niedziela, 30 stycznia 2011

Wiersz na nowy tydzień II

Dlaczego kochają nas ci, którzy nas kochają? Czy jesteśmy obdarzeni wyjątkowymi cnotami? Jesteśmy wyjątkowi, wybrani? Może wystarczy to, że reprezentujemy ten sam gatunek?




O tym w gorzkim wierszu Grzegorza Wróblewskiego pochodzącym z tomu pt. "Pomieszczenia i ogrody":

Przypływ

Nasze ptaki krążą już nad kimś innym.
Masz rację, płacimy zbyt wysokie podatki,
a niebo niespodziewanie straciło głębię.
Ptaki się szybko zorientowały...

(Twoja zimna dłoń dotyka mojej wysuszonej
skóry.) Kochałem się z tobą tylko dzięki
pełnemu uzębieniu i pięciopalczastym
kończynom?

sobota, 29 stycznia 2011

Raz proza, raz poezja...

Synek dwojga polonistów musiał w genach dostać zamiłowanie do książek. A jeśli nie w genach, to bombardowanie go widokiem pełnych półek powieści, poezji, dramatów, albumów etc. musiało przynieść jakiś skutek. Młody nie zaśnie bez książeczki, a jednym z ulubionych miejsc "spacerowych" jest biblioteka.

Biega między półkami, ukochana bibliotekarka bierze go na kolana, on wniebowzięty.

Jest tylko jedna siła większa niż książeczki (i wszystkie inne zabawki też). Kabelki. Przewody. Przedłużacze. Rodziców by sprzedał, żeby dostać jakiś kabel, najlepiej z wtyczką. Popęd do "elektryki" odziedziczył (lub podejrzał) po dziadku od strony mamy swojej.

Dziadek jest elektrykiem i często gości wnuka w swoim warsztacie pracy. Stąd to wszystko.

A oto fotorelacja z wczorajszego wypadu po nowe książeczki:


Synek pozuje. Zdjęcie mówi: "Kocham książeczki!"




"Co ja widzę?!"




"Tato, kabelki..."

PS

Na szczęście umie czasem połączyć swoje dwie pasje w jeden udany wzór. Wpatruje się ostatnio w kontakt, niemal wącha gniazdko i mówi:

"Prąd pachnie brzoskwiniami."

Udana poezja awangardowa.

piątek, 28 stycznia 2011

Jak uciec przed smutkiem?

Człowiek miewa w życiu takie chwile, że lubi otaczać się przedmiotami, które przypominają smutek.

Te słowa zostają we mnie na dłużej za każdym razem, gdy czytam "Kamizelkę" Prusa. Słowa piękne, prawdziwe, błyszczą własnym, nie odbitym światłem.

I przydarzyło mi się wczoraj.


Młodego kładę. Teraz wygląda to tak - butla, bajeczka i "z tatą do łóżka." Kładziemy się razem. Synek kołdra na głowę i inaczej nie zaśnie ostatnio. No i zasnął. Problem w tym, że ja razem z nim i obudziłem się o 22!

Absolutnie tego nie planowałem. Poczułem się okradziony przynajmniej z jednej godziny wieczoru. Miałem jeszcze trochę sprawdzania, jakieś kartkówki, jakieś próbne matury.

Cóż, biorę papiery i siadam w kuchni pod żarzącą się lampą. Jakoś senność mnie opuściła. Rozkręciłem się na dobre, dopadła mnie niemal północ. Idę do łoża. MP3 odpalam, by posłuchac jakiegoś radia w czasie zasypiania i...klops!

Nie mogę spać. Sen nie przychodzi. Czuję się wyspany. Zgroza, bo wstać miałem wcześnie. Kręcę się i wiercę jak turbina. Radio bardziej drażni niż uspokaja.

Wychodzę z łóżka. Telewizja. Nie zadziałało. Łóżko. Radio w uszach. I...




...trafiam na jakąś audycję, gdzie piosenka za piosenką emitowano bossa-nowy. Jakieś melancholijne, mroczne, a pulsujące jak duszna upalna noc kawałki.

