czwartek, 30 grudnia 2010

Renament? Remament? Przyjęcie towaru!

Zbiór najdziwniejszych fotek z mojej ukochanej Nokii.

Bez komentarza. Interpretacja dowolna. Analiza takoż.








NO FUN!

Jutro Sylwester. Od lat stres, bo obowiązek zabawy, radochy, wrzasku i petard.

Od lat wkurzające pytania w stylu "Co robisz na Sylwka?"

Od lat zdziwienie, że wolałbym go przespać lub pogapić się w TV.

(By nie być jednowymiarowy, wspomnę o paru udanych pożegnaniach roku spędzonych w towarzystwie Żony. Najmilsze - w kinie MUZA, Poznań, 3 filmy, które dopiero za kilka miesięcy miały ujrzeć światło projektora.)

Od lat te same teksty w mediach, jak odstresować bojące się petard psy. Psy... Ja od 3 lat drżę, by żaden fajerwerk nie obudził mi dziecka, teraz już dzieci...

A zatem NO FUN...



PS

Jak jeszcze raz usłyszę o globalnym ociepleniu, to wybuchnę pustym śmiechem.

Odśnieżałem wczoraj dach zielarni mojej teściowej...

środa, 29 grudnia 2010

"Nie gromadźcie sobie skarbów na tym świecie..."

Tak. Te słowa Chrystusa jak rzadko które należałoby powtarzać współczesnemu człowiekowi. No, ale człowiek człowiekowi nie jest równy. W tym duchu odczytuję list, jaki napisał arcybiskup Michalik do kapłanów w Polsce.

Szczególnie jeden jego fragment jest mi szczególnie miły: "Ofiara za posługi duszpasterskie zawsze musi pozostać ofiarą i być uzależniona od indywidualnych możliwości konkretnej osoby.” 


Ważne te słowa, bo jeszcze 2-3 miesiące i trzeba będzie pomyśleć o chrzcinach Córy.



Przy pierwszym sakramencie Tymka NIE PŁACILIŚMY NIC. Nawet się nas nie zapytano o pieniądze, tym bardziej że chrzciny odbywają się w czasie "zwykłej" sobotniej mszy. Żadne tam wyjątkowe nabożeństwo - msza jak co sobotę.



Ale czasy się zmieniły - stary proboszcz odszedł na emeryturę i trafił do nas dobrze znany w okolicy kapłan prowadzący...hmmm... dość kontrowersyjny tryb życia. (Nie wchodzę w szczegóły, zachowam je na inny czas)

Do tego stopnia jestem do niego uprzedzony, że pół mszy ostatnio myślałem o tym, jakie hasła mu zaserwować, gdy poprosi o "drobną opłatę" za sakrament. Obsesja. Moja oczywiście.

A z drugiej strony może wcale mnie nie spotkać sytuacja, gdy musiałbym przypomnieć mu parę cytatów z Nowego Testamentu lub zapytać o znaczenie słowa "katolicki."



Może fakt, że 5 lat uczyliśmy w jednej szkole zaowocuje brakiem "co łaska według cennika parafii"?

Nie wiem.

Wiem jedno - gdy w zenicie mojego wewnętrznego starcia z proboszczem spojrzałem na figurę Chrystusa, powiedziałem sobie Jego słowami: "To dla mnie tu przychodzisz..."

I się uspokoiło.





wtorek, 28 grudnia 2010

Wściekłość i wrzask

Ostatnio zrozumiałem, jak Szekspir wpadł na słowa patrzącego na swoje życie Makbeta. 

"Życie to sen wariata, pełen wściekłości i wrzasku."

W domu się nieco dzieciaki popsuły. Przez pierwszy tydzień nie mogłem się wprost nachwalić Córy - spokojna, nie płacze za dużo, śpi. Zero stresów. Dziecka nie było. Od tygodnia jest gorzej. Męczy ją brzuch, długo i głośno płacze, uspokaja się najczęściej przy piersi, a i to nie zawsze... Długo trzeba ją nosić. ma całkowicie nieuregulowany rytm dobowy, więc czasem myli dzień z nocą.

Cóż - takie życie... Z pierwszym było podobnie, ale już chyba zdążyłem zapomnieć o tym.

A pierwszy? 

Synek, którego chwaliłem, że ze stoickim spokojem przyjął siostrę, teraz zaczyna w dramatyczny sposób zwracać na siebie uwagę. Kaprysi, usiłuje przekraczać wyznaczane granice (popisał flamastrem ścianę) krzyczy i pyta "Kto się obudzi?", bywa autentycznie niegrzeczny. Oto efekt jego wczorajszego ataku:




Myślałem, że wyszarpie mi pół dłoni...

