piątek, 30 grudnia 2011

Wiersz na nowy stary rok

Klasyk współczesnej angielskiej poezji Brian Patten:


NASZE ŻYCIE STAŁO SIĘ TAKIE PUSTE


Pamiętasz tę chińską różę, którą zasadziliśmy zeszłej wiosny?
No więc ona zakwitła.
Poza tym nic nowego.


tłum. Andrzej Szuba.


Do zobaczenia w 2012 roku!!!

środa, 28 grudnia 2011

Że niby czyje są te majtki?

Niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. Dużo widziałem, ale filozoficzna natura nie śpi i łatwo znajduje sobie pożywkę.

Pamiętacie post o majtkach damskich z przekazem? To było NIC w porównaniu z.

W moim prowincjonalnym miasteczku, w sklepie typu "mydło/powidło wszystko za 4,99" na wystawie wisi takie cudo:




Ja już nawet nie wiem, jak i czy da się w ogóle to skomentować...

wtorek, 27 grudnia 2011

niedziela, 25 grudnia 2011

I po świętach...

... bo nawet się nie zaczęły w sumie.

Tymek ma ospę i to dość podłą, bo pewnie jakoś nałożyła się na nią angina. Cały w czerwonych, do bólu swędzących krostach, cały biały od jakiegoś mazidła zaprawionego mentolem, płaczący, gdy nie pozwalamy mu się drapać.

Gorączkuje co 5-8 godzin. Dziś za dnia 39.1 temperatury. Na rękach mi zasnął w południe. 
W nocy budzi się z płaczem. Nie je prawie nic...
...ech...

Kalina cała i w pełni zdrowa. Kursuje po całym domu za rękę, śmieje się w głos, uczy się naśladować odgłosy  różnych zwierząt...
                             ...ciekawe, kiedy ją dziabnie...

                                                                           ...........ech..........

piątek, 23 grudnia 2011

Będziemy mieli białe święta...

...Synek ma ospę.

Nie pozostaje mi nic innego niż życzyć Wam tego, co życzyłem mojej osobistej klasie o profilu mat-fiz:

Niech Was w nowym roku prowadzi Tales z Miletu
i żeby Was fajerwerki w Sylwestra nie obudziły!

czwartek, 22 grudnia 2011

Ile waży Woody Allen?



Fotka zrobiona w czasie wieczornych zakupów w jednym z wielkich marketów.

Okazuje się, że "Wszystko gra" Woody Allena dostaje się jako gratis do kilograma śledzi!

Reżyser zapewne marzył o takiej dystrybucji swoich filmów...


PS

Jasełka wyszły bardzo dobrze, relacja w następnym wpisie.

środa, 21 grudnia 2011

Jutro premiera!

Jasełka "Bez Kevina nie ma Świąt" wchodzą w ostatni etap przygotowań. Cóż, miło widzieć jak coś z fazy embrionalnej przeistacza się w jako-takie przedstawienie pod okiem kogoś, kto ma zdolności organizacyjne wiewiórki...

...oby tylko nikt nie zachorował, nie wpadł w zaspę (zaczęło u nas prószyć), nikt nie pośliznął się na schodach...

... może będzie ok...

A potem już tylko Święta.

Uffffffff

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Taka nocka, taki poranek

Doczekałem się! W końcu doczekałem się tej wspaniałej chwili!!!


Przez te wszystkie lata, gdy Synek budził nas o 4:30, o 5, 5:30 nad ranem, w końcu przyszła chwila...


Ale po kolei.


Noc w ogóle była przedziwna. Zasypiam około 23. Żona jeszcze sprawdza wypracowania, testy etc (polonistka, ech...). Ze snu wyrywa mnie dźwięk nóżek Synka. Wybiegł ze swojego pokoju, wbiegł do naszej sypialni (pokoje łączą drzwi) i... zaczął łomotać w obudowę telewizora! Łubu-budu!!! Zanim wyskoczyłem z łóżka, on już zmajstrował całkiem niezłą konstrukcję rytmiczną. Przestraszyłem się, że obudzi Córę, ale ta spała wybitnie mocno. 


Odprowadziłem go do łóżka, nakryłem kołdrą. Po chwili zasnął marudząc coś pod nosem... Lunatykował aż miło!


W między czasie dojrzałem światło sączące się z kuchni. Idę. Żona sprawdza pracę. Zegar pokazuje... 


02:30 !!!


- Do łóżka!
- Jak człowiek pokona barierę zmęczenia może wytrzymać całą noc...- broni się Żona.
- Jak człowiek pokona barierę zmęczenia wygląda jak śmierć. Do łóżka!


Ja poszedłem w każdym razie. Żona dołączyła po dłuższej chwili...


Rano budzimy się. 6:30. Pora wstawać, a dzieciaki cisza... 


Tymek śpi??? - nie mogę w to uwierzyć. Śpi? Z własnej nieprzymuszonej woli? 


I wtedy mnie olśniło! Trzeba go powoli budzić do przedszkola. Spokojnie się ubraliśmy z Żoną. Toaleta. 


Idę. Budzę go. 


Niedobry tatuś...





sobota, 17 grudnia 2011

Klub 27 się skończył...


Klub 27 to legenda XX i XXI wieku. Gromadzi on bohaterów rocka, bluesa i R&B, którzy zmarli w wieku 27 lat (i okolicach), niektórzy w niewyjaśnionych okolicznościach. Najczęściej w zenicie swoich możliwości twórczych, osiągnąwszy wcześniej status ikon (pop)kultury. 


Najbardziej rozpoznawalni członkowie: Amy Winehouse (1983 -2011), Jimi Hendrix (1942 – 1970), Jim Morrison (1943 – 1971), Janis Joplin (1943 – 1970), Kurt Cobain (1967 – 1994).
Ojciec-założyciel bluesa Robert Johnson, Brian Jones, współtwórca Rolling Stones.


Jednak istnieje potężniejszy klub, którego członkowie nawet nie wiedzą o tym, że będą mieli w nim swoje miejsce.


To Klub 34. Klub zrzeszający wszystkich, którzy do 34 roku życia nie osiągnęli niczego (szczególnego). Nie wydali przełomowej dla muzyki płyty, nie spłodzili książki, po lekturze której ludzie popełnialiby samobójstwa, nie stali się ikonami mody czy arbitrami elegancji...


Członkostwo w Klubie jest skrajnie bezpieczne. 


Klubowicze nie piją (dużych ilości) alkoholu - muszą na drugi dzień wstawać do pracy lub nazajutrz budzeni są przez małe (własne) dzieci. 


Nie zażywają narkotyków -  w przypadku kawy śmiertelna dawka wynosi 10 gramów, mniej więcej 70 filiżanek,  więc spokojnie...


Nie uprawiają dającej sławę i tłumy fanów sztuki - chyba że wydurniają się na oczach (własnych) dzieci, ewentualnie przebierają się za św. Mikołaja...




Członkostwo w Klubie jest dobrowolne, ale prędzej czy później większość z nas tam trafi.


Ja trafiłem tam dzisiaj.

czwartek, 15 grudnia 2011

Fajne kawałki

Kiepsko miałem w sobotę. Zmęczony, życiem, połową weekendu, pogodą, chorującymi dzieciakami... Za dużo na kręgosłup się wrzuciło i pękło. Wściekłem się na bałagan w "naszym" pokoju, które wyściełały klocki, pluszaki, wycinanki, kredki...