Nic nie rozumiałem (po portugalsku chyba to wszystko było), ale smutek mnie przeszywał niemal z każda nutą. Każdym tonem, zmianą rytmu... Głęboki smutek, którym można się upić w środku nocy.
Wspomnienie zmarnowanych szans, roztrwonionego dobra, uciekającego czasu...

Dziś, dla bezpieczeństwa, mam audiobooka "Nad Niemnem" Orzeszkowej.

wtorek, 25 stycznia 2011

Jak umilić oczekiwanie?

Wchodzimy rano do pokoju nauczycielskiego. Zapalamy światło - jedna lampa się buntuje. Chyba przepalona żarówka. Wpadam na rewelacyjny pomysł.



Do ferii brakuje 4 dni - codziennie ktoś wykręci jedną żarówkę. W piątek po południu pokój nauczycielski pogrąży się w ciemnościach...

***

Koleżanka narzeka na chwytające ją przeziębienie.

- Coś mnie łamie. Gardło mnie boli, zimno mi... Jak tak się będę jutro czuła, idę do lekarza.

- Kurcze - mówię zachęcony taką perspektywą - to może byś mnie zaraziła?

Spojrzała na mnie.

- Wiesz, ja znam tylko jeden sposób...




- Patrzcie - dodaje druga - niby tak nic nie powie, a przez kwiatek konkretna propozycja...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Wiersz na nowy tydzień I

Poezja. Zrobiono wiele, by zobrzydzić ją czytelnikom.

Współczesna, najczęściej przemawia do profesorków, krytyków, samych poetów i innych zboczeńców.

Mi się przyśniło, że co poniedziałek uraczę Was jednym ładnym wierszem.

To pierwszy, zaczerpnięty z antologii ułożonej przez Czesława Miłosza pt. "Wypisy z ksiąg użytecznych":

Steve Kowit

OSTRZEŻENIE

Dziś wieczór mocne dżinsy,
Które noszę co dzień ponad rok,
I które wydawały się w doskonałym stanie,
Nagle pękły.


Jak i dlaczego nie pojmuję, ale stało się –
Duże pęknięcie w kroku.
Miesiąc temu mój przyjaciel Nick
Zszedł z tenisowego kortu,
Wziął prysznic, przebrał się
I na ulicy przewrócił się i umarł.
Pamiętajcie, którzy to czytacie,
Padać od czasu do czasu na kolana,
Jak poeta Christopher Smart,
I całować ziemię i radować się
I dobrze wykorzystywać czas
I okazywać życzliwość wszystkim,
Nawet tym, którzy na to nie zasługują.
Bo choćbyście nie wierzyli, to nastapi,
Was też któregoś dnia nie będzie.
Ja, któremu dżinsy pękły w kroku bez żadnego powodu,
Zapewniam was, że to prawda.
Podaj dalej.

Tak się porobiło

Parę dni temu Żona karmi Córę i woła do mnie:

- Trzyma cyca w buzi i się śmieje!

- Nie dziwię jej się - odpowiadam rubasznie. Może Jan Kochanowski zmajstrowałby z tego fraszkę, ale mnie ostatnio do śmiechu nie jest.

Mała miała szczepienie i jakoś chyba na skutki uboczne się załapała - marudzi, brzuch ją boli, nerwowa jest, budzi się po 15 minutach snu...

A najgorsze jest to, że boli się picia z piersi. Reaguje panicznie, bo ssanie kojarzy pewnie z bólem brzucha (niemowlęta często wypełniają pieluchę w czasie jedzenia), bo ma jakieś koszmarne zaparcia...

Ciężko jest - zawsze przy piersi się uspokajała, a teraz zachowuje się, jakby mleko matki parzyło. No i jest panika, bo jak Kalina pić nie będzie, to laktacja zniknie, więc Żona sięgnęła po laktator ("Maszyna do rozdrabniania mleka" jak mówi Synek)i nie pozwala piersiom zleniwieć.

Wczorajszy wieczór koszmarny...

