niedziela, 31 października 2010

Cukierek albo...

Tak, dzieciaki wyczuły koniunkturę i coraz odważniej przeszczepiają helołinowe szaleństwa na nasz piastowski grunt.

Późny wieczór. Dzwonek do drzwi. Idę otworzyć, a tu tuż za progiem trójka makabrycznie ucharakteryzowanych potworków. Nie więcej niż metr dwadzieścia, upiorne oblicza, na serio się wzdrygnąłem w tym półmroku.

Dobrze, że Żona nie otwierała, bo w 7 miesiącu ciąży mogłoby to się rożnie skończyć, tym bardziej, że spodziewaliśmy się ciotki, która nieco inaczej wygląda.

- Cukierek albo kawał - mówią, zbyt nieśmiało jak na demonki takie.

Idę szukać, w końcu coś znalazłem (rogaliki teściowej) i wrzuciłem im do koszyków.

Po godzinie znowu dzwonek. Chcę uprzedzić pasożyty, biorę z kuchni dwa potężne noże i ze zbójecką miną otwieram drzwi.

Nikogo już.

(Nie, nikogo nie chciałem mordować, raczej huknąć: "A wy co dla mnie macie?!!! Ha. ha,. ha, ha!!!!")



I przypomniała mi się jeszcze historyjka sprzed paru miesięcy. Dzwonek do drzwi. Otwieram. Tam jakiś smutny zarośnięty jegomość podnosi reklamówkę na wysokość moich oczu i pyta:

- Nie potrzebuje pan piły?

piątek, 29 października 2010

Piłowanie skrzynki

Było się wczoraj w operze. Przymusowo, ale taki przymus w końcu mi się jakoś opłacił. Wrobiła mnie koleżanka, która pojechała z klasą do Auschwitz. To już wolę operę, myślę, i zgadzam się.

Najlepszym argumentem była oczywiście możliwość wyrobienia kilku godzin - tłumaczę: każdy nauczyciel w liceum ma obowiązek przepracować za DARMO godzinę w tygodniu. Nauczyciel w gimnazjum - 2 godziny. Ja uczę w obu typach szkół i mam pracować w ciągu miesiąca 12 godzin za free. Więc wyjazd ten policzę sobie jako 5 godzin opieki nad uczniami i będzie jakoś mi do przodu.

"Skrzypek na dachu" - OK, przynajmniej wiem, o czym jest. Zlokalizuję, kto jest kto i o czym do siebie śpiewają. Kolega po fachu jechał z jak najgorszym nastawieniem - "jak zasnę, to mnie nie budź", mówi, a ja mu na to, że zobaczymy kto pierwszy.

Marudziłem na ten wyjazd, warczałem pod nosem, że do cyrku bym wolał (choć cyrków nie ciepię!), ale ubrałem się w garnitur i się zabieram. Podjeżdża autokar z uczniami, wsiadam, jadę się ukulturalniać.

Kilka wrażeń:

- myślałem, ze opera będzie ostatnim bastionem elegancji wieczorowej. Obowiązkowe umundurowanie - garnitury, eleganckie suknie. A tu? Jasne - 3/4 obywateli pięknie, ale... Już, już pojawiają się stadami jednostki w strojach niezobowiązujących do niczego.  Kiedyś do teatru trzeba się było odstrzelić, dziś? Dżinsy, koszulka i wio!

Za parę lat przewiduję coś podobnego w operze.

- w drugim rzędzie, tuz przed sceną, jest NAPRAWDĘ głośno,

- myślałem, że całego "Skrzypka..." mi prześpiewają, ale, miła niespodzianka!, były całkiem zabawne partie mówione, ładne sceny taneczne, żadnej statyczności, przy której bym zaczął z nudów liczyć reflektory nad wąska sceną,

- wpadłem na szatański pomysł - skoro to jest teatr, to przed przedstawieniem powinny być, jak w kinie, reklamy. Ale w wersji z żywymi aktorami zachwalającymi na przykład jakieś środki ułatwiające trawienie batoników "Teatralnych."

