem...

czwartek, 24 lutego 2011

Zasób ludzki wygłasza kazanie

(AUTOR OSTRZEGA - WPIS JEST BARDZO PESYMISTYCZNY)


Cud się stał jakieś parę miesięcy temu. W naszej żenującej telewizji publicznej. W TVP2, która stała się parodią misyjności, przypadkowo o godzinie mniej więcej 7 rano (ach te uroki wczesnego wstawania...) trafiłem na niezwykły program. Program poświęcony poznańskiej Pracowni Pytań Granicznych - interdyscyplinarnej katedrze działającej przy Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza.

Pracownia jest o tyle ciekawym zjawiskiem, bo stworzył ją apostata, Tomasz Węcławski, wcześniej wybitny teolog, dziś filozof, który na znak zerwania z przeszłością zmienił nazwisko na Polak.

Traf chciał. Przypadek sprawił. Taki skarb wcześnie rano.

Rzecz tyczyła biopolityki. Nie chcę wchodzić w ten temat zbyt głęboko, bo nie o tym tu będzie mowa. Mną wstrząsnął jeden moment:

Jak łatwo przyzwyczailiśmy się do maszkarona językowego, potworka, który brzmi "zasoby ludzkie." Przeszliśmy do porządku dziennego. Uwierzyliśmy w "normalność" i "zwykłość" tego określenia.



Dziś nikomu się nie kojarzy negatywnie ten obrazek odsyłający nas niemal do Różewiczowskich "furgonów porąbanych ludzi." Odsyła nas raczej do umundurowanych, świńsko szczęśliwych ludzi zmierzających pewnym krokiem na rekrutację. Najlepiej w międzynarodowej korporacji.

Ludzie uczeni są w szkołach, jak się "najlepiej sprzedać pracodawcy" i taka retoryka panuje na wszelkich zajęciach/szkoleniach z autoprezentacji. Handel ludźmi nie zanikł. Teraz niewolnicy sprzedają samych siebie i marzą o tym, by się sprzedać za dobrą cenę.

***

Wczoraj smutna rozmowa w domu. O dwóch moich szwagrach. Ludziach niewątpliwego sukcesu. Obaj w moim wieku prawie. No dobra, młodsi. Obaj dyrektorują. Jeden w wielkiej firmie produkującej opakowania, drugi w wielkiej sieci handlowej. Jeden co jakiś czas "wziąłby czapkę i wyszedł raz na zawsze", drugi gdy żona dzwoni z pytaniem, czy coś jadł, odpowiada, że nie miał czasu. Zawsze.

***

Dlaczego nie mam żadnego zaufania do mojego kraju? Dlaczego wątpię w to, że ktokolwiek pochyliłby się nade mną, gdyby coś mi się stało? Dlaczego czuję, że nikt z tych, których wybieramy co jakiś czas, nie zrobiłby nic, tylko odesłałby mnie do organizacji samorządowych, bo przecież "walczyliśmy o wolność, by samemu o siebie dbać."

***

Czy kiedykolwiek usłyszę od jakiejkolwiek władzy:

"Człowiek, głupcze!"

zamiast

"Gospodarka, głupcze!"

***

Dziś koleżanka z pracy powiedziała mi najpiękniejszy komplement, taki, o jakim można tylko pomarzyć. Rozmawialiśmy o tym, co opisałem wyżej. O tym, że dziś realizm oznacza ni mniej ni więcej tylko pesymizm.

"I o takich rzeczach mogę porozmawiać tylko w szkole. Tylko z tobą lub z X. Bo ze znajomymi to ja tylko o domach, o dzieciach, o gotowaniu się nasłucham."

***

Gdy Jan Paweł II przyleciał do Polski w 1991 roku grzmiał takimi oto słowami:

Nie można tutaj mówić o wolności człowieka, bo to jest wolność, która zniewala. Tak, trzeba wychowania do wolności, trzeba dojrzałej wolności. Tylko na takiej może się opierać społeczeństwo, naród, wszystkie dziedziny jego życia, ale nie można stwarzać fikcji wolności, która rzekomo człowieka wyzwala, a właściwie go zniewala i znieprawia. Z tego trzeba zrobić rachunek sumienia u progu III Rzeczypospolitej!


Ten człowiek w jakimś prorockim niemal uniesieniu widział, do czego posuną się nasi rodacy, by udowodnić, że wolność rozumią po swojemu.

Pytał się: "Coście zrobili ze swoją wolnością?!"