Ale takie jest życie, panie i panowie.

sobota, 22 stycznia 2011

Polska języka, trudna języka...

Mnie już dawno przestało dziwić, na ile sposobów można kaleczyć język polski. Ale czemu się dziwić, skoro idę na przykład z klasą na fatalną ekranizację "Ślubów panieńskich" i okazuje się, że oba słowa, nie wiedzieć czemu, autorzy czołówki zapisują dużymi literami.

A to znalazłem na okładce zeszytu do języka polskiego. Pięknie - Mickiewicz, rękopisy, stylowe pióro i ...błąd ortograficzny.



środa, 19 stycznia 2011

Z Cosmo jest bosco! (Wersja demo)

Poległem. Poległem potykając się o kłodę formy. Chciałem, by relacja z poniedziałku była zabawna, dynamiczna i błyszcząca od widowiskowych point. Tak jak dialog kilkorga przyjaciół, którzy piętrzą prześmieszne głupoty. Klimat jest przekomiczny, ale opowiadany postronnym osobom przestaje błyszczeć.

Wiecie, są w życiu spotkania, rozmowy, szermierki słowne, które aż kipią od tego, czego brakuje współczesnym polskim komediom. A gdy próbujemy odtworzyć całość - czar pryska. Jakbyśmy chcieli zapisać sen - uwiódł nas w nocy, ale dzień go rujnuje.

Zostają strzępy...

Takie:

Siedzimy wczoraj przed radą szkoleniową w pokoju nauczycielskim i dialogi uskuteczniamy:

I
- Byłam z klasą w kinie.
- Nowy film Pazury. "Weekend" - brak mi słów... Ale co powiedzieć można o filmie, który zaczyna się sceną, w której jakaś panna pije drinka, kamera zjeżdża na dół, a tam głowa faceta między jej udami...
- No do miałaś kiepski "Weekend" - mówię.

Ale to dopiero preludium.

II

Koleżanka uwielbia chodzić z siostrzenicą na zakupy. Mała jest tak bystra (3 lata ma), że potrafi wbić PIN, gdy ciocia płaci kartą. Wszystkie sprzedawczynie są zauroczone.

- Ja mam podobnie - mówię. - Gdy gdzieś idę coś załatwić z Tymkiem, to kobiety wszędzie są zauroczone. Idę do urzędu miasta załatwić pesel dla Córy, oczywiście niczego nie załatwiam, ale trzy panie urzędniczki rozśpiewały się na widok Synka. A ja młody zaczął jeszcze się machać "pa, pa" paniom, to aż trzepotały rzęsami.

- Oj ty naiwny jesteś - podsumowuje mnie inna koleżanka - facet z dzieckiem to stara metoda na podryw.

- Facet z dzieckiem lub z psem działają niesamowicie - dodaje następna - ale kobieta z dzieckiem lub psem już trochę mniej.

Ja kiedyś usłyszałem, że atrakcyjność mężczyzny jest wprost proporcjonalna do ilości posiadanych dzieci. Mój kolega odkąd stał się tatą trzech synków nie może opędzić się od spojrzeń koleżanek z pracy. Przynajmniej tak twierdzi.

Zostałem zaatakowany o to, że mam głupiego kolegę.

- Kierując się podobną logiką można stwierdzić, że najatrakcyjniejszy będzie facet co ma 18 dzieci i zbiera przy okazji węgiel wzdłuż torów.

III

Najlepsze na koniec (tylko dla dorosłych). COSMOPOLITAN. Koleżanka dysponowała jednym numerem (w celach badawczych, pisze coś o polskich pismach dla kobiet). Oto garść przypadkowych tekstów z tego pisma dla nowoczesnych kobiet.



Tytuł artykułu - "Małżeństwo nie jest z góry przegrane." Dobrze to wiedzieć, prawda?