Nie mogę powiedzieć, nawet się rozerwałem, powzruszałem, pośmiałem. Kolega marudził, ale on w ciemnościach zasypia, więc go usprawiedliwiam.


A co z tytułem wpisu?

Babcia postanowiła zabrać wnuczka do filharmonii. Koncert trwa już dobra godzinę. Babcia wniebowzięta, a wnuczek mówi:

- Babciu, ale jak ten pan skończy piłować skrzynkę, to pójdziemy do domu?

środa, 27 października 2010

Pytanie na dziś

Jak w pracy ukrywać to, co czujemy i udawać to, co czuć powinniśmy???

Pytanie zainspirowane przez tytuł  książki  Sandi Mann.

poniedziałek, 25 października 2010

Koneser

Wczoraj Synek wytaszczył sobie na środek pokoju ciężki album z reprodukcjami obrazów Picassa. Zaczął wertować i nagle spomiędzy kartek wypadł mu jeden z moich malunków. Taka uliczna scenka rodzajowa, z czasów, gdy jeszcze wierzyłem, że będąc prawie daltonistą, będę w stanie łączyć ładnie kolory.

Synek patrzy uważnie.

- Co to jest? - pyta Mamę.
- Tatuś namalował. Podoba ci się?
- Tak! - odpowiada zdecydowanie.

Po chwili wraca do Picassa. Zatrzymuje się przy jednym z obrazów


i po dłuższym namyśle mówi:

- To jest skomplikowane.

czwartek, 21 października 2010

Co macie na pulpicie?

Dzień w dzień na to patrzymy. Często przestajemy zauważać. Jakoś nas to opisuje...

Pulpit, obrazek w tle, pod dziesiątkami ikon, kryje się ułamek naszego gustu, upodobań, słabości, fantazji.

Tak pompatycznie zacząłem, a proponuję skromną zabawę w "co mam na pulpicie?"

Ja od ładnych kilku miesięcy mam coś takiego:



Ujawnicie się u siebie?

Pierś nad piersiami


Koleżanka opowiada o lekcji poświęconej "Pieśni nad pieśniami":


Czytam im Piersi twe jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli, co pasą się pośród lilii.

Na co jedna z uczennic. 
- Czyli takie piersi ze sterczącymi różkami?

wtorek, 19 października 2010

Gdzie ja żyję??!!!!!

In vitro!
           Aborcja!
                        Wtórny analfabetyzm!
                                                    Polityka!
                                                                 Kościół!
                                                         Krzyż!
                                                Zimno!
                                     Bełkot mediów!
                              Książki z Vatem!
                      PiS!
              PO!
     Biurokracja!
                            Piłka nożna!
                                            TVN!
                                                        Polsat!
                                                                  Ceny żywności!
                                                                                      Brak alternatywy!
                                                                          Agresja!
                                                             Złodziejstwo!
                                                                        Nieżyczliwość!
                                                            Monopol!
                                                                       Syf!!!        
                                                                        
                                                            .....

Dlaczego moi przodkowie nie osiedlili się 1000 kilometrów dalej na Zachód?!
                                              

Ja z "Dziadów"

Lubię romantyzm. Nie, nie kolacja przy świecach, ogień w kominku, pusta plaża na Dominikanie.

Romantyzm prawdziwy, groźny, ciemny, pełen nawiedzonych jezior, krwawych legend i tajemnych obrzędów.
Ten romantyzm z "Dziadów cz. II", gdzie lud mamrocze inkantacje, a Guślarz wywołuje i odwołuje poszczególne duchy.

Ten mrok, ta tajemnica...


I mój ulubiony gość z zaświatów - zmarła pasterka, Zosia, mówiąca o sobie: Żyłam na świecie, ale nie dla świata.