Odpowiedzieć można:

"Nic... spierdoliliśmy...no i parę pomników ci postawiliśmy..."

środa, 23 lutego 2011

Dzieje grzechu

Klasa maturalna. Rozdaję kartki z fragmentem "Innego świata." Taki trening w czytaniu i pisaniu przed maturą.

Skrobią. Męczą się. Nie chcą, ale ja się nie łamię i zmuszam do roboty.

Nagle jeden uczeń:

- Czy mogę napisać wulgaryzm?
- Na jaką literę? - pytam, choć już czuję pismo nosem, bo fragment mówił o upadku moralnym kobiet w łagrach sowieckich.
- Na "k."
- Uznajmy, że to celowy zabieg stylistyczny - mówię.
- A może być cudzysłów?

Nagle wtrąca się koleżanka chłopaka:

- Po co? I tak masz grzech.





Prawie wpadłem pod biurko.

wtorek, 22 lutego 2011

Dla Was

W odpowiedzi na wyróżnienie przyznane mi przez Scenki, Agę XY i Magrat poczułem się w obowiązku napisać co następuje:

- wyróżnione przeze mnie blogi otrzymują "Maszynową" nagrodę:


- jednoosobowa kapituła wybrała kilka blogów, które pojawiają się w kolejności takiej a nie innej. Tajemnica tej kolejności jest jedną z najpilniej strzeżonych tajemnic. Chińczycy próbują złamać algorytm, ale się nie da i już!

- pominięte blogi, na których Przewodniczący Kapituły gości i zostawia komentarze proszone są o wyrozumiałość - ukochałbym wszystkich. I każdego z osobna.

I teraz gwóźdź programu:

Zdesperowany znany z bloga http://dhousehusband.blogspot.com/
za to, że maksymalnie mu zazdroszczę dopracowanych postów, trzeźwości sądów, filozoficznego zacięcia, uporu w szukaniu filozoficznej podszewki zwykłego życia.

Ela z bloga http://scenki.blogspot.com/
za ciekawą platformę do dyskusji, za ostrość formy i treści, za nie do końca moje poglądy, za zgromadzenie wokół siebie sporej grupy ciekawych ludzi, z którymi zawsze można polemizować.

Magrat z bloga http://magratgarlick.blogspot.com/
za inne poglądy, równie ostre, równie mocne, za pozbawione sentymentalizmu drapieżne kobiece wejrzenie, za konserwatyzm i trzymanie się kursu "starej dobrej cywilizacji."

Sfereo za blog http://sfereo.blogspot.com/ za autentyczną pasję w promowaniu poezji. Za teksty, z którymi często walczę i za teksty, które MUSZĄ być pokazane światu.

Malutka za blog http://malutkapatrzy.blogspot.com/
bo się mi przypominają studia i łza się w oku kręci, że już tam nie wrócę... ( No chyba że uniwersytet trzeciego wieku)

Stardust za blog http://bezodwrotu.blogspot.com/
bo czasem warto poznać życie za Wielką Wodą, posłuchać, czym się żyje w Wielkim Świecie, podziwiać wigor i pasję w notowaniu siebie i innych.

Aga xy za blog http://samawtoniewierze.blogspot.com/
za ciepły sympatyczny "swojski" sposób mówienia o sobie i innych. I dużo więcej...



Tak więc nasza gala dobiega końca. Blogi, Autorzy, komentatorzy, których nie wymieniłem wcześniej niech przyjmą ten skromny wyraz wdzięczności za to, że straciłem wiary w słowo pisane i normalność w necie.

To dla Was

Chrzciny z zazdrością w tle

W sobotę byliśmy na chrzcinach małego Jasia. Żona została matką chrzestną synka najlepszej przyjaciółki. Uroczystość w Poznaniu, w sumie na rubieżach miasta. Niewielka uroczystość. Sympatycznie, choć ja się stresowałem, bo w domu z dziadkami został Synek Tymek i Córa. Pierwszy raz tak zostały dzieciaki bez rodziców...

Najpodlejszą atrakcją tego dnia był rzecz jasna mróz. Ja w garniturku, w słabym dość okryciu wierzchnim, trząsłem się z zimna w kościele (słabo ogrzewanym) jak w delirium jakimś. A nie miałem na sobie czegoś tak upokarzającego jak kalesony...

Ojcem chrzestnym małego był przyjaciel taty Jasia - chłopak mieszkający razem z dziewczyną w Szwecji. Od dobrych kilku lat. Oboje baaaardzo sympatyczni, otwarci, mający wiele do powiedzenia na temat różnic pomiędzy naszym kochanym zaściankiem a ich nową ojczyzną.