Wielki Cosmo-test z miażdżącymi pytaniami:

- "Uprawiałaś seks w miejscu publicznym" - 81% czytelniczek tak. Nie wiem czemu, ale pomyślałem sobie, że w sejmie...
- "Uprawiałaś seks na pierwszej randce?" - 14% nie, ale zamierza.
- "Uprawiałaś seks w czasie okresu?" - 12% czytelniczek się na to szykuje.
- "Związałaś kiedyś partner lub zakułaś w kajdanki" - 63% czytelniczek nie, ale już to planuje.

Potem artykuł o masakrującym tytule "Co zrobić z gołym facetem?" Jakieś sugestie? Boję się pytać...

Dyskretna analiza kobiecych fantazji. Pierwsze lepsze: "Śnisz na jawie o tym, że traktujesz faceta ja niewolnika?" Cóż, pewnie większość kobiet... (Żartuję, żeby nie było...)

I na deser - "Rozkochaj go w sobie w 90 minut." Pierwsza porada - sytuacja taka: ulewa, stoisz obok faceta na przystanku. Podoba ci się on. Jak zacząć?

Powiedz: "Co za pogoda! Moja fryzura wygląda fatalnie."

Istnieje ryzyko, że facet powie: "To idź umyj głowę."

wtorek, 18 stycznia 2011

Wściekły niemiecki dzieciak




Tylko to jedno zapamiętałem z wczorajszej rady szkoleniowej na temat uwikłania dziacka w sieć.

Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Dorosłych...

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Niebieski poniedziałek

To dziś. Naukowo udowodniono, że ostatni poniedziałek w pełnym tygodniu stycznia jest najbardziej depresyjnym dniem w roku. To dziś ponoć uświadamiamy sobie, że nijak nie da się zrealizować noworocznych postanowień, dzień wciąż krótki i czekają spłacenia kredyty wzięte na święta.

Cóż, ja mam dziś powody do bycia "blue" - pobudka o ... 4:44. Rano to czy noc? Potem kłótnia w jednej klasie zakończona kartkówką z "Pana Tadeusza." A może było odwrotnie - najpierw kartkówka, a potem kłótnia o to, czy miałem prawo ją robić...

Nie pamiętam - od rana boli mnie głowica i nie zanosi się na to, że przejdzie mi do popołudnia, gdy ugrzęznę na ważnej i niewątpliwie pouczającej radzie szkoleniowej...


PS

Co by nie kończyć depresyjnie - Synek często musi robić coś, na co nie ma ochoty. Posprzątać zabawki, zjeść obiad, myć zęby. Niemal za każdym razem, gdy znajdzie się w takie sytuacji, mówi:

- Jak będzie niedziela.

Wczoraj wpadł we własną pułapkę, bo mówię do niego:

- Misiu, umyjemy dziś głowę?
- Jak będzie niedziela.
- Dzisiaj jest niedziela - odpowiadam, chwyciwszy słabszy punkt jego logiki.

Pomyślał i po chwili rzucił:

- To jak nie będzie niedzieli...

niedziela, 16 stycznia 2011

Portret wewnętrzny w kolejności dowolnej...


I - Na studiach całą grupę na lektoracie z angielskiego przekonałem o tym, że byłem o krok od powołania do piłkarskiej reprezentacji Polski. 

II - Przynajmniej raz w roku muszę przeczytać "Zimę w Dolinie Muminków."

III - Kocham pustkę i czystość... - puste zeszyty w kratkę, czyste ryzy papieru, puste pendrive'y. Tyle możliwości - genialnych wierszy, powieści, myśli...

IV - Chciałbym, żeby ten świat był "snem wariata", ale coś mi mówi, że istnieje jakiś Wyższy Plan.

V - Duuuuże wrażenie robią na mnie akty Modiglianiego. 


VI - Na bezludną wyspę zabrałbym Biblię, dzieła zebrane Kochanowskiego, Mickiewicza i Miłosza.

VII - Gdy coś, co kocham, staje się popularne, czuję się z czegoś okradziony. 

VIII - Święty Józef to mój patron - tyle razy mnie jakoś ratował... Wiem, dewocja.

IX - Gdy kłamię, czuję się jakbym był niewolnikiem - kogoś lub czegoś.