Ależ mnie to ostatnio charakteryzuje ostatnio - przychodzi jesień, a ja jak ta zjawa jadę do szkoły, prokuruję jakieś działania, coś komuś tłumaczę, ale nieobecność mnie rozsadza od środka.

Pyta mnie ktoś, jak mi się pracuje z moją klasą, której jestem wychowawcą.

- Nie wiem - mówię. Absolutnie szczerze.

poniedziałek, 18 października 2010

Zima? Idzie???

Rano wpadam do najbliższego spożywczaka, by się  na śniadanko zaopatrzyć. Wychodzę, a tu... 

Samochody z białymi szybami, para z ust, marzną uszy, a czapkę gdzieś posiałem. 

Pierwszy prztyczek od zimy? Niedobrze, myślę.

W sklepie ekspedientki wykładają warzywa do drewnianych skrzynek. Znad kalafiorów i pomidorów taki oto dialog nadleciał:

- Ty, słyszałaś? W zimie ma być minus 37 stopni.
- Nie mów! A to mi dupa zmarznie.

Śmiech.


niedziela, 17 października 2010

czwartek, 14 października 2010

Wszystkiego najlepszego wszystkim nauczycielom

czytającym ten blog.

Poniekąd też składam te życzenia sobie samemu.

PS

Wybaczcie nieodpisywanie na komentarze, ale w domu Synek się rozchorował (choroba mi przeszła, ale na niego) i jest walka z wiecznie zakatarzonym nosem.

Pozdrawiam ciepło.

poniedziałek, 11 października 2010

W starym kinie

Nie lubię za bardzo forumowych wątków w stylu "A pamiętacie to i to? A pamiętacie stan wojenny, przewrót majowy, proces filomatów, chrzest polski i erę mezozoiczną?"

Kiedyś można się było doszukać w wygrzebywanych opowieściach, czegoś wzruszającego, dziś powtarzają się te same melancholijne żale, bo wszyscy już zdążyli wszystkim przypomnieć.

A mnie ostatnio wzięło na wspominki. Konkretne. O kinach w moim rodzinnym mieście, Kaliszu. Całe lata 80 spędziłem w kinie (celowo hiperbolizuję), a ze byłem dość samodzielnym młodym człowiekiem, po prostu wychodziłem z domu i zaszywałem się w ciemnej sali kinowej. Nie pamiętam, żebym wybierał się na jakiś konkretny tytuł. Szedłem i oglądałem.

Najczęściej były to popołudniowe seanse, gdy można było jeszcze wrócić do domu na kolację. Ludzi było niewielu, mogłem się rozkoszować w totalnie kameralnym klimacie. Teraz przed seansami katuje się widzów reklamami, zapowiedziami innych filmów, dziwacznymi prezentacjami wszystkich technicznych możliwości współczesnego multipleksu.

Kiedyś? Siadałem w jasnej jeszcze sali i odliczałem minuty, wpatrując się w kołyszące się zasłony, za którymi bielił się ekran. Magiczna chwila wypełniona snująca się z głośników wiązanką popularnych melodii, które nigdzie indziej nie brzmiały własnie tak, jak w kinie. Te głębokie, basowe tony, ta przestrzeń ( w porównaniu z mizernym sprzętem grającym zbierającym kurz w domu).

Potem przygasają światła, kurtyny się rozsuwają. Muzyka się urywa. Trzaskają głośniki.

Kina były cztery.
"Kosmos", "Oaza", moje ukochane "Stylowe" i "Syrenka". To ostatnio było przekomicznym miejscem, gdyż można było dostać miejsce siedzące za...filarami!  Tak "oglądałem" "Wielką podróż Bolka i Lolka."

A co jeszcze widziałem?

"Akademia policyjna 1" - dwa razy pod rząd, tak mi się podobało.