Oboje pracują, mają stabilną pozycję, choć cierpią nieco na brak towarzystwa, bo Szwedzi do otwartych narodowości nie należą. Nawet między sobą są raczej zachowawczy i trzymają bezpieczny dystans. Jakaż przepaść między wylewnymi i gotowymi się bratać z kim popadnie (zwłaszcza po wódzie) Polakami a Skandynawami!

Kilka uroczych historyjek przyszło nam wysłuchać. Mnie rozbiła opowieść dziewczyny o wizycie u dentystki. Pierwszy raz była w tym gabinecie. Młoda lekarka. Ogląda uzębienie, po chwili spogląda na pacjentkę jakoś tak "globalnie" i mówi:

- Jak pani tak otwiera usta, to robią się pani takie zmarszczki w pobliżu oczu. To może botoks wstrzykniemy od razu?

Dziewczyna ma około 30 lat, tak na marginesie dodam.

Ale druga opowieść mnie, zawodowego humanistę i zboczeńca książkowego, po prostu wgniotła w fotel.

W Malmo, gdzie mieszkają, jest jedna z największych bibliotek w Szwecji. Jednak to nie jej wiekość budzi moją zazdrość. Obyczaje. To jest to.



Można zamówić książkę telefonicznie lub przez sieć. Raz na dzień mały busik rozwozi ludziom książki do domów, do miejsc pracy.

Można zamówić dowolną książkę - jeśli będzie osiągalna, biblioteka najprawdopodobniej ją sprowadzi i włączy do swoich zbiorów.

Możesz sam kupić interesującą Cię książkę. Przeczytać i oddać do biblioteki. Biblioteka zwróci Ci pieniądze.

A, jeszcze jedno - kilka tysięcy książek po polsku...




I dlatego Szwedzi są w czołówce czytelniczej świata, a my nie...

niedziela, 20 lutego 2011

Wiersz na nowy tydzień V

Czy ścisłowiec może napisać piękny, ciepły, wzruszający wiersz? Czy z lekarza, profesora immunologii może wychodzić po godzinach świetny poeta? Może. Alojz Ihan - słoweński poeta, autor poczytnych opracowań z dziedziny medycyny oraz kilku kapitalnych tomów poetyckich.

Dziś w wierszu pod tytułem "Geny." Długo czytałem ten tekst po prostu jako uroczą historyjkę. Nawet jeśli wymyśloną, to po prostu kapitalną w sensie fabularnym. Ale po pewnym czasie widziałem już więcej - mikro traktat o odpowiedzialności.

GENY

W laboratorium rzucaliśmy kostką
i padło na mnie
więc chcąc nie chcąc oddałem trochę krwi.
Z jej komórek wyodrębniliśmy geny
a potem wszczepili w zarodek myszy.
widziałem jak się rodziła
a potem z uwagą śledziłem jej rozwój
codziennie mierzyłem współczynnik inteligencji
sprawność w pokonywaniu przeszkód, kondycję -
rezultaty nie były nadzwyczajne -
mysz była przeciętna pod każdym względem.
Lubiła chrupać ziarna pszenicy
i wyrzucać je z klatki, kiedy się najadła.
po pół roku nieudanych eksperymentów
zdecydowaliśmy się przerwać próby.
Mysz wrzuciłem do komory gazowej.
Zanim odkręciłem kurek, zawahałem się -
miała w końcu moje geny.
Z niejasnych powodów zrobiło mi się jej żal
i oszczędziłem ją.



Odtąd mieszka u mnie.
Nie wiem, gdzie znalazła sobie legowisko
daję jej pełną swobodę
kładę tylko pod stołem ser i pszenicę.
Czasem słyszę leciutkie skrobanie za szafą
i wtedy myślę, że siedzi sobie w ciemności i układa wiersze -
może trafił jej się akurat taki gen.
Starannie zamykam okna i drzwi
stawiam przed wejściem miskę mleka
ze specjalnie przygotowaną trucizną
która nawet w małych ilościach
zabija koty.


Przetłumaczyli Agnieszka Będkowska-Kopczyk i Michał Kopczyk.

czwartek, 17 lutego 2011

Mój niszowy fryzjer

Nie żaden "Salon fryzjerski", nie "Studio urody" ani "Departament piękna."

