środa, 12 stycznia 2011

Sielskie, anielskie...

Tak się zgadaliśmy w zaufanym gronie. Koleżanka wychowywała się w leśniczówce i przez wiele lat chodziła do szkoły (lub jeździła na nartach) przez las. 4 kilometry. Dzień w dzień.  Nikomu nie przyszło do głowy, by się troszczyć, że ktoś może ją uprowadzić, zmolestować, zamordować...

Kolega pochodził z wielodzietnej rodziny. Pewnego dnia mama pojechała z tatą do szpitala. Poród. W domu została sześciolatka... pilnująca okrągłą dobę ... dwulatka.

Dziś? Przed domem stałby TVN, lokalna prasa, opieka społeczna i rodzicom odebrano by w majestacie prawa dzieci.

Ja. Mając około 7-8 lat nagle wpadam na pomysł, by odwiedzić ojca w pracy. Pracuje w kaliskim Polifarbie. Mam około 5 kilometrów do przejścia. Po drodze całe ruchliwe miasto. Środek dnia. Lipiec. Idę wytrwale. Co jakiś czas coś do siebie mówię, by dodać sobie odwagi. Wchodzę na teren zakładu. Włażę przez okno do biura. Wchodzę pod biurko i czekam na tatę...

Dziś? Gdybym miał mojego Synka posłać za 5 lat w podobną trasę - prędzej zjadłbym własne skarpety. Noszone...

Co się stało?


Kiedyś moja ulica (rodzinna, w Kaliszu) zaludniona była przez dzieciaki. Całe rodzeństwa. Najstarszy prowadził za sobą brata, siostrę, kuzyna, kuzynkę, w liczbie pojedynczej lub mnogiej.  Całe wakacje około dwudziestki dzieciaków snuło się po wszystkich zakamarkach ulicy - graliśmy, biegaliśmy, walczyliśmy, dzieląc się na frakcje. Aż do późnego wieczoru (latem), gdy już nietoperze zaczynały krążyć wokół kościelnej wieży, włóczyliśmy się po okolicy lub ścigaliśmy się na rowerach.

Teraz? Gdy odwiedzam rodziców dzieci nie ma. Nie ma dzieci na mojej starej ulicy.

Co się stało? Pewnie się nie rodzą. I tutaj nie będę kontynuował tego  wątku. Demografia mnie nie interesuje.

Mnie bardziej interesuje to, co świat zrobił ze światem dziecka.

Bo miałem to szczęście (ja i moi bracia) mieć dzieciństwo, gdy rodzice nie bali się puszczać nas samopas i nie zagryzali warg, gdy nie wracaliśmy tuż przez dobranocką. To były jednak bezpieczniejsze czasy.

Nie chcę mitologizować, ale czy ktoś w latach 80 i do połowy lat 90 słyszał o jakichś pedofilach? Ja, mimo że  oglądałem TV, nie pamiętam, by informowano społeczeństwo o takich zwyrodnialcach...

Nie twierdzę, że zbokoli nie było, ale były to jednostki WYALIENOWANE, ludzie, którzy nie mogli przy pomocy Internetu podkręcać swoich chorych tęsknot. Dziś, śmiem przypuszczać, pedofil otrzymuje całkiem solidne wsparcie ze strony innych zwyrodnialców. Dzięki Sieci własnie...

Podobnie ma się sprawa z przemocą - jasne, biliśmy się w szkole. Mnie czasem gnębiono, ja raczej rzadziej się w ten sposób wykazywałem. A dziś? Przemoc jest dokumentowana telefonami komórkowymi i stanowi niezły "haczyk" w gierkach między uczniowskich. To znowu nakręca sprężynę agresji...

I tak w kółko.


Będzie bez pointy.

Wybaczcie.

Reszta w komentarzach.

4 komentarze:

  1. Ciekawe… te dzieci, których nie widać teraz na Twojej rodzinnej ulicy, to potomstwo tych, którzy do zmroku eksplorowali okoliczne zakamarki, prawda?

    Ludzie się boją jakby bardziej niż kiedyś. Za dużo słyszą, za dużo wiedzą, wyobraźnię mają nakręconą strachem. Bombardowani przez media wiadomościami o tragediach, złu wszelakim, naoglądawszy się programów interwencyjnych, postrzegają świat głównie jako źródło zagrożenia. To chyba jeden z kosztów rozwoju cywilizacyjnego, technicznego…

    Kiedyś mniej wyraźne były różnice społeczne między rodzinami. Obserwuję w mojej okolicy biedniejsze dzieci – one nadal funkcjonują głównie poza domem, biegają po polach, wchodzą na drzewa, jeżdżą na czym się da, oczywiście w stadku. Dzieci z zamożniejszych rodzin w tym czasie uczą się grać na gitarze, próbują w teatrze, chodzą na capoeirę. Czy to znaczy, że ci biedniejsi rodzice nie boją się o swoje dzieci?

    Oj, za skomplikowany i za szeroki to problem, by pomieścić odpowiedzi w komentarzu...

    OdpowiedzUsuń
  2. Zmieniło się i podejście ludzi i DO ludzi i do rzetelnej informacji. Teraz nie ma być rzetelnie, ma być SENSACYJNIE.
    Kiedyś ktoś się przejmował dysortografią? Dziecko musiało więcej czasu poświęcić na naukę, dziś jest "chore". Ja wiem, nie jestem pedagogiem ani psychologiem, ale wydaje mi się, ze kiedyś było zdrowsze podejście do tematu. No i co mają robić dzieci na dworze, kiedy całe życie toczy się w internecie. W internecie się kocha- Kochusiam najmocniej na świecie plus serduszka na gg mają świadczyć o olbrzymim uczuciu. Do dupy to wszystko :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Myślę, że dzieci na Twojej rodzinnej ulicy nie widać dlatego, że siedzą w domu i grają na komputerach, lub różnorodnych konsolach. A rodzice? Niby mówią - wyszedłbyś na dwór, pograłbyś w piłkę - w duchu jednak cieszą się, że nie muszą się martwić o to czy na ulicy ktoś ich pociech nie zaczepi, nie trąci.
    Jeśli chodzi o media, ludzie nie umieją odróżnić tego na co warto zwrócić uwagę od sensacji, wiadomo - w telewizji nie powiedzą o tym jak grzecznie dziś dzieci bawiły się na placyku przy ulicy Mickiewicza, albo o tym jak bezpiecznie i bez sensacji można było spędzić czas w parku, ale o tym kto został porwany, kto zgwałcony, a kto pobity.

    OdpowiedzUsuń
  4. DZiwny jest teraźniejszy świat. Ot co.

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.