"Indiana Jones i świątynia zagłady" - film się urwał, dosłownie, i pan operator wyciął cały środek filmu, jakieś 25 minut.

"Piramida strachu" - młody Sherlock Holmes i dr Watson na tropie egipskiej sekty. Widziałem chyba z 5 razy w samym kinie.

"Orły Temidy" - nuda, ale scena z rowerem fajna.

"Gremliny rozrabiają" - kultowe dzieło!

"Niekończąca się historia" - zabrakło biletów w kasie. Musiałem iść dopiero na trzeci seans!

"Wirujący seks" - na wyraźne polecenie polonisty-alkoholika z podstawówki.

"Elektroniczny morderca" - ależ się bałem.

Pewnie było tego jeszcze więcej, ale te pamiętam na pierwszy rzut ...pamięci?

A polskie filmy? Jedna anegdotka. Idziemy z klasą na "Pan Samochodzik i praskie tajemnice." Po seansie spotkanie z gwiazdą filmu, kaskaderem, który szkolił występującego w filmie psa. Pies we własnej osobie siedział grzecznie obok kaskadera.
- Można go głaskać, on lubi dzieci - mówi kaskader.

Cała klasa go głaszcze.

A mnie ugryzł!


Na zdjęciu Pan samochodzik i jego pies.

Zrobić ze szkoły Biedronkę

Tego chce Ministerstwo "Edukacji" Narodowej.

Dowód?



Rzeczpospolita": MEN ma nowy pomysł. Trwają prace nad połączeniem placówek oświatowych: liceów z gimnazjami, podstawówek z przedszkolami. By łatwiej w nich było o specjalistów - dowiedziała się gazeta.
- Chcemy ułatwić łączenie w zespoły szkół podstawowych i przedszkoli oraz gimnazjów i liceów - mówi gazecie Zbigniew Włodkowski, wiceminister edukacji. Wyjaśnia, że jeśli przedszkola będą bardziej współpracować z podstawówkami, a gimnazja z liceami, to łatwiej będzie zadbać o rozwój zdolnych uczniów oraz otoczyć lepszą pomocą tych, którzy mają różne problemy.

Czyli łącząc (ciekawe jak? Budynki wyciąć i skleić z sobą? Wcisnąć przedszkolaków do szkół podstawowych? Gimnazjalistów deportować do budynków liceów?)  zyskujemy specjalistów??? A jesli już tak, to co się dzieje?

Jeden "specjalista" obsługuje różne poziomy, różne oddziały klasowe. Jeden. Reszta staje się niepotrzebna.

Już teraz za rok/dwa tak będzie w szkołach ponadgimnazjalnych, gdy będzie się uczyło przedmioty w blokach, a nie jak zawsze na oddzielnych lekcjach.

Jeden "specjalista" będzie musiał wykazać się na papierze - udokumentować, policzyć, przeanalizować, dokonać ewaluacji, znaleźć swoje słabe i mocne strony...

Będzie jak "biedronkowy specjalista" - kasjer, magazynier, konsultant itd

A dla ucznia i by się przygotować do lekcji nie zostanie więcej więcej niż kilkanaście godzin w tygodniu...

sobota, 9 października 2010

A niech to choroba...

... i jestem chory, gardło, tradycyjnie.

Atak na migdałki, pewnie mam je wielkości Kinder niespodzianki. Ledwie mówię, ledwie łykam ślinę, której hektolitry produkują moje ślinianki.

Zawinięty szalikiem, snuję się po domu, budzę żal ;-)

Nie ma to jak chory facet w chacie....

czwartek, 7 października 2010

Współczesna sztuka (ściemy)


 W ubiegły wtorek byłem z klasą w Narodowym Muzeum w Poznaniu. Lubię to miejsce, jest parę fantastycznych obrazów, ale znajduje się też tam chyba niestety stała ekspozycja osobliwości, które nazywa się "dziełami sztuki."