... wściekłem się na odkurzacz, który jeszcze nie zaczął pracować a już mnie drażnił, wściekłem się na czas marnowany na walkę z entropią, bo uznałem, że kolejny raz posprzątam i kolejny raz się wszystko "samo" rozrzuci, zaśmieci, zdezorganizuje.

Ale zacząłem sprzątać, systematycznie, kawałek po kawałku przestrzeni. Zły, ale już było lepiej.

Nagle w łapska moje wpadła płyta. Wyrób "własny", składanka ochrzczona wysublimowanym tytułem "Fajne kawałki." Zgrałem ją około 5 lat temu i ciekawy byłem, co tam mi się onegdaj podobało...

Po dwóch minutach pierwszej piosenki  (jeden z najlepszych coverów świata, Afghan Wigs przerabia, zmienia w ideał tak naprawdę, pewien lekki "czarny" kawałek, "Creep" TLC),
wścieklizna puszczała. Po kolejnych utworach szczęście (!!!) sprzątania osiągnęło tak wysokie pułapy, że zacząłem tańczyć, Śpiewając i udając, że gram na elektrycznej gitarze...

A gdy pojawił się ten utwór



rozkwitłem!

Wniosek z tej historii? Oczywisty, choć nie wiem, czy  w 100% optymistyczny.

Bo co się okazuje?

W momentach największych moich zawieruch wewnętrznych, mogliby się przede mną stawić Marek Aureliusz, Seneka, Jan Kochanowski, Nietzsche, Kołakowski czy zestaw innych mądrych ludzi i nie daliby rady mnie zepchnąć na właściwe tory.

A wystarczy, że włączę sobie kilka mniej lub bardziej oczywistych piosenek i czuję się jak grzesznik po spowiedzi. Lekki i szczęśliwy.

Gotowy do zwarcia z odkurzaczem nawet...

wtorek, 13 grudnia 2011

Słodkie życie pokoju nauczycielskiego

Średnio raz w miesiącu ktoś spośród moich koleżanek/kolegów obchodzi imieniny i przynosi do szkoły jakąś większą bombonierkę, ciasto pięknie pokrojone, ciastka etc. Słodko się przy kawie dzieje w czasie dużej przerwy.

- Uwielbiam babkę - mówi koleżanka - mogłabym ją wciąż jeść.
- A dzisiaj ktoś jeszcze przyniósł ciasto z galaretką...- dodaję.
- Też lubię, bardzo nawet.
- Ja najbardziej makowce... - rozmarzyłem się - ...makowce w święta. Mój brat to tylko sernik, nic więcej... Całą blaszkę potrafi.
- Makowce, serniki. Wszystko...- odpowiada koleżanka.



- A jest coś słodkiego, czego nie lubisz? - pytam, ale nie złośliwie raczej.
- Wiesz, sam cukier nie za bardzo mi smakuje...

I niech Wam się nie wydaje, że moja szanowna koleżanka płaci nadmiarem kilogramów za swoje fanaberie cukiernicze.

Dziewczyna jest szczuplutka, żeby nie powiedzieć "chuda."

niedziela, 11 grudnia 2011

Blob świąteczny


BLOB - klasyczny horror s-f z lat 50. Fabuła: Dwoje nastolatków usiłuje przekonać współmieszkańców typowego amerykańskiego prowincjonalnego miasteczka, że zagraża im galareta przybyła z kosmosu. Dalej historia toczy się typowo dla horrorów, w których głównymi bohaterami są nastolatkowie, mniej lub bardziej głupi przedstawiciele lokalnej społeczności oraz bezkształtne potwory z kosmosu. ( Za Filmweb)

BLOB 2



Piernikowe monstrum z kosmosu przybywa...


...i rośnie.


Atakuje młodzież i starszych.


A oni uciekają, chociaż...


...monstrum jest szybsze.


Na szczęście przybywa ratunek - FOREMKI!!!


I przy ich pomocy (plus wysoka temperatura) monstrum zostaje unicestwione!

sobota, 10 grudnia 2011

Występy na wysokim poziomie


Tym się skończyło sobotnie sprzątanie kurzu z szafek na książki.

Młody piosenkarz wdrapał się na scenę, chwycił mikrofon podłączony do głośnika (skakanka+poducha z kanapy) i zaśpiewał wiązankę przebojów.

czwartek, 8 grudnia 2011

Urywki ostatniości IV

Synek dostał ostatnio w prezencie od dziadka harmonijkę. Prawdziwą, nie żadną zabaweczkę, która rozleci się po tygodniu. Profesjonalny niemal sprzęcik.

No i możecie sobie wyobrazić, jak brzmiał nasz dom przez parę ostatnich dni. Wdech-wydech, a dźwięki takie, jakby karetce pogotowia włączył się autoalarm.

- Moja córka - mówi koleżanka - od jakiegoś czasu non stop gra na flecie. Wszędzie, w każdym pokoju te piski, gwizdy. Mieliśmy etap cymbałek, etap tamburynu, teraz flet. Najlepsze jest, jak jej mówię: "Mamusia chce się położyć, odpocząć sobie." A córka: "Dobrze mamusiu. Ty się połóż, a ja ci pogram, żeby ci się lepiej spało."

- A jak twoje jasełka? - pyta koleżanka po chwili.

- Sypiesz sól na otwartą ranę - mówię - czerwony alarm się włączył. Jak nie zaczniemy próbować natychmiast, to chyba zamiast przedstawienia wyjdę na scenę i będę śpiewał kolędy 45 minut. A tego byście nie chcieli...

- Mam lepszy pomysł. Moja córka pożyczy ci flet...

***

Święta zbliżają się wielkimi krokami, w rodzinie najmądrzejsza decyzja od lat - kupujemy prezenty tylko dzieciakom i tylko w linii mąż-żona. Oszczędzamy... czas i pieniądze. A i pomysły powoli się pokończyły.

***

Jako osoba mająca urodziny na tydzień przed Wigilią, dedykuję sobie następujący obrazek:


wtorek, 6 grudnia 2011

Wiersz na nowy tydzień XIX

Dziś otrzymałem sms - "Czy chcesz dostawać na swój telefon najnowsze newsy? Świat, Europa, Polska. Polityka, gospodarka, sport. Sensacje, ciekawostki, plotki."

Nie chciałem jakoś, by telefon rozładowały mi spływające kaskadami "njusy." Może dziwny jestem, ale odparłem ten wściekły atak reklamowy i skasowałem wiadomość.

A przy okazji przypomniał mi się taki wiersz Antoniego Słonimskiego z roku 1935. Wiersz zaiste proroczy.




DOKUMENT EPOKI


W puszce z ołowiu zostaną konserwy.
Śliska błona filmowa. Dziennik Dziennik Paramountu.
Skok z piętnastego piętra. Nowy tank. Manewry.
Prawdziwy trup Chińczyka z mandżurskiego frontu.


Hopsa. Hockey na lodzie Berlin - Manitoba;
Druciana maska bramkarza base-ballu.
Pogrzeb królowej Pipy i dworska żałoba.
"Romani" - ryczy tłusty facet z Capitolu.


Girlsy z białym niedźwiedziem tańczą na Alasce.
Mister Dupson przeskoczył przez pięć beczek z winem.
Cała rodzina, nawet niania w masce.
Trzyletni chłopczyk - a już z karabinem.


Nowy pancernik wypływa ze skoczni.
Zboże się pali, kawa w morze leci.
W przyszłości, gdy się taki obraz uwidoczni,
Bardzo proszę pamiętać, że jak byłem przeciw.


PS

Ja też przeciw,  jakby co...

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Bez serca, bez ducha...