Po prostu szyld "Fryzjer." W moim małym miasteczku. W bramie. Damsko-męski. Trzy fotele. Dwie dla pań, jeden dla panów. Kobiety strzyże, tapiruje i robi trwałe jedna okrąglutka damulka. Facetów strzyże syn poprzedniego fryzjera. Czterdziestolatek, zabawnie dygający przed każdym gościem i w pas się kłaniający, gdy wręcza mu się 12 zł za obcięcie.

Typowy prowincjonalny fryzjer - uprzedzająco uprzejmy, zagadujący, co mnie akurat irytuje, wciąż zainteresowany życiem swojej klienteli, w białym (białawym?) fartuchu...

Wewnątrz czas się zatrzymał - wciąż te same specyfiki do pielęgnacji włosów. Te same farby, kremy, odzywki. Te same smutne plakaty z eterycznymi twarzami, które otaczają burze włosów. Ten sam zapach - mieszanina wody kolońskiej (jest jeszcze coś takiego?), szamponu, jakichś środków do trwałej...



Tego zapachu nie można pomylić z żadnym innym.

I takich miejsc jest coraz mniej. Wyglądają jak z alternatywnego amerykańskiego filmu. Wiecie, taka opowieść o miejscu i jego bywalcach. Ale to jest nasze - tutejsze i przez to ignorowane, choć można by z tego "zrobić" prawdziwy poemat zwykłości.

Znam takich, co wydają ciężkie pieniądze, by się "wystylizować" w duuużym mieście. Zwłaszcza panowie poddający się delikatnym rączkom kosmetyczek i fryzjerek budzą moje głębokie zażenowanie.

Ja wolę klimat "starych czasów" - gdy to, co męskie, załatwiano szybko i od ręki. Bez zbędnego modelowania, pieszczenia, głaskania. No, może przy delikatnej ścieżce dźwiękowej fryzjerskich pytań w stylu: "Kupił pan już samochód, bo jak nie, to ja słyszałem o..."

środa, 16 lutego 2011

Wielka wyprawa

Zazwyczaj tego typu wyjazdy budzą we mnie ambiwalentne uczucia. Wyjazdy z klasą są fajne, gdy się jest opiekunem, ale nie są fajne, gdy cały wyjazd trzeba od A do Zet załatwić.

Broniłem się przed tym, jak tylko mogłem, ale po sukcesie dzisiejszego wypadu, czuję dumę i mogę jeździć, jeździć jeździć...

(Sukces - czyli dojechaliśmy i wróciliśmy w komplecie - jakbyście nie wiedzieli.)

Najpierw lekcja muzealna. Klasy grzecznie poszły za przewodniczkami, które tłumaczyły im zawiłości renesansowej i realistycznej sztuki. Potem do autobusu i wio! W stronę kina, gdzie czekały na nas dwa filmy - do wyboru: dla chłopaków "Prawdziwe męstwo", western braci Coen, i "Burleska" dla dziewczyn, musical z Kryśką Agilerą, czy jak tam się pisze jej nazwisko...

Ja oczywiście bez wahania uderzyłem na moich ukochanych Coenów i nie zawiodłem się.


Historia zemsty jest soczysta, mocna, męska i świetnie nakręcona. Aktorsko bajeczna. Wzruszająca i obezwładniająca. Nie jestem fanatykiem opowieści o Dzikim Zachodzie, a i w kowbojów się nigdy nie bawiłem, ale ten film mnie porwał. Niespieszna narraracja, która nagle przyspiesza, wzniosły i gorzki finał...

Uczta.

Z "Burleski" też raczej zadowolone towarzycho wychodziło, więc cieszę się podwójnie, bo sam znalazłem kino z tymi propozycjami.

Nie było wtopy, jak kiedyś, gdy pojechaliśmy na "Ciacho" i "Parnassus." Oba filmy były całkowitymi knotami i WSZYSCY żałowali, że na cokolwiek pojechaliśmy.

A to takie dwa obrazki z hallu kina:





Co by się stało, gdybyśmy spróbowali połączyć te dwa filmy w jeden?

niedziela, 13 lutego 2011

Wiersz na nowy tydzień IV

90% literatury zdąży się zestarzeć nim autorzy otrzymają pierwsze honoraria.

Ale 100% wybitnej literatury nie starzeje się nigdy, a nawet staje się bardziej aktualne niż w chwili napisania/wydania...

Przykład?

Bohdan Zadura i jego "Randka w ciemno" z kapitalnego tomu "Ptasia grypa" z roku 2002.