PS

Ale jakoś się trzeba trzymać.

No bo w końcu co, kurcze blade?

czwartek, 23 grudnia 2010

Abstrakcja stygmatyzuje

Jak, nie chcąc tego, zatruć uczniom (niektórym) żywot na ostatniej lekcji w roku kalendarzowym?

Już tłumaczę.

Kończymy średniowiecze. Temat spokojny - fragmencik "Boskiej komedii" Dantego. Polecenie banalne - "Na podstawie fragmentu z podręcznika NARYSUJ Lucyfera."



Jakiż jęk się podniósł! Jak to marudzili! Jak się zarzekali, że talentu nie mają, że to jest język polski a nie jakaś plastyka.

Jedna dziewczyna się na mnie autentycznie obraziła. Siedziała, wbijając wzrok w moją osobę i drapiąc pazurkami zeszyt.

Gdy się wybrałem na przechadzkę po klasie, połowa zasłaniała swoje dzieła, a druga połowa dała wyraz całkiem przyzwoitych umiejętności - Lucyfer nawet jakoś tam siebie przypominał.

Jednak nieco drażnił mnie ten ich wstręt do rysowania. ( Ja wciąż coś rysuję na tablicy - a to Wertera strzelę, a to Konrada, co grozi Bogu)

- Nie wiem, czemu się tak buntujecie... Przecież mieliście plastykę w gimnazjum.
- Mieliśmy - odpowiadają - ale my głównie abstrakcje rysowaliśmy...

PS

Już widzę moich uczniów za kilka lat.

- Tato, narysuj mi wiatrak.
- Daj kredkę.
Po chwili.
- Tato, co to jest?
- Wiesz, dziecko, tatuś w szkole tylko abstrakcje rysował...

Niech...


...małe rzeczy nie zasłonią wielkich.

Tego Wam życzę, Drodzy Moi...

wtorek, 21 grudnia 2010

Scrooge wraca (jak co roku)

Słyszę od znajomej (nie podsłuchuję, po prostu słyszę):

- Najważniejsza to ta Wigilia. Posiedzieć przy stole. Porozmawiać. Dzieciaki mają prezenty. W spokoju kawę wypić. Bo potem, te następne dwa dni, to już tak się wszystko kończy... To już nie to.

Potem obraz ten nakład mi się na stada. Dosłownie stada ludzi walczących w kolejkach i między półkami o towar. Stada w kolejkach do kas (znajomy pojechał do Tesco i 40 minut stał, by zapłacić za kilka drobiazgów), stada szukające okazji, stada walczące o miejsca na parkingach.

To wszystko krzyżuje mi się z domową nerwówką - wysprzątać, ugotować, wykrochmalić, przystroić, posiekać, wypatroszyć, wstawić, zalać, odczekać i tak dalej.

Potem zanurzamy się w sielską-anielską wizję stołu. Rodziny, daj Bóg niepokłóconej ze sobą, niepijącej alkoholu w tym dniu, rodziny, bez której się NIE OBĘDZIE ŻADNE ŚWIĘTO RELIGIJNE.

I finalne pytanie - dlaczego nie ma w naszej tradycji świąt religijnych NIEZANURZONYCH  we wspólnocie?



Dlaczego zawsze wszystko razem, do kupy?

Kocham Żonę, Dzieci, Rodziców, Braci, ale wciąż mnie nurtuje to pytanie...

Nie zamieniłbym moich bliskich (tych najbliższych) na żadnych innych, ale wciąż gdzieś ta tęsknota, o której pisał Mickiewicz:


Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,
   W oczy zagląda wam i głośno gada,
Dusza w ten czas daleka, ach, daleka,
   Błąka się i narzeka, ach, narzeka.

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojej,
   I liczne mam serca mego rodzeństwo;
Piękniejszy kraj niż ten, co w oczach stoi,
   Rodzina milsza niż całe pokrewieństwo.

Tam, wpośród prac i trosk, i wśród zabawy,
   Uciekam ja.





poniedziałek, 20 grudnia 2010

Daj, ać ja pobloguję, a ty poczytaj

Lekcje o najstarszych zabytkach języka polskiego mogą być nawet zabawne.

