niedziela, 16 stycznia 2011

Pa! Pa!

Mieliśmy w piątek kolędę. Czekaliśmy niemal od 13:30, a czekanie umilało nam:

a) pierwsze dziecko - Tymek, śmiertelnie zmęczony, bo to była pora jego popołudniowej drzemki, a za Chiny Ludowe nie chciał leżeć w łóżeczku,
b) drugie dziecko - Kalina, przebudzona, niedojedzona, wyjąca małolata.

A my miotamy się od okna do okna, by wyczaić moment i otworzyć drzwi. Dzwonek nam się zepsuł, więc wszyscy albo głośno mają pukać, albo skrobać paznokciami w okno.

Najpierw wpadają ministranci - śpiewają kolędę, ale nieco tremuje ich chór naszych pociech.

Tymek:

- Koniec. Już iść - powtarza.

Kalina:

- UUUUAAAAAAAA!!!!!

Chłopaki przyspieszyli i odśpiewawszy podstawową wersję - poszli dalej.

Wchodzi ksiądz - podobnie zagłuszany, a temu jeszcze zebrało się na uzupełnianie wiadomości o naszym pochodzeniu, zawodach i datach urodzin wszystkich członków rodziny w promieniu 100 kilometrów.

(aaaa, właśnie wsadziłem sobie palec do prawego oka...Chciałem przeczesać włosy... ale łzy...)

Na szczęście ksiądz chyba wyczuł niezbyt sprzyjające okoliczności i się ewakuował.



 Ale nie opisana wcześniej sytuacja jest najważniejsza w ostatnich dnia.

Młody zaczął coś rozumieć w klimacie potrzeb fizjologicznych - wcześniej nie mogliśmy go przekonać do tego, że ma wołać, jeżeli będzie chciał coś zrobić. Nigdy tego nie robił. Frustracja narastała, tym bardziej że to pojętna bestia. 

A tu w tym tygodniu co rano idziemy do toalety, Młody siada, ja siadam obok na wannie i po 5 minutach jest po WSZYSTKIM.

Duma mnie rozpiera, bo nawet za dnia zdarza mu się powiedzieć, co za chwilę zrobi i często przy odpowiednim przyspieszeniu możemy jak przyzwoici ludzie powiedzieć kupie pa-pa!






10 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej kolęda, kolęda...my też z Tośką czekałyśmy na księdza od godziny 14, miał przed nami tylko trzy mieszkania, a zawitał do nas dopiero po 17. Mała była dostatecznie zmęczona i zmarudzona, zresztą nie ukrywam, ja również, bo złość mnie już brała, że dobrodziej spotkania towarzyskie sobie odbywa. Poza tym ileż można siedzieć "na chałupach"? A do tego ksiądz wziął Ją za chłopczyka. Szał.

    Robicie kupie "papa" - moja siostrzenica też,a radocha przy tym taka, że trudno opisać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Musiałam usunąć pierwszy komentarz, bo błąd się wkradł. A to wszak polonista czyta;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Haha uśmiałam się konkretnie przy tym Waszym 'kolędowaniu' :-). Wyobrażam sobie miny tych biednych, skonsternowanych ministrantów!
    I wielkie gratulacje z powodu sukcesów wychowawczych. Jestem z Was dumna!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tja... mnie kolęda w tym roku ominęła, ponieważ byłam na świątecznym wyjeździe. Nie mniej jednak zazwyczaj u nas ksiądz zaczyna o 16-stej, a jest o 16.20 u mnie. Idzie jak burza. Dwie minuty i po wszystkim:)

    Dzielny chłopak z tego Tymka:)

    OdpowiedzUsuń
  6. To gratuluję sukcesu wychowawczego ;))Dopiero zauważyłam, że bierzesz udział w konkursie. Z przyjemnością na Ciebie zagłosuję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, ja tak tylko się zgłosiłem, bo liczę na czytelników - nie nagrody lub coś takiego.

    W sumie się nieco wstydzę tego zgłosznia, ale jak się powiedziało A...

    PS

    Nawet nie wiem, jak się sprawdza ilość głosów i czy jest to w ogóle możliwe...


    ***

    U nas był ksiądz-konkret. Każde (!) kazanie jedzie z kartki. Jest sztywny i zachowawczy. Jakoś go tam cenię, ale nie mój typ duchowości.

    A z Tymkiem wolałbym nie przechwalić, tego się boję...więc podziękuję za gratulacje bardzo ciiiichutko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czyli kupe macie juz za soba:)) Synkowi gratuluje, ksiedzu mniej:))

    OdpowiedzUsuń
  9. Jednym słowem jak już kupa zaliczona, to tylko patrzeć jak koleżanki zacznie sprowadzać :)

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.