Szamba wykładano marmurami
obowiązywał w nich zakaz palenia
w kryształowych lustrach przeglądały się
telewizyjne kamery

Pindy robiły za gwiazdy
gwiazdy decydowały o życiu
życie rzygało jak podświetlona fontanna




Automatyczne sekretarki plotkowały
jak sekretarki osobiste
Elektronika wciskała się wszędzie
wyściełała nawet vaginy dziewic

Rady d/s języka zmieniały zasady pisowni
"nie" traciło swoją odrębność
pisane łącznie wychodziło na spotkanie "tak"

Zmiany fonetyczne stymulowane przez rozwój radiofonii sprawiły
że ci co się jeszcze modlili modlili się:
I nie wzwódź nas na pokuszenie ale nas zbaw
ode tego

Nauka zwyciężyła w walce z łupieżem
lecz lekarze wynajdowali wciąż nowe choroby
promując zdrową żywność i zdrowy pieniądz

AIDS niezmiennie utrzymywał się na topie listy
przebojów choć deptał mu po piętach
Alzheimer i Creutzfeld Jakob

Najlepsi fotograficy robili makijaż
warzywom Całe sesje poświęcali nogom
krzeseł





Prasa ambitna od prasy brukowej
różniła się klasą papieru Eleganckie kobiety
raczej wąchały i dotykały

Internet oferował usługę spowiedzi
Obrońcy roślin protestowali przeciwko
pornografii roślinnej i seksualnemu
wykorzystywaniu sadzonek

Starych ludzi wciąż podniecały
zapasy margaryny i masła

(Choć nikt nie miał pewności
że masło jeszcze istnieje)

Dwa tysiące lat po rzezi niewiniątek
przyszła rzeź bydlątek
Wściekli ludzie wyrzynali się sami

I wszystko zmieniało się w gówno
I jakość przechodziła w ilość
I tylko gówno było jeszcze prawdziwe.

piątek, 11 lutego 2011

Mały pomocnik

Dziś na spacerze z Tymkiem zapędziłem się w dawno nieodwiedzane rejony mojego miasteczka.

Otarłem się tam o iście surrealistyczny widok rozbity na dwa fragmenty. Osobno fragmenciki te są nijakie i przewidywalne, ale razem...


Pierwsza fotka to obrazek zakładu pogrzebowego znajdującego się w tym samym budynku co domek pewnej miłej rodzinki.


Tuż obok bramy prowadzącej do zakładu, na pięknej wyściółce z kamieni, stoi krecik, mały pomocnik...

środa, 9 lutego 2011

Dwa znaki zapytania

Ostatnia sobota. Wiało w Wielkopolsce jak się patrzy. Gałęzie suche latały. Pełno śmieci przez ulice się przetaczało. Przyszła godzina 22 i pyk! Ciemność. Zerwało pewnie gdzieś kable czy inna choroba.

Całe szczęście, że dzieciaki już w łóżkach o Bożym świecie nie wiedzą. Reszta nas w gorączkowym poszukiwaniu świec, zapałek, latarek itd. Oczywiście jak to w takich przypadkach bywa - mi się komórka rozładowała, ale mp3 miałem cudownie działające, więc zasnąłem przy kojących dźwiękach audiobooka ( Simenon "Maigret i starsza pani")

Nie muszę chyba dodawać, że wszyscy (ja, Żona i teściowie) położyliśmy się spać dość szybko.

Nazajutrz przy śniadaniu teściowa cała w uśmiechach mówi do nas:

- Nie zgadniecie, co wczoraj robiliśmy wieczorem w łóżku...






Mnie lekko zatkało...

- Słuchaliśmy Radia Maryja - odpowiada - bardzo ciekawa audycja była. Przez radio w telefonie odbieraliśmy.

PS

Nie, moi teściowie to zadni talibowie. Po prostu brak elektryczności owocuje najbardziej ekstremalnymi zachowaniami.

***

Drugi znak zapytania - rano odzywa mi się telefon. Patrzę - ustawione przypomnienie. Hasło "Rocznica." I za cholerę żadnych skojarzeń jaka...

wtorek, 8 lutego 2011

Dym

Koszmar.

Godzina 19. Synek własnie ogląda bajkę, Córa się buja w wózku, gdy teściowa zaczyna nerwowo krążyć po domu i powtarzać: "Czuję dym. Czujecie?" Poczałkowo nic, ale po chwili rzeczywiście. Dym.




Dom dogrzewamy zimą kominkiem. Kominek daje ciepło i rozprowadza je do każdego pomaszczenia systemem rur poprowadzonych na strychu. Ciepło popycha wszędzie turbina pracująca na strychu.