Najpierw opowiadam uczniom o najstarszym zapisanym polskim zdaniu - Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj

                      


Biedacy, urodzili się nieco za późno, by zrozumieć coś więcej niż "Daj" , "ja", "a ty." No i jeszcze to "pobruszę" - dopiero mój schematyczny rysunek żaren coś jakby wyjaśnił. 

Oczywiście podniosły się głosy, że mieliśmy bardzo dżentelmeńskich panów w średniowieczu, skoro wyręczali w tak ciężkiej robocie swoje kobiety. 

Piękne są te początki języka polskiego. Gorzej mają Włosi - tam, o ile mnie pamięć nie zawodzi - pierwsze zdanie po włosku pojawiło się na bodajże jakimś fresku lub ilustracji przedstawiającej powstawanie potężnej budowli. Kilku ludzi wlecze za sobą potężny blok skalny (kolumnę?), ale nadzorujący ich majster krzyczy:

"Ciągnąć, skur&*$#@ syny!"

***

Potem wpadliśmy z klasą w tekst literacki - "Lament świętokrzyski." Piękny wiersz. Uniwersalny i przejmujący. 

Ale pojawia się tam linijka "Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory", i te maciory co roku uruchamiają lawinę śmiechu i komentarzy w stylu:

"Ej, jak przyjdziesz dziś do domu, to powiedz matce - Macioro, co jest na obiad?"

"A mówią, że facet to świnia."

Ja oczywiście tłumaczę cierpliwie, że to bardzo archaiczne słowo, a na przykład słowo "kobieta", dla nas neutralne, w średniowieczu było dość obraźliwe dla płci pięknej.

Nie zagłębiałem się w pierwotne rozumienia słowa "kutas", który to był kiedyś czymś "dyndającym, zwisającym, pomponem lub frędzlem."

Tak lekko sprośnie, kończę na dziś.




niedziela, 19 grudnia 2010

Kiedyś było realniej...

Dziwnie to brzmi, gdy jest się tak uzależnionym od netu jak ja. Co zrobić? Poczta, blog, recenzje, filmy, znajomi jacyś tam...

Muzyka istniejąca w sieci zanim się pojawi. Filmy istniejące w sieci zanim się pojawią. Ludzie istniejący w sieci...

Naszło mnie, gdy przeczytałem recenzję filmu (świetny "Dazed and confuzed" Linklatera. W Polsce znany jako "Uczniowska balanga", co jakoś wypacza pierwsze skojarzenia) opowiadającego o jednej dobie z życia amerykańskich nastolatków z jakiejś mieściny. Lata 70. Początek wakacji. Nic się nie dzieje. Bohaterowie snują się. Próbują pierwszych dorosłych rozrywek, dziczeją, zawierają głębsze relacje itd.

Samo życie. Zero stylizacji.

A co było w recenzji fana(tyka) tego filmu? "Kiedyś były czasy, gdy ludzie spotykali się naprawdę. Słuchali muzyki na żywo, czekali w kolejce przed sklepem na płytę, by kilkanaście razy dziennie czytać spis utworów, nauczyć się na pamięć składu zespołu, sprawdzać, kto i co dał z siebie. A dzisiaj? Po 5 minutach masz niemal każdą piosenkę, jaką chcesz. Muzyka przestała mieć wartość. Po 5 minutach masz pięciu nowych znajomych. Znajomi przestali mieć wartość."

Trzeba coś więcej dodawać?

Tak się cieszę, że żyłem (świadomie) w czasach, gdy szczytem techniki był komputer Amiga i gry odpalane z kaset - kto miał, wie o co chodzi...

Może to takie marudzenie starzejącego się człowieka ;-)

ale mi się naprawdę wydaje, że onegdaj było realniej...

sobota, 18 grudnia 2010

Zmęczeni zimą? Obrazek+piosenka

Zazdrość jest beee

Tak. Synek bywa zazdrosny. To zrozumiałe u starszego dziecka.

Częściej zazdrosny jest o mnie, bo ja teraz jestem jego terytorium, gdy Kalina zawłaszczyła sobie mamę.

Jednak i u niego pojawia się podstawowy odruch z cyklu "Gdzie jest moja mama?"

Kąpię Synka. Już go wyciągam z wanny i obwijam w ręcznik. Zawsze robiła to Żona, ale teraz była zajęta.

- Chcę mamę - woła Tymek.
- Mama jest zajęta - tłumaczę mu.
- Co robi?
- Karmi Kalinkę.