Nie jest dobrym świat, który rano wita się słowami "ja pierd...." zamiast, jak chciał Norwid, "Bądź pochwalony..."

Witajcie, tu człowiek XXI wieku. Człowiek czuje się źle, a najbardziej, o paradoksie!, boli coś, czego nie ma. Boli pustka, którą czuje.

Nie myślałem, że upodobnię się do tych wszystkich zombie kneblujących pytania o sens istnienia kolejnymi zakupami. Jednak stwierdzam, że (zła wiadomość) próbuję zatkać dziurę budżetową ducha kolejnymi zakupami. Niestety, (dobra wiadomość) nie mam pomysłu, co sobie kupić. Sobie, powtarzam, bo kupowanie innym nie ma takiej "terapeutycznej" wartości. Ech...

Wczoraj wyjazd do Centrum Handlu, gdzie chcieliśmy pociechom buciorki kupić. Synkowi kozaki, Córze paputy do dreptania po chacie. Na widok cen kozaków, w których pochodzi jedną zimę przecież, czułem się jak po ciosie obuchem. 200 za parę?! 300 za parę?!!! Czy jakiś diabeł wymyślił te ceny, by rodziców pognębić, a przyszłych rodziców odstraszyć od rodzicielstwa?!

Między kolejnymi obuwniczymi sklep "ze sprzętem." Kupuję coś - etui na płyty CD. Płyty, które dopiero zapełnię różnym tatałajstwem z dysku D. Zakup malutki (6,99 PLN), więc dla pustki kłamiącej zębiskami to zaledwie przystawka.

popołudnie - do mojego miasteczka przybywa św. Mikołaj. Dwa dni Synek słuchał, jak to będzie fajnie, gdy na rynku pojawi się Mikołaj, rozda prezenty i dzieci będą szczęśliwe. Taaa... Ale to jest Polska, więc zapomnijmy, żeby było normalnie.

O 16 całość miała się zacząć. Zaczęło się po normalnie -stojąc na scenie przed ratuszem burmistrz i dyrekcja ośrodka kultury odpalili  choinkę z milionem światełek. Ale potem na wjazd Mikołaja przyszło nam czekać około godziny, bo miejscowe Stowarzyszenie Wolontariuszy chciało akurat wszem i wobec wręczyć nagrody swoim najbardziej zasłużonym członkom.

A więc musieliśmy czekać, aż wymienią wyróżnionych i laureatów w każdej kategorii wiekowej, aż wszyscy wszystkim po kolei pogratulują (cisną mi się dosadniejsze określenia), a dzieciaki przed sceną, drepczące z niecierpliwości marzły w porywach zimnego wiatru.

Trwało to, trwało i gdyby nie moja Żona, pewnie krzyknąłby ktoś (ja) z tłumu rodziców:

"Dawać Mikołaja! Dzieciom jest zimno!"

W końcu Mikołaj się zjawił, wyrwał z tłumu kilka dzieciaków i na scenie przepytał na okoliczność bycia grzecznym w roku 2011. Tymek tymczasem uronił jedną cichą łezkę, bo był już zmęczony, zmarznięty i raczej przestraszony niż oczarowany Świętym...



Taka niedziela...

sobota, 3 grudnia 2011

Majty z przekazem


Obawiam się, że ten szlachetny przekaz będzie miał jednak ograniczone pole rażenia, jeżeli właścicielka bielizny nie będzie eksponować tyłka wszem i wobec...

piątek, 2 grudnia 2011

Wycieraczki i moralność

Dane mi było w zeszły czwartek pojechać do kina wraz z paroma klasami na film, o którym NIC nie wiedziałem, a gdy zacząłem się nieco orientować, by przygotować sobie grunt pod odbiór, okazało się, że temat może mnie kompletnie nie interesować.

Historia sporu wynalazcy z pewnym koncernem samochodowym.

Jednak po wyjściu z kina wszyscy nauczyciele-opiekunowie klas zebrali się w kole i zaczęli o filmie dyskutować.

Podchodzi do mnie pani dyrektor i pyta:

- A pan co by zrobił na miejscu głównego bohatera?
- Nie wiem - odpowiedziałem po pewnej chwili przeznaczonej na symulowanie myślenia. Do teraz myślę o pewnym dylemacie, który stał się przyczyną dramatu AUTENTYCZNEGO bohatera. Zero fikcji. Tak było.

***


Robert Kearns wygrał jedną z najbardziej znanych spraw o naruszenie patentu z Ford Motor Company. Po wynalezieniu i opatentowaniu systemu czasowych wycieraczek przedniej szyby, który był przydatny w lekkim deszczu lub mgle, postanowił zainteresować swoją technologią trzy wielkie koncerny motoryzacyjne. Wszyscy odrzucili jego propozycję, jednak już na początku 1969, koncerny produkowały samochody z mechanizmem czasowych wycieraczek.
W 1978 pozwał Ford Motor Company oraz następnie w 1982 Chryslera o naruszenie patentów.

Prawnym argumentem przemysłu samochodowego było twierdzenie, że wynalazek powinien wnosić pewne standardy oryginalności i nowości. Ford zakładał, że patent Kearnsa jest nieważny, ponieważ jego wynalazek nie składa się z żadnych nowych komponentów. Dr Kearns w odpowiedzi zaznaczył, że jego wynalazek jest jak powieść, która składa się z kombinacji istniejących już słów.

Ford przegrał, chociaż sąd utrzymywał, że nie naruszył patentów samowolnie (znaczy to, że szkody poniesione z tytułu naruszenia patentu nie mogły zostać zrekompensowane). Ford wypłacił 10,1 miliona odszkodowania dla Kearnsa z porozumieniem o niewnoszeniu dalszych roszczeń.

W sprawie przeciwko Chrysler Corporation również wygrał Kearns. W 1992 Chrysler zapłacił mu 18,7 miliona dolarów odszkodowania. Chrysler odwołał się od decyzji sądu, lecz ostatecznie sprawa stanęła w miejscu. W 1995 roku po uregulowaniu prawnych opłat w wysokości 10 milionów dolarów, Kearns otrzymał w przybliżeniu 30 milionów dolarów odszkodowania od Chrysler Corporation, w związku z naruszeniem patentów.

Tyle Wikipedia. 

Pytanie - czy dało się z tej suchej relacji o batalii sądowej trwającej lata stworzyć coś więcej? Dało się!

Bazując na filmie (film oparty na faktach): 

Kearns jest ojcem 6 (!) dzieci. Mając zapewnianie Forda, że koncern zainteresuje się jego wynalazkiem, bierze kredyt i wynajmuje halę montażową, by samemu zając się instalacją nowatorskich wycieraczek. W chwili, gdy Ford, mówiąc kolokwialnie, zrobił go w jajo, Kearns wchodzi na wojenną ścieżkę i nie schodzi z niej przez 12 (!) lat.

W międzyczasie jego żona opuszcza go i zabiera ze sobą dzieci, wcześniej Kearns przezywa załamanie nerwowe i ląduje na leczeniu w klinice psychiatrycznej. Traci pracę (był wykładowcą), ląduje na zasiłku, pomieszkuje w podłych mieszkaniach podłych dzielnic.

Nikt w niego nie wierzy, adwokaci boją się atakować Forda. Sam jak palec odrzuca oferty ugody (w tym tysiące dolarów) składane przez Forda, bo koncern nie chce przyznać, że  patent został UKRADZIONY.

W końcu dochodzi do rozprawy i...Kearns wygrywa. To czytaliśmy wyżej. Ale żona rozwodzi się z nim. Kontakt z dziećmi czeka poważna rehabilitacja.