A teraz? Każdym wylotem, którym ciepło biegło do każdego pokoju, leciały kłęby dymu! Ciężki gryzący dym. Lekka panika. Synek jeszcze nic nie przeczuwa, ale my już cali w nerwach.

Co tu zrobić?

Otworzyć kominek - wtedy cały dym w 5 sekund zatopi "salon." Trzeba gasić, ale jak? Wiadro z woda wlać? Trzeba wywlec palące się szczapy. Ale do czego? Wszystkie wiadra w chacie plastikowe. Już Żona chciała szufladę spod piekarnika wyciagać, a mnie olśniło.

Na podwórku, obok wejścia do warsztatu teścia (naprawia pralki, lodówki etc.) stał kadłub po pralce "Frania." Chwyciłem to, zaniosłem przed dymiące oblicze ogniska domowego i w kłębach dymu zaczęliśmy z Agą wyciągać płonące drewno.

Dwie "Franie" zapełniliśmy + wiadro wody w żar i było po sprawie. Ale dymu wciąż pełno. Wszędzie.

Synek wyczuł nerwy. Prawie płacze. Zmęczony, nie wie, o co chodzi, ale jest coś złego, czego boją się rodzice. "Nie chcę tego dymu" - powtarzał biedak.

Żona bała się o dzieci. Mogły się poważnie podtruć. Nerwy w zenicie. Córa ryczy, Synek też. Dzwonimy do siostry Agi (i jej męża), by może się u nich jedną noc przespać. Dało się.

Jedziemy. Synek początkowo traktował wszystko jak atrakcję, ale gdy byliśmy już na miejscu - zaczął ryczeć. "Chcę do domu. Wracać!" Trzeba go było wciąż uspokajać.

Baliśmy się o Córę, a ta całą noc przespała z mamą...na materacu w kuchni. Ja tkwiłem z Tymkiem na miniaturowym zapadniętym łóżeczko. No i obudził się o 2:45 w nocy i wołał przez łzy, że chce do domu, do łóżeczka swojego... Uspokoił się po godzinie.

Do domu wróciliśmy o 8 rano, szwagier nas odwiózł. Całą naszą rodzinkę.

A mnie naszły dwie refleksje - cale szczęście, że nie zdarzyło się to w nocy lub kiedy dzieciaki już śpią w łóżkach. Po drugie, serdeczne wyrazy współczucia dla wszystkich tych, których kataklizmy wyrywają razem z dziećmi z rodzinnych domów.

PS

Oby dziś wieczorem najbardziej zaskakującym momentem był kolejny odcinek "M jak Miłość."

poniedziałek, 7 lutego 2011

Jeden obraz = tysiąc słów

Obraz z wystawy sklepu odzieżowego w moim miasteczku. Problem pod tytułem "W czym pójść na studniówkę" chyba został wlasnie rozwiązany.

niedziela, 6 lutego 2011

Wiersz na nowy tydzień III

W duchu zbliżającego się tradycyjnego polskiego święta zakochanych. Anonimowy antyczny (Rzymianin) autor.

Trudno o subtelniej wyrażoną propozycję wspólnej kolacji ze śniadaniem:




Jeśli zachcesz, miła, położymy się razem,
w wielkim łóżku, w bieli schowani,
w czterech rogach bukiety barwinka
i rzeka głęboka pośrodku;
wszystkie konie króla mogą z niej pić.

Może bylibyśmy tu szczęśliwi aż do końca świata?



Podaję za "antycznym" numerem "Literatury na Świecie" 8-9/1996.

piątek, 4 lutego 2011

Książki przyszłości

Ostatnio znowu zachorowałem na powieści kryminalne Simenona. Kilka już łyknąłem wcześniej, ale Maigreta nigdy dość. A i sam Simenon autorem jest niezwykłym. Potrafił napisać średnio 70 stron dziennie. Powieść w kilka dni mu się rodziła. W sumie strzelił 450 powieści i opowiadań.


Dziś w Polsce nie jest raczej wznawiany/wydawany, a niesłusznie, bo literatura to przednia i wyżej stawiam w moim prywatnym rankingu Simenona niż większość hołubionych skandynawskich kryminałów.

No więc ryję w Allegro. Szukam okazji i się trafiło. Zestaw 4 książek za 15 złotych. Okazja jak się patrzy. Kupuję i czekam.

Dziś są.

Otwieram i...

.....fuj! Zapach papierosów.

Załamka...