Synek myśli i myśli, w końcu celnie punktuje:

- Babcia też ma piersi...

wtorek, 14 grudnia 2010

Fucha

Udało mi się w łatwy sposób zarobić nieco kasy, ale kosztowało mnie to trochę nerwów i parę gorzkich myśli.

Od początku: moja Żona od kilku lat prowadzi konkurs recytatorski organizowany przez tutejszą bibliotekę publiczną. Trzeba się dwa razy pokazać, przygotować słowo wprowadzające, przedstawiać kogo należy i ładnie wyglądać (to ostatnie raczej mi w porównaniu z Żoną nie wychodzi).

2 tygodnie temu prowadziłem eliminacje. Zgłosiły się... 5 osób (!), z czego jedna nie przyjechała.Samo jury składało się z 4 osób, więc zapachniało załamką. Cóż...zima, sobota, grudzień... Może to jakoś tłumaczy tę sytuację, ale przecież nie do końca.

Tydzień później w miejscowym ośrodku kultury prowadzę "galę" - z wszystkich (!) czterech osób przyjechały ...dwie. Osób na widowni - komplet i to mnie pocieszyło, bo dodatkową atrakcją wieczoru był koncert zespołu GOOD STAFF, wykonującego melodyjną, żywiołową odmianę poezji śpiewanej do słów Staffa, Asnyka i innych mistrzów.

Żadne tam pitu-pitu w stylu: "Och, moje Bieszczady, jaki jestem wrażliwy, zaraz się rozbeczę..."

Dali koncert, że mnie, starego złośliwca i malkontenta, momentami zatykało. Piękna wokalistka, barwni instrumentaliści i na nowo poodkrywane niektóre wiersze. Wieczór w stylu "Musimy już iść do domu?"

Był bis, burmistrz mojego miasteczka wyręczył mnie, zakończył imprezę i pożegnał wszystkich. Rozeszliśmy się przez mokrą śniegową sobotę - każdy z czymś w sercu. W to wierzę.

*** Na gorzko***

Na widowni  średnia to 55 lat. Same panie w wysoce balzakowskim wieku. Umalowane, wyczesane, odświętne.

- To kierowniczka biblioteki z .... i czytelniczki - szepnęła mi do ucha pani dyrektor naszej biblioteki.

Młodzi? Może 3 lub 4 osoby. Nie chce się. Nie chce się nikomu.

(Ostatnio w TV widziałem taką akcję: miało być wysłuchanie publiczne w sprawie reformy służby zdrowia. Do zabrania głosu zapisało się tyle osób, że liczono się z tym, że wszystko potrawa do godzin nadrannych. Skończyło się około 13, bo ludzie...nie przyszli, choć wcześniej deklarowali. Echo frekwencji Polaków w czasie wyborów tu pobrzmiewa - mamy wszystko w nosie, ale jak się nie podoba, to pierwsi do rzucania mięchem...)

Chwała tym kilkudziesięciu osobom za to, że im się wciąż chce. Że nie utonęli w "Tańcach z małpami" lub w innych człekokształtnych programach rozrywkowych.

A co nas czeka od 2011 roku? - podwyżka cen książek.

Zgłupiejemy do reszty.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

W razie czego to nie ja...

Od wakacji uczymy Synka, żeby umiał się przedstawić i podać swój adres. Początki trudne, bo brzmiało wszystko tak, jakby był potomkiem (nomen omen) węgierskich emigrantów. Teraz jest już rewelacyjnie - przy odrobinie dobrej woli można nasz dom namierzyć przez Google Earth.

"Tymek (nazwisko), mieszkam na ulicy Wojska Polskiego 4 w (miasto)"


Ale to tylko wstęp do dzisiejszej odsłony przygód młodego dżentelmena.

Wczoraj przyłapałem do na przyklejaniu plasteliny do ściany. Nie wolno mu tego robić, więc się pytam:
 - A kto to poprzyklejał plastelinę do ściany?
 - Jakieś dziecko - odpowiada Synek.
 - Jakie dziecko? A gdzie ono jest? - staram się być podchwytliwy.
 - Mieszka na ulicy Polska Wojskiego.... pięć!

Zamiana pierwszych liter nie była przypadkowa. Autentycznie! Jeszcze parę razy zrzucił winę na swojego niegrzecznego sąsiada.

A jakby Wam, nie daj Boże, coś udało się spieprzyć w pracy - polecam ten sposób obrony.

Skuteczny.

sobota, 11 grudnia 2010

Przyszły młynarz?