Bajka nie kończy się więc całkowitym happy endem

***
Zwykliśmy uważać, że Rodzina jest wartością nadrzędną. Wszystko dla niej i w jej imieniu. Przykład Kearnsa poważnie nadkruszył mi ten aksjomat. A może są ważniejsze idee niż Rodzina?

Może Sprawiedliwość, Prawo, Prawda, Honor, Uczciwość, o które przecież walczył wynalazca nie tylko w swoim imieniu, są na tyle wielkim ideami, by pomyśleć o Rodzinie jako o czymś, co należy jednak poświęcić?

Kurcze, nie wiem, jak ja bym się zachował...

... i dlatego nie mogłem wprost odpowiedzieć mojej pani dyrektor.

środa, 30 listopada 2011

Tata mówi

Wróciłem do domu. W głowie kłębiło mi się od myśli, całkiem niestety bezużytecznych, i
po raz pierwszy nie znajdowałem najmniejszej przyjemności w zastanawianiu się nad sobą.
Popadłem w stan głębokiej depresji, takiej, która ogarniała mnie również później w życiu, kiedy ktoś inny dokonywał więcej niż ja.


To nowe uczucie wydało mi się jednak bardzo ciekawe i uznałem, że mimo wszystko jest
ono chyba związane z moimi uzdolnieniami. Zauważyłem, na przykład, że gdy owładnie mną dostatecznie czarna melancholia, gdy wzdycham i gapię się na morze, robi mi się niemal przyjemnie. Bo jestem wtedy taki s t r a s z n i e godny pożałowania! To naprawdę fascynujące przeżycie.


Choć stan ten wciąż trwał, zacząłem, mimo pewnego roztargnienia, wprowadzać drobne
zmiany w sterówce, posługując się narzędziami Fredriksona i kawałkami desek wyrzuconych na brzeg.


Uznałem bowiem, że dom jest za niski. I tak powoli mijał ten smutny tydzień, bardzo ważny dla mojego rozwoju. Wbijałem gwoździe - i rozmyślałem. Piłowałem drzewo - i rozmyślałem.



Tove Jansson "Pamiętniki Taty Muminka."


.

PS

Dziękuję za poprzednie komentarze. Muszę trzymać fason, jak napisał mi bliski znajomy...

piątek, 25 listopada 2011

Polowanie z nagonką

Przykłady z życia wzięte lub z okolicy:

- nauczycielka zadaje pracę domową. Dość wymagającą, bo polega na tym, by pojedynek Hektora z Achillesem opisany przez Homera "przetłumaczyć" na język radiowych sprawozdawców sportowych. Dużo roboty, praca w grupach.

Po przesłuchaniu kilku "audycji" nauczycielce coś przestało się zgadzać. Wpuściła w wyszukiwarkę jedną dość charakterystyczną frazę i... okazało się, że jest w kilku miejscach zapisana i gotowa do użytku wyżej wymieniona praca.

Po co się męczyć?


Nauczyciel zostaje wyprowadzony z równowagi przez klasę. Rzuca wymyślony w ciągu 30 sekund temat wypracowania. "Macie oddać w ciągu weekendu. Mailowo!"

Prace spływają. Nauczyciel czyta kolejne, w sumie raczej dają radę. Nagle w jednej coś dziwacznie zaczyna się dziać. Jeden z wyrazów jest podkreślony. Nauczyciel najeżdża myszką i ... pojawia się hiperłącze!

Odsyłające do strony z treścią pracy.

***

Praca polonisty.

PS

Weekend z wielką dramaturgią. Jestem w tym roku odpowiedzialny za jasełka szkolne i tworzę AUTORSKIE dzieło pod wstrząsającym tytułem "Bez Kevina nie ma świąt!"

czwartek, 24 listopada 2011

Jestem sobie przedszkolaczek...

Zawiesiłem relacje o Synku Tymku. Wrzesień był koszmarny - nerwy, wycie, budzenie się w nocy... Mieliśmy wizję, że go zabieramy z przedszkola i męczymy się z nim w domu, próbując zorganizować mu czas.

Na szczęście sytuacja się normuje - jasne, obiadów nie je z dziećmi. Zawsze mówi, że bardzo się spieszy i nie ma czasu zjeść. Potem wraca do domu głodny sakramencko i też są problemy z jedzeniem. Klasyczny niejadek.

Rzadko dowiadujemy się czegokolwiek bezpośrednio od niego. Zmyśla lub milczy jak złapany partyzant. Na pytanie, czy spał w przedszkolu (ważna kwestia), odpowiada zawsze: "Spałem, ale z otwartymi oczami" - i weź tu z takim gadaj...

Taka scenka ostatnio:

młody się ma ubrać, ale coś go podkusiło i zaczął biegać po domu na golasa. Wołamy do niego:

- Tymek!Wracaj!

Przychodzi.

- W przedszkolu też tak gołe dzieci chodzą? - pytamy z wyrzutem.
- Tak
- A pani wasza co na to mówi?
- Nic. Też jest goła.

środa, 23 listopada 2011

Już taki jestem...

Siedzę dziś na próbnej maturze z matematyki. Uczniowie ostro skrobią w arkuszach. W końcu spływają pierwsze skończone prace.

Nawet nie zaglądam - wiem, że nic bym z tego nie zrozumiał.

Dzwonek. Koniec próby. Oddają ostatnie osoby. Jedna z dziewcząt (wyjątkowo sympatyczna otwarta osoba) pyta:

- Zaglądał pan do tych zadań?
- A po co? I tak nic bym z tego nie pojął.
- Nic? Nawet zadań zamkniętych?
- Nic.
- Nawet najprostszej delty by pan nie obliczył???
- Nawet nie wiem, co to jest delta...

Dziewczyna zamyśliła się i w końcu mówi:

- No to z matematyki jest pan naprawdę... ofensywny.



Cokolwiek to znaczy, pewnie taki właśnie jestem z matmy...

poniedziałek, 21 listopada 2011

Pod górkę do szkoły...

Zanim poznałem moją Żonę i zanim wtajemniczyliśmy siebie wzajemnie w opowieści o dzieciństwie, traktowałem moją szkołę podstawową w rodzinnym mieście jako typową placówkę oświatową, która w latach 80 zasypała mnie gradem wiedzy i umiejętności.

Gdy skończyłem Żonie opowiadać o moim pierwszym etapie edukacyjnym wyglądała tak, jakby patrzyła na dziecko wojny, syna pułku... W tym wzroku było przerażenie przemieszane z niedowierzaniem...

- Taką miałeś podstawówkę?!
- Ty miałaś inną?

A więc jaką miałem podstawówkę?



Muzyki uczył gość o pseudonimie Puzon. Facet miał dwa metry wzrostu, łapy jak bochny chleba, paluchy jak parówki, grał na 6 instrumentach w wirtuozerski sposób. I jeszcze jedno - trafił do mojej szkoły za karę, bo w poprzedniej wyrzucił przez okno ucznia... razem z krzesłem.

Geografii uczył oddany temu przedmiotowi niewysoki facet o bardzo wybuchowym temperamencie. Uwielbialiśmy go! Zwłaszcza jak brał skamieliny i tłukł nimi po głowach rozgadanych kolegów.

Rosyjskiego kobieta, która za najdrobniejsze przewinienia uruchamiała "Akcję Radar" - wykręcała uczniowi ucho o 360 stopni.

Wuefistę pamiętam z nieśmiertelnego hasła: "Mata piłkę i grajta!"