X - Gdy nie mogę zasnąć, wspominam sobie dzieciństwo lub wakacje spędzone z Żoną.

XI - Rozbraja mnie uśmiech Synka...

XII - Panicznie boję się bezdomności i utraty pracy. Ze względu na najbliższych, nie siebie...

XIII - Marzy mi się przejście na pieszo szlaku św. Jakuba. Stąd aż do Hiszpanii. 

XIV - I oczywiście wszystko to opisać.

Pa! Pa!

Mieliśmy w piątek kolędę. Czekaliśmy niemal od 13:30, a czekanie umilało nam:

a) pierwsze dziecko - Tymek, śmiertelnie zmęczony, bo to była pora jego popołudniowej drzemki, a za Chiny Ludowe nie chciał leżeć w łóżeczku,
b) drugie dziecko - Kalina, przebudzona, niedojedzona, wyjąca małolata.

A my miotamy się od okna do okna, by wyczaić moment i otworzyć drzwi. Dzwonek nam się zepsuł, więc wszyscy albo głośno mają pukać, albo skrobać paznokciami w okno.

Najpierw wpadają ministranci - śpiewają kolędę, ale nieco tremuje ich chór naszych pociech.

Tymek:

- Koniec. Już iść - powtarza.

Kalina:

- UUUUAAAAAAAA!!!!!

Chłopaki przyspieszyli i odśpiewawszy podstawową wersję - poszli dalej.

Wchodzi ksiądz - podobnie zagłuszany, a temu jeszcze zebrało się na uzupełnianie wiadomości o naszym pochodzeniu, zawodach i datach urodzin wszystkich członków rodziny w promieniu 100 kilometrów.

(aaaa, właśnie wsadziłem sobie palec do prawego oka...Chciałem przeczesać włosy... ale łzy...)

Na szczęście ksiądz chyba wyczuł niezbyt sprzyjające okoliczności i się ewakuował.



 Ale nie opisana wcześniej sytuacja jest najważniejsza w ostatnich dnia.

Młody zaczął coś rozumieć w klimacie potrzeb fizjologicznych - wcześniej nie mogliśmy go przekonać do tego, że ma wołać, jeżeli będzie chciał coś zrobić. Nigdy tego nie robił. Frustracja narastała, tym bardziej że to pojętna bestia. 

A tu w tym tygodniu co rano idziemy do toalety, Młody siada, ja siadam obok na wannie i po 5 minutach jest po WSZYSTKIM.

Duma mnie rozpiera, bo nawet za dnia zdarza mu się powiedzieć, co za chwilę zrobi i często przy odpowiednim przyspieszeniu możemy jak przyzwoici ludzie powiedzieć kupie pa-pa!






czwartek, 13 stycznia 2011

Czas apokalipsy

A tak sobie skojarzyłem:

"Rząd rozpatrzy również projekt uchwały w sprawie ustanowienia Programu rozwoju obrotu bezgotówkowego w Polsce na lata 2010-2013. 

Zwiększenie liczby płatności dokonywanych bez użycia gotówki oraz wzrost udziału pieniądza bezgotówkowego w ogólnej masie pieniądza oznacza - według autorów programu - m.in. zmniejszenie kosztów obiegu gotówkowego, z pozytywnymi skutkami dla wszystkich podmiotów ponoszących te koszty (tj. banku centralnego, banków, administracji państwowej i samorządowej oraz podmiotów gospodarczych), pośrednio dla klientów banków (zarówno osób fizycznych, jak i przedsiębiorców). 

Obrót bezgotówkowy ma przynieść liczne korzyści dla wzrostu gospodarczego (jako efektu zwiększonej akcji kredytowej po przeniesieniu części środków pieniężnych z formy gotówkowej na formę depozytu bankowego), zmniejszenia szarej strefy czy ograniczenia wykluczenia finansowego. 


