poniedziałek, 11 października 2010

W starym kinie

Nie lubię za bardzo forumowych wątków w stylu "A pamiętacie to i to? A pamiętacie stan wojenny, przewrót majowy, proces filomatów, chrzest polski i erę mezozoiczną?"

Kiedyś można się było doszukać w wygrzebywanych opowieściach, czegoś wzruszającego, dziś powtarzają się te same melancholijne żale, bo wszyscy już zdążyli wszystkim przypomnieć.

A mnie ostatnio wzięło na wspominki. Konkretne. O kinach w moim rodzinnym mieście, Kaliszu. Całe lata 80 spędziłem w kinie (celowo hiperbolizuję), a ze byłem dość samodzielnym młodym człowiekiem, po prostu wychodziłem z domu i zaszywałem się w ciemnej sali kinowej. Nie pamiętam, żebym wybierał się na jakiś konkretny tytuł. Szedłem i oglądałem.

Najczęściej były to popołudniowe seanse, gdy można było jeszcze wrócić do domu na kolację. Ludzi było niewielu, mogłem się rozkoszować w totalnie kameralnym klimacie. Teraz przed seansami katuje się widzów reklamami, zapowiedziami innych filmów, dziwacznymi prezentacjami wszystkich technicznych możliwości współczesnego multipleksu.

Kiedyś? Siadałem w jasnej jeszcze sali i odliczałem minuty, wpatrując się w kołyszące się zasłony, za którymi bielił się ekran. Magiczna chwila wypełniona snująca się z głośników wiązanką popularnych melodii, które nigdzie indziej nie brzmiały własnie tak, jak w kinie. Te głębokie, basowe tony, ta przestrzeń ( w porównaniu z mizernym sprzętem grającym zbierającym kurz w domu).

Potem przygasają światła, kurtyny się rozsuwają. Muzyka się urywa. Trzaskają głośniki.

Kina były cztery.
"Kosmos", "Oaza", moje ukochane "Stylowe" i "Syrenka". To ostatnio było przekomicznym miejscem, gdyż można było dostać miejsce siedzące za...filarami!  Tak "oglądałem" "Wielką podróż Bolka i Lolka."

A co jeszcze widziałem?

"Akademia policyjna 1" - dwa razy pod rząd, tak mi się podobało.

"Indiana Jones i świątynia zagłady" - film się urwał, dosłownie, i pan operator wyciął cały środek filmu, jakieś 25 minut.

"Piramida strachu" - młody Sherlock Holmes i dr Watson na tropie egipskiej sekty. Widziałem chyba z 5 razy w samym kinie.

"Orły Temidy" - nuda, ale scena z rowerem fajna.

"Gremliny rozrabiają" - kultowe dzieło!

"Niekończąca się historia" - zabrakło biletów w kasie. Musiałem iść dopiero na trzeci seans!

"Wirujący seks" - na wyraźne polecenie polonisty-alkoholika z podstawówki.

"Elektroniczny morderca" - ależ się bałem.

Pewnie było tego jeszcze więcej, ale te pamiętam na pierwszy rzut ...pamięci?

A polskie filmy? Jedna anegdotka. Idziemy z klasą na "Pan Samochodzik i praskie tajemnice." Po seansie spotkanie z gwiazdą filmu, kaskaderem, który szkolił występującego w filmie psa. Pies we własnej osobie siedział grzecznie obok kaskadera.
- Można go głaskać, on lubi dzieci - mówi kaskader.

Cała klasa go głaszcze.

A mnie ugryzł!


Na zdjęciu Pan samochodzik i jego pies.

6 komentarzy:

  1. " Najlepsze są małe kina
    w rozterce i udręce
    z krzesłami wyściełanymi
    pluszem czerwonym jak serce
    (...)
    Jakże tu miło się wtulić
    deszcz, zawieruchę przeczekać
    i nic, i nic nie mówić
    i trwać, i nie uciekać..."
    Natka

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja wspominam jeszcze jedną rzecz. :)
    Kiedy byłam w przedszkolu, to pierwszy raz widziałam "kino" w... szkole. Objazdowe. Wszyscy uczniowie na sali, ogromne prześcieradło na ścianie, szum taśm. I... Tomcio Paluch! Cóż to było za przeżycie dla takich brzdąców z wiejskiej szkółki. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mocno utkwiły mi w pamięci seanse z Tatą, w kinie Wrzos (stary Anin w Warszawie ;))
    Tam tata uczył mnie śmiać się z godzilli i innych potworów!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeśli chodzi o kina, to przyznam się do czegoś strasznego.... ale jestem dumna z siebie, że się do tego przyznaję. Otóż... nie chodzę do kin studyjnych mimo iż grają lepsze filmy. Dobre filmy. Niestety nie mają tam pop cornu... który kocham! Wybieram lepsze film (jeśli takowe puszczają) w dużych kinach, a dobre oglądam w domu w miarę możliwości...
    I tak sobie jakoś radzę.... ;p uzależniona... ;)
    Ale za to buntuję się przeciwko szajsowatym filmom. I na nie nie idę nawet dla pop cornu :) Amen!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja lubiłam kino Amarant w Poznaniu, które już nie istnieje. Spędziłam tam wiele miłych chwil.
    Jeśli masz ochotę zajrzeć, to w tej chwili rezyduję na: http://magratgarlick.blogspot.com/

    Pozdrawiam,
    dagmarella

    OdpowiedzUsuń
  6. A ja lubiłem Bałtyk. Tuż obok akademika, gdzie siedziałem na piątym roku. Piękne czasy...
    pzdr

    OdpowiedzUsuń

Dzięki, Twoje słowa trzymają ten blog przy życiu.