Mój polonista był koneserem piwa. Często wysyłał chłopaków z ósmej klasy po piwo do sklepu (nikt nie zwracał uwagi, że młodziaki kupują alkohol). W czerwcu, gdy upał zdarzał się niemiłosierny, piece kaflowe służące do ogrzewania budynku zimą, służyły mojemu nauczycielowi do chłodzenia browarów.

Facet się stoczył dokumentnie. Raz późną jesienią polski mieliśmy pierwszy. Nikt nie przychodzi nas wpuścić do klasy. Nagle wpada notorycznie spóźniający się kolega i krzyczy: "Chłopaki! Facet leży w parku! Nie może wspiąć się pod górkę! Tak się nawalił!" Pobiegliśmy. Widok upapranego błotem, turlającego się w dół zbocza polonisty nie był szczególnie miły...

Całym cyrkiem rządził dyrektor. Malarz-amator, swoje prace wieszał w gabinecie i sekretariacie. Facet był potężnie umocowany w aparacie komunistycznym miasta. Był nie-do-ruszenia! Mógł sobie pozwalać na takie akcje:

Zebranie dyrektorów z całego miasta. Nudna nasiadówa. Kolejna godzina pęka. W końcu "mój" dyrektor wstaje i mówi: "Wy tutaj gadu-gadu, a na tej sali tylko ja posuwam swoją sekretarkę!" i wyszedł. AUTENTYK potwierdzony przez wiarygodnego znajomego ojca mojego kumpla.

Gdy ktoś na jego lekcjach przeszkadzał, brał delikwenta do swojego biurka. Kazał mu się oprzeć o nie i kartkować "zachodnie" (lata 80, przypominam) pismo dla panów. Gdy uczeń natrafiał na strony z gołymi babami... otrzymywał potężne uderzenie w tyłek olbrzymią drewnianą linijką.

Taką miałem szkołę.

A dziś mi uczniowie narzekają, że mają ciężko i pod górkę...

Co rano spójrz na to...

sobota, 19 listopada 2011

Kalendarz no-name

Moleskine - jak podkreślają znawcy tematu - kultowy kalendarz, notatnik, agenda, zeszyt, który w niezmienionej formie istnieje od dziesięcioleci, a zachwycali się nim i używali Picasso, van Gogh czy Hemingway.

Obiekt pożądania. Szpan. Odpowiednia cena - 50 złotych, 70 złociszy, 100 PLN. W zależności od objętości, przeznaczenia, ilości dodanych bajerów.


Poczułem zew - muszę mieć! bo przysłano mi kupon rabatowy z zaprzyjaźnionej księgarni - 10% mniej wydam na dowolny dostępny model.

Pojechałem, zobaczyłem i... rozczarowałem się. 

Ceny nawet z rabatem obezwładniające, wnętrza ubogie, bajerów (zakładek, naklejek, zaznaczników) niezbyt wiele. Po prostu trzeba było zapłacić na nazwę firmy. Nic więcej.

Pomyślałem w przypływie geniuszu, że sam zrobię sobie podobny. Taki kalendarz no-name. 

Kupiłem zeszyt (firma Herlitz, porządny i tani), kawał gumki czarnej, dwie wstążki i ... wystrugałem coś takiego


Wydrukowałem na papierze samoprzylepnym to


Porozmieszczałem na kolejnych kartkach



i gotowe.

Ponoć oryginalne Moleskine'y mają papier "bezkwasowy."

Cóż, swojego kalendarza jeszcze nie lizałem, ale jak mnie najdzie, to wrażenia smakowe postaram się opisać.


PS

Naklejka na okładce to dzieło artystycznej grupy TWOŻYWO.

środa, 16 listopada 2011

Moje dzieci Cię zapamiętają...

A) Od stycznia rośnie podatek VAT na ubranka i buciki dla dzieci.

B) Rząd planuje zabrać ulgę prorodzinną (około 1000 złotych na jedno dziecko) w przypadku, gdy rodzice mają "tylko" jedno lub dwoje dzieci.

C) Pan premier chce zostać zapamiętany, jako fajny facet...


D) Moje dzieci Cię, k..., dobrze zapamiętają...

niedziela, 13 listopada 2011

Życie jako muzyka minimalistyczna

Oj, ale Wam dziś zadam pracę domową - przesłuchanie fragmentu utworu Steve'a Reicha "Eight lines."

Steve Reich



to chyba najwybitniejszy kompozytor nurtu tzw. muzyki minimalistycznej. Definicja:

W swym ideowym założeniu minimalizm odrzuca intelektualnie skomplikowaną i, dla przeciętnego odbiorcy, nieprzejrzystą muzykę współczesną. Tworzą nową estetykę opartą na innych założeniach. Podstawą minimalizmu jest opieranie się na prostocie materiału melodycznego i przejrzystości harmonii oraz redukcji materiału muzycznego, istotne także jest eksponowanie struktur rytmicznych. Choć uważa się, iż nadrzędną cechą minimalizmu jest powtarzalność, w istocie termin ten należy bardziej odnosić do pojęć estetycznych niż warsztatowych. Minimalizm często czerpie z muzyki kultur pozaeuropejskich, głównie azjatyckich i afrykańskich, które w swych pierwotnych cechach są zasadniczo minimalistyczne.




Brzmi nieźle, co? Mnie bardziej od teorii urzekła krótka recenzja potężnego boxu - zestawu 10 płyt zbierającego utwory kompozytora z lat 1965-1995. Autor recenzji pisze tak: "Po przesłuchaniu kilku pierwszych płyt miałem ochotę położyć się i walić głową w podłogę. Po kilku następnych powoli zaczynałem rozumieć strukturę Trójcy Świętej i resztę rzeczy nie-do-zrozumienia."

To muzyka budząca skrajne emocje - mnie uspokaja. Na przykład dziś bawiąc się z Córą, przesłuchałem kilka ładnych kilkunastominutowych kompozycji Reicha i Philipa Glassa. Kalina z namaszczeniem oglądała książeczki o Panu Kłapie, krokodylu, a ja lewitowałem tuż ponad powierzchnią dywanu. Absolutna hipnoza.

Wchodzi Żona:

- Czego wy tu słuchacie? Czy ja dobrze słyszę? To Reich?!
- Tak. Bardzo nas uspokaja.
- To dziwne, bo ja mam akurat ochotę powystrzelać wszystkich dookoła, gdy tego słucham...

Płyta została wyłączona. Cóż...

...mnie potem naszła genialna myśl, której rozwinąć jeszcze nie umiem. Życie to taki kawałek solidnego minimalizmu - poszczególne czynności kroczą z nami od początku do końca, w między czasie doszlusowują kolejne, rozrastają się, rozgałęziają, nabierają rytmu, z jakim nauczyliśmy się iść. Nie ma niczego, czego byśmy nie włączyli w ten przeklinany przez niektórych kierat. A własnie ta powtarzalność, przynajmniej mnie, uspokaja...

... toteż nie lubię niezapowiedzianych gości, świąt dezorganizujących rytmikę tygodnia, niespodzianek...

 ...tym pierwszym zaserwować mogę zawsze jeden z bardziej wymagających utworów Reicha, Piano phaze, 
nie-sa-mo-wi-cie grany na żywo - jeden muzyk na dwóch fortepianach.

Świąt i niespodzianek już raczej muzyką nie wyegzorcyzmuję.

Wiersz na nowy tydzień XVIII

Wiersz niedzielny.