W domu nikt nie pali. Dym to intruz. (Na Allegro powinna być opcja: "Książki od osoby palącej/niepalącej.")

Już kiedyś tak wtopiłem z jakimś tomikiem Miłosza. Pół roku śmierdziała!

Ale po chwili naszła mnie myśl - skoro sam Simenon jak i Maigret byli fanatycznymi palaczami fajki, to może wszystko układa się w jakąś logiczną całość?


Może czytając innych autorów powinno czuć się zapach ich ukochanych używek, perfum, miejsc?

czwartek, 3 lutego 2011

Komuś reinkarnację?

Nosząc na rękach śpiącą Córę, krążyłem wokół TV. Polsat. Program "Zamiana żon" - niewtajemniczonym tłumaczę jego zasady:

dwie tendencyjnie dobrane rodziny zamieniają się żonami. Przez pierwszy tydzień żona "obca" ma żyć zgodnie z regułami nowej rodziny, po tygodniu wprowadzić reguły swoje.

Oczywiście bohaterowie muszą być dobrani tak, by wygenerować konflikty, spięcia dotyczące poglądów na życie i wychowanie dzieci. Rozumiecie, prawda?

Dziś zapatrzyłem się w jedną "wymianę" - myślałem, że spadnę z dywanu na podłogę, jak zobaczyłem coś takiego:


kobieta wchodzi do domu rodziny "dowodzonej" przez otyłe babsko wierzące we wszystkie new age'owe brednie, jakie tylko istnieją.

Słyszy takie teorie od dzieci, którym ma "matkować" przez dwa tygodnie:

- Słyszałaś o reinkarnacji? - pyta nową "matkę" nastolatek - Ja w poprzednim wcieleniu byłem żołnierzem. Zastrzelił mnie ojciec. O - podciąga koszulkę i pokazuje znamię na piersi - tu mam bliznę nawet po tym strzale.

Wszystko całkowicie serio.




A...jeszcze jedno. Rzecz się działa w USA, żebyśmy jasność mieli.

środa, 2 lutego 2011

Schody do nieba

W niedzielę odwiedziła nas cała moja familia z Kalisza: rodzice, dwaj bracia, jeden z żoną i synkiem. Napad zapowiedziany i wybitnie przyjemny, bo nie widziałem się ze staruszkami i bracholami od ho ho ho nie wiem kiedy...

Podmiotem zdarzeń była oczywiście Córa, która szczególnie cieszy moją Mamę - w życiu doczekała się trzech synków i wnuka, więc wnuczka jest upragnionym odpoczynkiem od płci męskiej dominującej w mojej rodzinie.

Synek na widok tylu nowych ludzi baaardzo się przejął - i okazywał to wybitnie dziwnie.

"Szczypać tatę" - powtarzał, gdy trzymałem go wtulonego w ramiona. Jego malutki światek się rozrósł się kilkukrotnie w ciągu sekund, więc nic dziwnego, że lekko mu się zaczęło mieszać.

Przyzwyczajał się powoli, ale w końcu nawet do "obcego dziadka" (mojego taty) biegał i siadał mu na kolanach.

***

Wypytywałem się o nowinki z Kalisza, z mojej ulicy. No i się dowiedziałem, że w tym roku wizytę duszpasterską moim staruszkom złożył sam ksiądz dobrodziej proboszcz. Ten sam, z którym mój ojciec ma zakaz rozmawiania. Moja mama ten zakaz wydała, po ładnych parę lat temu zamiast kolędy i błogosławienia domu mieliśmy prawdziwą awanturę. Proboszcz tak się zdenerwował, że nawet koperty z "ofiarą" nie chciał zabrać.

Nie żeby mój ojciec był jakimś szczególnym antyklerykałem, ale po prostu w jego świecie księża i pieniądze nie stanowią dobranej pary. A proboszcz z mojej rodzinnej parafii niestety jest mistrzem w ich łowieniu.

Gdy remontował front kościoła, każdy parafianin mógł wziąć na siebie część ciężaru finansowego tej inwestycji. Można było za 1000 (!) złotych dokręcić do jednego ze schodków sprzed kościoła tabliczkę z własnym nazwiskiem.


Mój rodzinny kościół z fragmentem "schodów do nieba"...

Ostatnio wpadł na pomysł wstawienia do kościoła wielkiego obrazu św. Teresy. Koszty? "Miło by było, gdyby na obraz złożyły się parafianki o imieniu Teresa."