I to na dodatek:

„…i sprawią, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło i że nikt nie może kupić ni sprzedać, kto nie ma znamienia – imienia Bestii lub liczby jej imienia. Tu jest (potrzebna) mądrość. Kto ma rozum niech liczbę Bestii przeliczy: Liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: „sześćset sześćdziesiąt sześć” (Św. Jan – Apokalipsa 13:16-18)


Wybaczcie, że może mnożę teorie spiskowe, ale nasz rząd wydaje mi się marionetką potężniejszych sił niż tylko jakieś ziemskie Zwierzchności... 

"O czym tata opowiada?"

To jedno z najczęściej zadawanych pytań. Mój Synek je zadaje, gdy siedzę obok jego łóżeczka i opowiadam mu bajkę, by zasnął. Oczywiście bajki te muszą być raczej mało ekscytujące, chodzi nam wszak o znużenie i senność. By potęgować nudę, zagłębiam się w takie szczegóły jak odcienie kolorów, marki przejeżdżających w bajce samochodów, detale wystroju bajkowych wnętrz.

Mały jest jednak cwany i gdy za bardzo uciekam od głównego wątku bajki, podnosi głowę i pyta z szeroko otwartymi oczami:

"O zym tata opowiada" - i wtedy muszę prędziutko wracać na stare tory.

No a wczoraj poległem od własnej broni.

Zazwyczaj opowiadam bajkę o małym wiatraczku, takim z gatunku stojących na biurku i chłodzących nas w upalne dni. A więc mały wiatraczek od 2 tygodni codziennie idzie zobaczyć do parku jak wygląda śnieg. Zatrzymuje go mama-wiatraczkowa i mówi, żeby synek-wiatraczek ubrał się ciepło, bo jest przecież zima itd.

Jenak w pewnym momencie czuję, że ogarnia mnie totalna senność. Powieki z ołowiu. Świadomość odpływa. A ja...nie przestaję mówić! Mówię przez sen i to słyszę.

A brzmiało to tak (jeśli dobrze pamiętam):

- ... mały wiatraczek wchodzi do parku, brama jest otwarta, patrzy, a tam pełno śniegu! Pełno...a człowiek powinien znać swoje własne ograniczenia, natomiast renesans stworzył optymistyczny obraz człowieka...

Autentycznie! Surrealistyczne doznanie w 1000 procentach!

środa, 12 stycznia 2011

Sielskie, anielskie...

Tak się zgadaliśmy w zaufanym gronie. Koleżanka wychowywała się w leśniczówce i przez wiele lat chodziła do szkoły (lub jeździła na nartach) przez las. 4 kilometry. Dzień w dzień.  Nikomu nie przyszło do głowy, by się troszczyć, że ktoś może ją uprowadzić, zmolestować, zamordować...

Kolega pochodził z wielodzietnej rodziny. Pewnego dnia mama pojechała z tatą do szpitala. Poród. W domu została sześciolatka... pilnująca okrągłą dobę ... dwulatka.

Dziś? Przed domem stałby TVN, lokalna prasa, opieka społeczna i rodzicom odebrano by w majestacie prawa dzieci.

Ja. Mając około 7-8 lat nagle wpadam na pomysł, by odwiedzić ojca w pracy. Pracuje w kaliskim Polifarbie. Mam około 5 kilometrów do przejścia. Po drodze całe ruchliwe miasto. Środek dnia. Lipiec. Idę wytrwale. Co jakiś czas coś do siebie mówię, by dodać sobie odwagi. Wchodzę na teren zakładu. Włażę przez okno do biura. Wchodzę pod biurko i czekam na tatę...

Dziś? Gdybym miał mojego Synka posłać za 5 lat w podobną trasę - prędzej zjadłbym własne skarpety. Noszone...

Co się stało?


Kiedyś moja ulica (rodzinna, w Kaliszu) zaludniona była przez dzieciaki. Całe rodzeństwa. Najstarszy prowadził za sobą brata, siostrę, kuzyna, kuzynkę, w liczbie pojedynczej lub mnogiej.  Całe wakacje około dwudziestki dzieciaków snuło się po wszystkich zakamarkach ulicy - graliśmy, biegaliśmy, walczyliśmy, dzieląc się na frakcje. Aż do późnego wieczoru (latem), gdy już nietoperze zaczynały krążyć wokół kościelnej wieży, włóczyliśmy się po okolicy lub ścigaliśmy się na rowerach.