Dedykuję go wszystkim moim czytelnikom - wierzący, niewierzącym, wątpiącym, praktykującym, agnostykom i ateistom...

Jeden z najładniejszych wierszy o Bogu. Autor poza tym tekstem nie zaistniał, chyba, poetycko nigdzie indziej. A jeżeli nawet to wątpię, by stworzył coś lepszego...




Krzysztof Żywczak

6:30

Przyszedł do mnie Bóg i spytał
o godzinę Jak to - mówię Ty przecież
i bez zegarka wiesz która jest
godzina Ale chcę to usłyszeć od 
ciebie - powiedział Chce wiedzieć
czy go okłamię - kombinuję i mówię - 
Jest ta którą wyznaczyłeś czyli ta
która miała być ta która jest i ta
której za chwilę nie będzie 
Czemu po prostu nie spojrzysz na zegarek - 
spytał Bąknąłem coś pod nosem
Chciałbyś żebym cię wysłuchiwał
a nie chcesz mi nawet 
powiedzieć która jest godzina - 
mówił dalej A po co Ci ta godzina - 
pomyślałem - przecież i tak nigdzie
się nie spieszysz i tak nie spóźnisz się
na żaden pociąg - tak pomyślałem
Ja się nie spóźnię, ale ty możesz - 
powiedział i zniknął Kiedy obudziłem 
się rano za oknem świeciło słońce
W drodze skądś dokądś przechodząc 
obok kościoła  zatrzymałem się spojrzałem 
na zegarek i krzyknąłem przez płot
w stronę zamkniętych drzwi Jest
wpół do siódmej Wpół do siódmej 

czwartek, 10 listopada 2011

Pozdrowienia z Wielkopolski

Nie czuje się jakoś specjalnie mieszkańcem tej krainy geograficznej. Wielkopolska jakoś nie pasuje do mojej zbudowanej na granicy zaborów (Kalisz to jeszcze zabór rosyjski) mentalności - za dużo we mnie rozgardiaszu, szamotaniny, tendencji do rozprężania sił wewnętrznych...

Ojciec to Wielkopolanin (wyrodny, ale jednak), natomiast mama to już Kurpiowszczyzna. Jestem więc w połowie Kurpiem. Nie wiem, cóż to może znaczyć, ale z pewnością brakuje mi typowo wielkopolskiej solidności, tego "porządek musi być!", tego gestu, by pozamiatać w sobotę chodnik przed chatą i z rękami w kieszeniach podziwiać swoje dzieło.

Jestem raczej zarośniętym ogrodem niż zadbaną działką.

Jednak podziwiam miejsce, w którym dane mi żyć, za dwie wartości - wygrane Powstanie (które jakoś nie zyskało ogólnonarodowego nimbu) oraz rogale świetomarcińskie, które wypieka się tu na potęgę w okolicach 11 listopada.

Tak więc pozdrawiam Was serdecznie z serca Wielkopolski i, chociaż wirtualnie, zapraszam na skromny poczęstunek.

wtorek, 8 listopada 2011

Wyznanie gorszyciela

Rozmawiamy z Żoną o książkach:

- Już prawie 2/3 tej nowej książki przeczytałem (Jennifer Egan "Zanim dopadnie nas czas", wkleję recenzję).
- 2/3? - dziwi się Żona - ja cię nie widziałam, żebyś czytał.
- Bo ja, kochanie, czytam w autobusie. Pół godziny w drodze do pracy, pół godziny w drodze do domu...
- To się w sumie zgadza... - potwierdza małżonka - w sumie jak się czyta jakieś 50 stron na godzinę...
- Mi to idzie trochę wolniej - przyznaję - bo jak trafiam na scenę erotyczną, to czytam ją kilka razy.

niedziela, 6 listopada 2011

Moje wstydy

Nie chcę zaczynać nowego łańcuszka, ale tak mnie naszło ostatnio we Wszystkich Świętych.

Znów telewizja nam zaserwowała ekranizację "Znachora", a ja znów nie mogłem oderwać się od tej rzewnej  historyjki. No po prostu nie mogłem...

...a więc to wstyd nr 1. Uwielbiam "Znachora" i już!



Wstyd nr 2 to fakt, że byłem w liceum Przewodniczącym Frakcji Młodych Ruchu Odbudowy Polski. Frakcja młodych miała 3 (trzech!) członków. Zastępcę też miałem i Skarbnika.

Wstyd nr 3 - w czasach wcale nie tak dawnych kupiłem sobie grę. Jakąś strzelankę z elementami horroru. Coś wolno chodziło mi na moim komputerze. Wstawiam więc temat na jakieś forum i pytam się, o co może chodzić. "Masz pewnie za słabą kartę graficzną", odpowiedzi się posypały. A ja na to:

"A skąd można ściągnąć lepszą?"



***

Ktoś chętny do podobnej spowiedzi?

piątek, 4 listopada 2011

"Sens"?

Trafiło się, że wpadł mi w ręce miesięcznik psychologiczny "Sens."

Brzmi ładnie tytuł, chociaż wyobrażam sobie taką sytuację w kiosku:

- Dzień dobry. Jest "Sens"?
- Nie ma "Sensu."

Oprócz standardowych psychologicznych artykułów na poziomie, który jestem w stanie pojąć, nie studiowawszy Freuda, Junga czy Adlera, na końcu pisma znajduję prawdziwą perłę, skarb.

Kilka stron ogłoszeń o rożnej maści kursach i szkoleniach psychologicznych.

Mówię Wam, nie wiem, jak mogłem przeżyć ponad 30 lat nie trafiając na podobne wysoce rozwijające umysł i świadomość zajęcia.

Kilka próbek, mój miks, żebyście wiedzieli, co straciliście (no chyba że ktoś już brał w czymś podobnym udział):

I

Indywidualny kurs tantry dla par. Na zajęciach jesteście tylko Wy i para trenerów.

II

Trening uważności - rozwija sieć neuronową ciała. W programie m.in. skanowanie całego ciała.

III

Podróż w głąb własnej mądrości, by zdobyć pracę marzeń.

IV

Mistrzostwo siebie. Moc bycia obecnym. W programie chodzenie po ogniu.

V

(HIT!)

Intensywny kurs szamanizmu hawajskiego HO'OPONOPONO. Nauczyciel ma błogosławieństwo innych szamanów, tytuł "Pierwszy na drodze" i imię GRZMOT. Minimum teorii, maksimum transformujących doświadczeń.



VI

Wakacje z jogą hormonalną i tańcem Bollywood. Odmładza i leczy. Uwalnia wewnętrzne piękno.

VII

Empatyczna komunikacja z poziomu serca. Weekend z empatią.

VIII

Ośmiotygodniowy (!!!) trening współczucia wobec samego siebie.

IX

Warsztaty wizażu, kolorystyki i stylizacji. Dwa dni poświęcone kobiecości, w czasie których dowiesz się, jaką porą roku jesteś (!).

X

Plener fotograficzny SLOW MOTION.

PS

Zapisy oryginalne.

Ktoś chętny?

niedziela, 30 października 2011

Wszystko minie... - post na poły dewocyjny

Najpierw jeden z moich ulubionych katolickich myślicieli, chociaż słowa te mógłby wypowiedzieć każdy mądry człowiek:


Jakim sposobem można uspokoić wzburzony umysł?