Mnie wkrótce czeka przeprawa z moim proboszczem - muszę Córze chrzciny zaklepać. Za chrzciny Tymka nie daliśmy ani złotówki, nikt nic nie chciał, ale teraz weszła nowa "władza" i może być różnie.

Bo gdy powiem, że pierwszego wprowadzono nam do Kościoła za darmo, to teraz pewnie wyłożę dubeltowo...

wtorek, 1 lutego 2011

Miastowieś

Dwa "cytaty" na dobry początek:

Jest to miejsce pośrednie, martwy punkt, ni wieś, ni miasto.

Tak pisze szwedzki poeta, Tomas Transtromer w wierszu "Przedmieście."

Drugi to prawie cytat. Z Vacłava Havla. Z jego przemówienia, jakie wygłosił w zeszłym roku w ramach konferencji pod tytułem "Świat, w jakim chcielibyście żyć.":

Zachód odłączył się od wieczności. Dlatego pierwszeństwo nad długoterminowym zyskiem ma zawsze krótkoterminowy. Liczy się tylko to, czy inwestycja przyniesie zysk powiedzmy w ciągu najbliższych 15 lat, a nie to, jaki wpływ będzie miała na życie nasze i naszych potomków*.

Rozważania swoje Havel rozpoczyna od obrazu jazdy samochodem. Wyjeżdża z Pragi, a ona wciąż się ciągnie i ciągnie. Rozrasta w prawdziwy step - wyjałowiony obszar pełen magazynów, fabryk, rozsianych architektonicznych koszmarów, koszmarnych osiedli developerskich, których "piękne" nazwy maskują ich totalne niedopasowanie do otoczenia...




Taki świat. Kiedyś, wyjeżdżając z miasta, wjeżdżaliśmy w teren "przyrody." potem zaczynała się wieś, potem znów przestrzeń pełna lasów, pól, rzek...

Dziś miasto przepływa w miasto. Rozlewa się jak plama ropy na powierzchni oceanu...



***


Jeżdżę do pracy autobusem. Mijam jedno miasteczko, lasek, wioska, lasek, wioska i już większe miasto, w którym uczę. Pierwsza wioska, w której zatrzymuje się PKS, jest/była typową osadą jakich pełno w Wielkopolsce. Jeden przystanek, jeden bar, jeden sklep spożywczo-monopolowy (czytaj - centrum kultury).

Wioska nieco widmo. Azbest na dachach, bloki wzdłuż trasy, jakieś pozory aktywności. Pasieka pszczół. Stare maszyny rolnicze rdzewiejące na deszczu. Przystanek autobusowy wysmarowany sprejem - "Miejscowi rządzą!"

Niezła obserwacja społeczna zawsze mi się układa. Co czeka ludzi tu żyjących? Jak oni żyją? Co robią, gdy prtzychodzi wieczór albo gdy mijam ich rano autobusem?

I jeszcze bardziej nie wiem, bo od kilku miesięcy tuż obok ich sioła jakiś widmowy developer wykupił ziemię i buduje nowe osiedle.


Tam, gdzie jeszcze rok temu było pole, śmigały jakieś kombajny/traktory, teraz wre praca. Powstają szkielety identycznych "apartamentów", walczą maszyny, budowlańcy grzęzną w błocie, całość robi wrażenie jakieś...marsjańskie, nierzeczywiste.

Jakaś taka dziwna "obcość" przebija z tego miejsca. Jakiś posmak konkwistadorów, którzy wlekli się przez pół świata, by złupić i zniszczyć nieznany im świat. Teraz tymi kolonizatorami są wielcy developerzy. Rwący przestrzeń pod kolejne "Bajkowe Osiedla", "Przyjazne Zakątki", "Osady Rozkoszy" czy "Siedlisko Konwalii."

A ja sobie myślę o przyszłej symbiozie "starych" i "nowych" mieszkańców tej wioski. A może to "nowe" to już nie będzie wioska? Może inny twór podkreślający "niezwykłość" położenia?

Nie wiem...

W każdym razie coraz bardziej się boję takich miejsc. Ich chaotycznego, pozbawionego logiki położenia. Tego, że same w sobie nie są złe, ale są diabelskiego owocem pędu za zyskiem i krótkowzroczności tych, którzy decydują się budować osiedla i sprzedawać je żądającym luksusu ludziom...

***

*

Dziwnym zbiegiem okoliczności nasz kochany premier wciąż podkreśla, że nie interesuje go to, co się będzie działo za kilkanaście lat. Jemu chodzi o to, by było dobrze tu i teraz...