Teraz? Gdy odwiedzam rodziców dzieci nie ma. Nie ma dzieci na mojej starej ulicy.

Co się stało? Pewnie się nie rodzą. I tutaj nie będę kontynuował tego  wątku. Demografia mnie nie interesuje.

Mnie bardziej interesuje to, co świat zrobił ze światem dziecka.

Bo miałem to szczęście (ja i moi bracia) mieć dzieciństwo, gdy rodzice nie bali się puszczać nas samopas i nie zagryzali warg, gdy nie wracaliśmy tuż przez dobranocką. To były jednak bezpieczniejsze czasy.

Nie chcę mitologizować, ale czy ktoś w latach 80 i do połowy lat 90 słyszał o jakichś pedofilach? Ja, mimo że  oglądałem TV, nie pamiętam, by informowano społeczeństwo o takich zwyrodnialcach...

Nie twierdzę, że zbokoli nie było, ale były to jednostki WYALIENOWANE, ludzie, którzy nie mogli przy pomocy Internetu podkręcać swoich chorych tęsknot. Dziś, śmiem przypuszczać, pedofil otrzymuje całkiem solidne wsparcie ze strony innych zwyrodnialców. Dzięki Sieci własnie...

Podobnie ma się sprawa z przemocą - jasne, biliśmy się w szkole. Mnie czasem gnębiono, ja raczej rzadziej się w ten sposób wykazywałem. A dziś? Przemoc jest dokumentowana telefonami komórkowymi i stanowi niezły "haczyk" w gierkach między uczniowskich. To znowu nakręca sprężynę agresji...

I tak w kółko.


Będzie bez pointy.

Wybaczcie.

Reszta w komentarzach.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Mały wykład o stosunkach polsko-niemieckich

Dziś wywiadówka. Jadę, bo trzeba. W autobusie śpię i sam się sobie dziwię, że udało mi się nie przespać mojego przystanku.

Rodzicom rozdałem kartki z ocenami ich pociech, podsumowałem pierwszy semestr i wio! Rozeszliśmy się w pokoju.

Na korytarzu usłyszałem jednak tekst, który ubarwił dzisiejszy raczej bezbarwny dzionek.

Rodzic rozmawia z wychowawczynią swojego dziecka. Patrzą w dziennik i wychowawczyni mówi:

- Z tym niemieckim też nie jest dobrze.


- Wie pani - zaczyna ojciec - pewnie on ma tak samo jak ja - dobry Niemiec to martwy Niemiec.

Gdyby nie oznaki pewnej poufałości między nimi (chyba się znali, bo mówili sobie na "ty"), mocno bym się przestraszył.

A tak tylko zaiskrzył dość dziwny żarcik.

niedziela, 9 stycznia 2011

Chłopiec i jego koń

Lata temu wygraliśmy na fantowej loterii z okazji festynu parafialnego KONIA. Wielkiego czarnego
konia-skarbonkę. Paskudne to było nieziemsko. Schowaliśmy. Głęboko, by ludzkie oko nie widziało, taki wstyd jak beret.

Na nieszczęście Synek wygrzebał. Z miejsca zakochał się w tym stworze.



Na szczęście ta wydmuszka do czegoś się może przydać. Powiedziliśmy Tymkowi, że będziemy wrzucać do konika pieniążki, a jak konik będzie pełny, to rozbijemy go młotkiem.

Tak się zapalił, że wysprzątał wszystkie kieszenie i portfele ze zbędnego balastu drobnych.

Oczywiście koń zjada tylko monety o nominale 1 grosz, 2 grosze i 5 groszy...

piątek, 7 stycznia 2011

Optymista...He, he, he...

Parę razy już deklarowałem tutaj i w innych miejscach świata rzeczywistego i nie, że muszę skończyć z tym moim czarnowidztwem, umiłowaniem do katastofy, marudzeniem porannym i wieczornym.