- W takiej sytuacji można czasem z pożytkiem zaproponować następujące pytanie, jako sposób uspokojenia umysłu skupionego na jakiejś sprawie, nieustannie roztrząsającego i zagniewanego pewnym wydarzeniem: „co będziesz myślał o tym wszystkim powiedzmy za rok?”. To nader oczywiste, że sprawy, które teraz tak gwałtownie nas zaprzątają, w przyszłości nie będą nas ani trochę absorbować, rzeczy, w których teraz tak bardzo pokładamy nadzieję, lub budzą nasze obawy, w przyszłości będą znaczyć nie wiele więcej niż te, które dzieją się na drugim końcu świata. 






Tak zatem będzie ze wszystkimi ludzkimi nadziejami, obawami, przyjemnościami, zamierzeniami, bólami, zawiściami, rozczarowaniami, sukcesami, gdy nadejdzie dzień ostatni. Będą pozbawione życia, niczym zwiędłe kwiaty na bankiecie budzące tylko nasze politowanie. Lub gdybyśmy leżeli na łożu śmierci, co by nam pomogło bycie bogatym, wielkim, szczęściarzem, człowiekiem obsypanym godnościami, wpływowym? Wtedy wszystkie te rzeczy będą marnością. 


Autorem tych słów jest bł. John Henry Newman. Anglikanin, potem wzorowy katolik, z czasem kardynał.


Teraz ja, chociaż wątpię, bym zrobił podobną do Johna Henry'ego karierę:


sprzątając ostatnio wiecznie lęgnący się w naszych pokojach bałagan, trafiłem na zeszyt. Zapomniany kompletnie, bo na widok jego ślicznej okładki (kamienista plaża w dużym zbliżeniu, same kamloty w sumie) z miejsca szybciej zabiło mi serce. 


Piękny zeszyt, myślę, ciekawe, czy pusty...


Otwieram, a tam... zgroza! 


Zeszyt, jaki przeznaczyłem na wypełnienie absurdalnej wizji dyrekcji szkoły, w której kiedyś pracowałem. Każdy wychowawca miał zapisywać w zeszycie WSZYSTKO o swoich uczniach. nagany, pochwały, frekwencja...


A więc przy niemal wszystkich chłopakach miałem zanotowane: "Doprowadził do odpalenia petardy w świetlicy", bo nikt się nie chciał przyznać indywidualnie, więc odpowiedzialność zbiorowa zatryumfowała. 


Pojawiały się w uwagach: "Wychodzi na papierosa", "Notorycznie ignoruje nauczycieli", "Wulgarnym słownictwem posługuje się na lekcji i na przerwie."


Nie miałem uwag wielce malowniczych. Na praktykach w podstawówce byłem świadkiem takiej sceny - uczeń Paweł Wilk nosi ze sobą scyzoryk i bawi się nim na lekcji. Nauczyciel widzi i wpisuje taki komentarz do dzienniczka: "Wilk rznie ławkę."


W tym temacie brakowało mi wyobraźni... A może moim uczniom?


W "kamienistym" zeszycie musiałem zapisywać też kontakty z rodzicami (ok, norma), ale musiałem też zmuszać rodziców, by pisali samodzielnie...protokoły z wywiadówek! Serio! Musiałem wybrać jakiegoś nieszczęśnika, który miał punkt po punkcie przepisać to, co mu wcześniej podetknąłem pod nos. 


Na Jowisza! Ależ się wtedy wkurzałem na te wszystkie księżycowe idee, na te "udogodnienia", które uczą jedynie tego, w jaki sposób je omijać.


Dziś inaczej już na to patrzę - Ach mój miły Augustynie./Wszystko minie, minie, minie... podśpiewuję sobie za świniopasem z baśni Andersena.


Wszystko minie i to mnie pociesza. 


Wszystko minie, ale pozostaje pytanie, czy przyjdzie coś lepszego?


A jeśli nie przyjdzie, to wiecie, gdzie szukać pocieszenia...

Na powrotnej fali...

Czytałem gdzieś słowa poety Hugo Williamsa, świetnego angielskiego autora, który wyznał, że nigdy nie robi planów na przyszłość. Inaczej niż większość ludzi, żyje w swojej przeszłości.

Ostatnio mam podobnie.

Czy zechcą mi Państwo towarzyszyć w podróży do mojego dzieciństwa?




Piosnka i obrazek są niemal kopią tego, co przeżyłem/prześniłem w latach 80, najgłębsze wspomnienia tam się tlą...

czwartek, 27 października 2011

No-name

No-name – produkt anonimowy, pozbawiony logo producenta i cech charakterystycznych dla innych firmowych produktów tego rodzaju.

Mam pióro marki no-name właśnie. I to tym piórze właśnie będzie ten post.

Pióro dostałem przypadkowo. Jeden mój uczeń wziął udział w konkursie recytatorskim. Byłem jego opiekunem, choć prawdę mówiąc chłopak wszystko sam opanował – znalazł repertuar, znalazł interpretację głosową, pomysł, by błysnąć przed publicznością.

Udało się zdobyć drugie lub trzecie miejsce, nie pamiętam. Chłopak zgarnął dyplom i jakiś zestaw książek, ja dyplom „za przygotowanie” (sic!) i zestaw pióro+długopis.

Całość przeleżała na dnie biurka jakieś dwa lata. Patrzyłem na tę zdobycz czując pewien dyskomfort. Nie należało mi się, taka prawda. W końcu jednak otworzyłem pakunek, zważyłem pióro w ręku i… ładnie leżało. Ładnie.

Kupiłem zbiorniczek z czarnym atramentem, zassałem (piórem, nie buzią) i postawiłem pierwsze litery. Pióro ślizgało się po kartce, kreśliło cieniutkie jak włos niemowlęcia kreski. Zakochałem się.



Pióro noszę w kółko, chociaż od czasu do czasu zasycha. Podejrzanie szybko. Psuje się? W końcu to żadna „firmówka”, anonimowy produkt, może chiński, może marsjański. Nie wiem.

Nawet w sieci szukałem producenta pióra. Miałem skromne dane – nazwę, której się uczepiłem. Ale na stronie zakładu artykułów papierniczych, która mi się wyświetliła, nie znalazłem NIC oprócz długopisów i markerów.

Żadnej szansy, by znaleźć duplikat, a kupiłbym chyba 10 sztuk takich, by być ubezpieczonym na resztę życia.

Nic. Po prostu no-name.

Gdy raz posiałem pióro w szkole (oj, płakałem), Żona kupiła mi Parkera. Niewypał. Parker był za lekki i stawiał grube atramentowe kulfony. Parkera używam tylko po to, by coś nabazgrolić na uczniowskich pracach.

No-name ma szlachetniejsze zadania – pisze prozę, poezję, dzienniki, notatki o książkach…

W dobie komputerów, laptopów, netbooków, mimo entuzjazmu, z jakim powitałem czytniki książek etc. , nie potrafię pisać nie piórem. Pokancerowanym, z poobijaną skuwką, z matową już stalówką.

Anonim. 

Pewnie w jakimś magazynie leżą całe kartony takich piór, ktoś się o nie potyka, przeklina, a ja matkuję mojemu pióru jak rodzic, który tyle lat czekał na upragnione dziecko i teraz nie chce za nic na świecie zostawić je same…




poniedziałek, 24 października 2011

Wiersz na nowy tydzień XVII

Wczoraj znalazłem przypadkowo książczynę, o której istnieniu zapomniałem. Nazywa się "Zeppelin", jest antologią młodej poezji, wydano ją w roku 1996, kosztowała mnie 5 złotych. Na okładce skrzętnie odnotowano również cenę sprzed dewaluacji - 50.000 złotych.