Fotki trzaskałem telefonem, więc jakość jest nie najwyższa, ale chyba powinno do Was bez trudu trafić przesłanie przedstawionych poniżej "dzieł."

Nie spojrzałem tylko na tytuły prac. A o tym, co "artysta miał na myśli", myśleć nawet się boję.

Może macie jakieś pomysły?



To pozwala przeżyć dzień



Nie jestem zwolennikiem typowo "czarnej" muzyki, ciężkiej, zamulającej, wgniatającej w fotel lub po prostu nudnej, skażonej gangsterską ideologią i płytkim hedonizmem.

Ale The Roots?

Z powodu tej piosenki chciałbym być znowu czarny ;-)

Piosenka ratuje życie, serio...

Co się dzieje z człowiekiem o 2 w nocy?

W moim przypadku osiągam taki stan świadomości, gdy rozumiem tajemnicę Trójcy Świętej, ocieram się o rozumienie Teorii Wszystkiego, nad którą pracował Einstein, zaczynam widzieć białe linie na białym tle i tak dalej...

Wczoraj do 2 w nocy siedziałem nad analizą matur mojej szkoły. Wszystkich przedmiotów humanistycznych. Zgroza.Zgroza mnie dopadła, gdy uświadomiłem sobie własną głupotę - po liceum wyłem z radości, że już nigdy w życiu nie spojrzę na kalkulator, a liczyć będę tylko pieniądze na rachunki (ehhhhh).

A teraz? Zmuszony jestem liczyć miliony różnych wskaźników, procentów, współczynników łatwości i innych, które tylko potrafię nazwać słowem niecenzuralnym. Bardzo brzydkim...

3,5 godziny snu. A dziś nie będzie lepiej.

poniedziałek, 4 października 2010

Sinusoida

Ostatnie dni bez Internetu – męczące. Męczące dla kogoś, kto się w sieci zadomowił, ma tam bliskie osoby (tak, o Was mowa), lubi trzymać rękę na pulsie planety i wiedzieć co, kto, komu, jak i gdzie…

Bo maile czekają (ok., same spamy), bo recenzje nowych płyt, bo czyjeś życia trwają, a ja nie mogę podejrzeć. No i praca – tak, sieć też mi do pracy służy. A jednak…

Odcięli mnie. Miałem gładko przenieść się z jednego operatora do drugiego, a tymczasem problemy, walka o moją duszę i forsę, brak komunikacji, odsyłanie od Annasza do Kajfasza. A ja malutki i bezradny wobec potęg telekomunikacyjnych. Żałosna jest pozycja klienta w Polsce. Taki człowiek-orkiestra – gdzie pójdzie, tam go w trąbę zrobią.

PS

Z ostatniej chwili - mam połączenie!




piątek, 1 października 2010

Czy my się znamy?

Ostatnio dotarła do mnie raczej banalna informacja, która po czasie jednak odezwała się we mnie i jakoś teraz pracuje.


Mimochodem dwiedziałem się, że jedna z osób pracujących ze mną w szkole pisze pamiętniki. Jest to osoba rzucająca się w oczy, energiczna, w ciągłym ruchu, a jednocześnie traktowana przez większość społeczności szkolnej nieco z przymrużeniem oka. 


Jak się okazuje, jest nieprawdopodobnie wręcz dobrym obserwatorem. Analizuje, przygląda się, myśli, bada... Wszystko spisuje - oczywiście tylko dla siebie, by pamiętać, by móc kogoś gdzieś zakotwiczyć.

Koleżanka mówi: Gdy przeczytała mi fragment o mnie, to się nieco przeraziłam. Ona widzi takie rzeczy, że nikt z nas nawet nie dostrzegłby połowy tego. A maskuje się jak Sokrates z jego mądrością..


Mnie trochę wtedy ciary przeszły po plecach. Sami rozumiecie dlaczego.

Może też macie kogoś takiego obok siebie?