Tyle razy chciałem się wyrwać z tego wybitnie polskiego zwyczaju, jakim jest rozpoczynanie każdego dnia z westchnieniem: "O Jezuuuu..." ( I to nie jest początek pieśni pochwalnej.)

Ale nie da się. Nie da. Gdy wpadam do pracy, siadam z gorącą zbożówką - słyszę tylko o tym, kto nie przespał nocy, kto już ma dość, kto znowu ma nerwicę (a to moja specjalność), kto nie może już patrzeć na dzieciaki, a kto już płacze za wakacjami, a dopiero styczeń się zaczął...



Nie da się. I niestety, współgra to z moim dość ponurym usposobieniem, tym marudzeniem, które najczęściej przeistacza się w głęboką obojętność.

I taki stan się dziś przydarzył - od rana mówię sobie: "Wszystko przez Adama i Ewę. To ich Bóg skazał na pracę i bolesne porody."

Proszę sprawdzić, co komu pisane.

A jeszcze dziś obszerna rada pedagogiczna i kwestie finansów w szkolnictwie.

Miłego dnia.

wtorek, 4 stycznia 2011

Prawdziwy humanista

Zaczynam dziś renesans. Gadu-gadu, coś tam wprowadzam łagodnie i w końcu przechodzę do odrodzeniowego humanizmu.

- Jak wam się wydaje - pytam - co charakteryzuje dzisiaj humanistę?

Po chwili ciszy jeden uczeń mówi:

- Humanista się nie bije...


                                                    To nie są prawdziwi humaniści.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Babilońskie pierdoły

Nie pytaj próżno, bo nikt się nie dowie,
Jaki nam koniec gotują bogowie,
I babilońskich nie pytaj wróżbiarzy.
Lepiej tak przyjąć wszystko, jak się zdarzy.


Pisał przed naszą erą Horacy. Mądrze pisał.

Bo cóż widzę w noworocznym wydaniu jakiegoś rozrywkowego lokalnego oddziału TVP? Pani wróżbitka przy pomocy wszystkich znanych ludzkości systemów snuła wizję przyszłości. Dla wszystkich i każdego z osobna.



Taka mistrzyni, że pożeniła ze sobą tarota i znaki zodiaku. "Ten rok będzie dobry dla Skorpionów. Ta karta tak mówi..."

Kobieta plotła trzy po trzy, a prezenterka z cielęcym zachwtem w oczach kiwała głową zauroczona.

(Ja sam okres fascynacji wróżeniem przechodziłem w podstawówce. Kupiłem książkę o tarocie+zestaw kart i bawiłem się w jasnowidza. Koleżance z klasy postawiłem karty i wyszło mi, że "w młodości przeżyła poważny kryzys wiary." Byliśmy w szóstej klasie, dodam...)

Najbardziej mnie rozbroiła taka wymiana zdań.

- Jaki będzie ten rok? Bo poprzedni był bardzo ciężki, pełen tragedii... - pyta dziennikarka.
- Poprzedni rok - tłumaczy wróżka - był chińskim rokiem Tygrysa. To niebezpieczne zwierzę. Ten rok jest rokiem Królika. Takiego milutkiego króliczka...

- Króliczka Playboya - dodaję z mojej strony ekranu i parskam śmiechem.


Potem, w celach rozrywkowych, czytam na discopolowym Onecie mój horoskop. Wyszło mi, że w wakacje nawiążę romans i ciężko mi będzie wrócić do domowych obowiązków...

sobota, 1 stycznia 2011

Co mi przyniesiesz Nowy Roku?

Czas? Możliwości? Pracowitość? Systematyczność? Cierpliwość do siebie i przede wszystkim innych?

Radość na widok niezapowiedzianych gości?

Szczęście z tego, co jest?

Synek przestanie używać ton pieluch?

Nauczę się lepiej angielskiego i trafię poważniejszy certyfikat?

Będę w końcu sypiał po 7 godzin na dobę?

Obejrzę pogo w "Tańcu z gwiazdami"?