Kiedyś, nudząc się śmiertelnie (pierwszy rok studiów na polonistyce), przeczytałem wszystkie zamieszczone w antologii wiersze i oceniłem je w szkolnej skali od 1 do 6.

Szóstki dostały te teksty, które mnie wzruszyły lub rozbawiły.

To pierwszy z nich. Autorem jest Piotr Jasek. Nie mam pojęcia, co się z nim potem stało. Może to i lepiej, bo wątpię  by napisał coś lepszego niż to:

***
wiersz dla mojej ukochanej
która teraz
chyba sama
siedzi w domu
mam nadzieję

sobota, 22 października 2011

"Wiedziałem..."

Dziwne rzeczy dzieją się z uczniami na moich lekcjach. Zawsze, gdy wybieram kogoś do odpowiedzi lub przeczytania pracy z lekcji, delikwent mówi:

"Wiedziałem/wiedziałam."

ZAWSZE.

Nawet gdybym miał okrutnego zeza, patrzył na Kowalskiego, a wyrwał do pytania Nowakównę, i tak ta druga powiedziałby "Wiedziałem/wiedziałam." 

Nawet gdy korzystam z malowniczych systemów pytania i wypada na kogoś, kto ma numer w dzienniku zbieżny jakoś z datą, kalendarzem Azteków lub rokiem księżycowym -  usłyszę zawsze to samo.

W tym roku wyciągam telefon, odpalam stoper i ktoś z klasy mówi STOP. Ostatnia cyfra to oczywiście jakiś szczęściarz, który "wiedział..."

(W tym przypadku istnieje nikła szansa, że nikt nie trafi przed moje obliczę - gdy w stoperze pojawią  się na końcu dwa zera.)



Mnie z okazji Dnia Nauczyciela osobista klasa sprezentowała coś takiego



kostkę trzydziestościenną!

W tym przypadku nie ma możliwości, że wyturlam na biurku dwa zera...

czwartek, 20 października 2011

Wiersz na nowy tydzień XVI

Wiele wierszy mnie potargało. Zazwyczaj były to uczucia najgłębszej zazdrości, fascynacja, intelektualna galopada, śmiech nawet. Rzadziej coś, z czego nie mogłem się otrząsnąć dłuższy czas.

A tu jest, zdarzył się taki. Przez przypadek, w starym podręczniku do czwartej klasy starego liceum. Wstrząsający tekst Jarosława Iwaszkiewicza pt. "Stary poeta."

Czytałem ten utwór z rosnącym niepokojem, smutkiem dryfującym w stronę głębin depresji. Po jego lekturze miałem nie dające się zablokować pragnienie przytulenia najbliższych osób, póki jeszcze mogę to zrobić.


I
Poeta mówi:
Żono! Widzisz te dwie muchy
na parapecie okna
zabite muchozolem
Tyleż one znaczą we wszechświecie
co nasze martwe ukochane psy
co leżą pod kamieniem

Pamiętasz ten wyraz Tropka
gdy mu się coś mówiło
a on nie rozumiał
marszczył czoło skupiał się
i nie rozumiał

Bo był zwierzątkiem

My też nie rozumiemy

Patrz mówią do nas obłoki
zorze gwiazdy
wiatry
a my nie rozumiemy

Mówią do nas przestrzenie
niebieskie
mówią drzewa rozwijające się
mówią kwiaty
rosną
i mówią
a my nie rozumiemy

I tak już będzie

Będziemy we wszechświecie
jak te dwie martwe muchy
jak te dwa zdechłe psy
jak dwie nicoście
One też kochały
i chciały zrozumieć

II

Poeta mówi:
Żono! Nie odchodź
Zostań chwilę ze mną

Chcę być sam
A kiedy ty odejdziesz
Zaraz przyjdą tacy:

Tuwim przyjdzie
z gałęzią wielkich jabłek
jak tą co zabrał
z naszego srebrnego wesela

Czesław zaraz przyjdzie
taki młodziutki jak wtedy
kiedy przyjechał z Wilna
ze słowami: ubóstwiam pana
na ustach

Tolek przyjdzie
taki jak w Aidzie
kiedy opowiadał bajki Marysi

przyjdzie Olek z papugą
motyl przyleci
co kiedyś wleciał do naszej
sypialni
wielki i osobliwy

Tak się zaludni
dookoła

Nie odchodź
bądź przy mnie
Bo chcę być sam
sam
tak zupełnie sam

III

Poeta mówi:
Żono!
Byliśmy kiedyś młodzi
widzieliśmy ocean w Skagen
i Barcelonę
i Matterhorn i Dent du Midi
mieliśmy przyjaciół
gadaliśmy z Lechoniem
z Witkacym z Sartre'em
zachłystywaliśmy się Proustem
czytaliśmy Jądro Ciemności
Annę Kareninę
Popioły

A teraz jesteśmy starzy
jesteśmy sami

Kłócimy się
szukamy ciągle
pogubionych książek

Chustek
zapałek
okularów

A kiedy będziemy przed Panem Nicości
już zaraz
nic to nie będzie znaczyło

że byliśmy piękni
że tańczyliśmy na chłopskich weselach
i na królewskich pokojach

I nikt nas nie zapyta
o nasze muchy
nasze psy
nasze pogubione książki
chustki do nosa

i okulary

poniedziałek, 17 października 2011

Atak cywilizacji śmierci

Końcówka wczorajszej mszy. Ksiądz dobrodziej ogłasza:

"Bardzo ważna kwestia. W ostatnich miesiącach jesteśmy świadkami informacji o licznych objawieniach prywatnych, coraz więcej osób korzysta z usług astrologów, homeopatów. Coraz więcej osób chodzi do wróżek, by poznać przyszłość. Można powiedzieć, że jesteśmy świadkami prawdziwej okulistycznej inwazji..."



piątek, 14 października 2011

Nike na speedzie

A co!

Zamówiłem sobie powieść Marana Pilota "Pióropusz." NIKE w tym roku zdobyła, to jedno. A drugie, że to ponoć rzecz z nurtu wiejskiego, więc tym bardziej się tą książką zainteresowałem.

Czekałem ponad tydzień, aż w końcu wczoraj listonosz dostarczył przesyłkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy obok zakładki, księgarnia wysyłkowa dodała mi... saszetkę z kawą!


Ok, to tylko cappuccino, a nie żaden potężniejszy łyk kofeiny, ale zawsze...

Zastanawiam się, co chciano mi tym zakomunikować?

I co dostałbym , gdybym zamówił na przykład książki Bukowskiego lub Baudelaire'a?



środa, 12 października 2011

Taka doba....

1) Zawożę Synka do przedszkola. Wracam do domu. Zostawiam samochód najprawdopodobniej na światłach. Ergo - rozładowany akumulator.

2) Próbuję odpalić wóz, by przywieźć Synka, jeszcze nic nie wiem o akumulatorze. Dowiaduję się, gdy nasz fordzik płacze zamiast ładnie ruszyć do przodu.

3) Pożyczam od teścia-elektryka prostownik. Kable łączę odwrotnie niż powinienem. Spięcie niszczy prostownik. U teścia jestem spalony.

4) Z nudów nadgryzam zabawkę Synka - świecący patyczek, który złamany wpół emituje fosforyzujące światło. Na język i usta wylew mi się jakaś paląca substancja.

5) Córa budzi się o 22:30 i do północy budzi się z płaczem co 30 sekund. Zęby jej się wybijają.

6) Synek się budzi z gorączką.

7) Zasypiam do szkoły i mam 10 minut na wyjście na autobus.

8) W szkole oszałamiający ból głowy...

Kto da więcej?