Wiecie, jak jest. Jedni zbierają rybki, drudzy hodują znaczki. Przedziwne są światy naszych fascynacji – często sami nie wiemy, co może zainteresować lub popchnąć na nowy tor naszą nudną i przewidywalną egzystencję…


Ja nigdy nie przypuszczałem, że stanę się ekspertem od holenderskich wiatraków. Za sprawą Synka oczywiście. Ten młody człowieczek od całych miesięcy każe sobie emitować via Internet wszelkie możliwe filmy związane z wiatrakami, młynami wodnymi, wiatrakami solarnymi, z wszystkim, co się obraca, terkoce, ma w środku tryby i z czego sypie się mąka…


Ukochana piosenka Tymka to oczywiście coś a propos tematu. Ładna, melodyjna, nic z niej nie rozumiem, ale przyczepia się. Jakość może nie za bardzo, ale Synkowi to wystarcza w 100 %.









A jak sprawy na linii starszy brat, młodsza siostra? Żartując sobie, odpowiadam: „Tak jak moje podejście do uczniów – życzliwe ignorowanie.”


Na serio – Żona wymyśliła, że nastąpił podział ról. Ona ma Dzidzię, ja mam Synka. Gdy coś zaburza ten układ (biorę Córę na ręce), młody protestuje. Gdy mama nosi Kalinę, jest OK. Gdy ja się nią zajmuję, płacz i marudzenie Synka.


A taka scenka z wczoraj – wychodzimy na dwór. Ja już ubrany, teraz kolej Synka. Kombinezon, szalik, czapa, rękawiczki…

- Idziemy – mówię i otwieram drzwi.
- Tata – woła mały – buty!


I pokazuje na swoje bose stopy…






wtorek, 7 grudnia 2010

Rodzaj błękitu

Jak wszystkie moje dzieci (ok, jedno na razie) Kalina też w czasie snu jest otaczana dźwiękami, by nie przyzwyczaić jej do sterylnej ciszy.

Słucha więc sobie płyty Milesa Davisa "Kind of blue." Przez sen, ale zawsze edukacja muzyczna jakaś jest.


A tak sobie wygląda.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dwóch panów

Taka scenka. (Z cyklu "Życie pisze najlepsze dialogi")

Market. Stoję z pieluchami przy kasie. Nagle do sklepu wchodzi jakiś facet w średnim wieku. Widać, że to ktoś znany, stały klient czy dostawca, bo kasjerki wołają do niego:

- Dawno pana nie było u nas!

Okrąglutki, lekko łysiejący ochroniarz chce się załapać na pozytywne wibracje i mówi:

- No, stęskniłeś się za nami, co?

A gość na to:

- Chyba ty się stęskniłeś. Ja na parady nie chodzę.

Jest!!!

W niedzielę o 11:50 na świecie pojawiła się nowa dziewczynka. Kalina.

Naturalnymi siłami Matki Natury, przy nawoływaniu wszystkich zaprzyjaźnionych Świętych, w czasie 1,5 godziny od przyjazdu do szpitala.

3,650 kg, 56 cm wzrostu.

Mama czuje się średnio, Córa - śpi lub ma czkawkę.

Na ramionach Taty Tomka się uspokaja.

Jak dobrze pójdzie - we wtorek już w domu.

I będzie komplet.

Nowy komplet.


PS.

Zdjęć nie ma jeszcze - komputer wciąż w stanie śmierci klinicznej.

piątek, 3 grudnia 2010

Fakty

Fakt - termin porodu Córy miał tkwić pomiędzy 21 a 23 grudnia.

Fakt - wczoraj Żona wróciła z ostatniego badania i okazuje się, że może w każdej chwili urodzić.

Pani Doktor mówi: "Jakby pani po tym badaniu poczuła skurcze, to wezwę karetkę."

Fakt - stres jak jasny gwint...

czwartek, 2 grudnia 2010

Nie będzie o śniegu...

Koleżanka układa zdania z gramatyki języka łacińskiego.

- Gdyby wątroba była niezniszczalna... - głośno myśli.

- ...zabrakłoby alkoholu na świecie - kończę za nią.

***

Za dwa tygodnie będziemy mieli piękny prezent na Boże Narodzenie. 4,5 godziny szkolenia z pierwszej pomocy.

Bulwersujemy się na potęgę.

Ksiądz znajduje wyjście z sytuacji:

- Ja na to nie idę, mnie zawsze wzywają, gdy pomoc już nie jest potrzebna.