czwartek, 30 września 2010

Spieszę donieść,

że na skutek walki o moje pieniądze pomiędzy Telekomunikacją Polską SA a Erą - Polską Telefonią Cyfrową , zostałem pozbawiony dostępu do internetu.

Niech im ziemia lekką będzie.

poniedziałek, 27 września 2010

Czym zapachną nasze dzieci?

Rano. Galop. Bielizna, spodnie, skarpety, w międzyczasie mycie zębów, uścisk grzebienia. Żona leży jeszcze w łóżku, Synek już kursuje. Przygląda się, jak może wyglądać jego dzień, gdy trafi do przedszkola lub do szkoły zacznie chodzić.


Sięgam po antyperspirant (wiem, niemęskie, ale się uzależniłem) i wcieram pod pachy pachnący sztyft. Synek oczarowany na to:

- Co tata robi? - pyta.

- Tata się smaruje - mówi Żona spod kołdry - żeby ładnie pachniał.

- Ja też, ja też - Synek podnosi rączkę i pokazuje paszkę.

Śmiejemy się.

- Misiu, ty nie musisz, dzieci ładnie pachną. Tylko dorośli trochę brzydko... - tłumaczy Żona.


A mi przelatuje przez głowę prorocza myśl - za jakiś czas pojawią się reklamy następującej treści:

Zastanawiasz się, co to za dziwny zapach otacza Twoje dziecko? 

Czy to świeżo uprana bluzka? 

Czy to umyte włosy? 

Męczy Cię ciągłe wietrzenie całego domu? 

Odwracasz głowę, gdy chcesz przytulić ukochaną istotkę? 

Nie ryzykuj dyskomfortu!


Powąchaj swoje dziecko! 

Sprawdź, czy nie musi używać antyperspirantu naszej firmy!

Tak będzie, mówię Wam.

sobota, 25 września 2010

Piątek, nie trzynastego

Jadę w piątek na kontrolę do specjalisty. Szpital tez specjalistyczny i jak na polskie warunki znakomicie zorganizowany. "Obsługa" pacjentów odbywa się komputerowo, informacje krążą między piętrami i prawie same drukują się u kolejnych lekarzy, pielęgniarek, laborantów itd. Zawsze byłem zadowolony, że mogę (niestety pewnie muszę...) kontrolować się co pół roku w przyzwoitych warunkach.

Podchodzę do maszynki, która drukuje mi numer kolejkowy. Ten numer wyświetla się nad kolejnymi okienkami, gdzie kieruje się rejestrujących się do różnych lekarzy, na różne badania. Czekam do godziny 7, bo od tej godziny zaczyna się rejestracja. Mam numer 14.

Nagle w rejestracji widzę dość nerwowo zachowujące się pielęgniarki. Coś jest nie tak, bo pokazują sobie wzajemnie coś na ekranach ich szpitalnych komputerów. Parę minut po 7. Patrzę na ekran, gdzie powinien błyszczeć numer pacjenta, a tam "Numer 900 (!) do okienka nr 3."

Takiej liczby to tam chyba jeszcze nigdy nie było.

***

W szpitalu każde drzwi otwiera się przy użyciu elektronicznego klucza. Kawałka plastiku przyciskanego do odpowiedniego czytnika. Idę pod gabinet, gdzie ma mnie lekarz skierować dalej. Kolejny brak współpracy budynku - elektroniczny klucz został zatrzaśnięty WEWNĄTRZ gabinetu i prawie NIKT nie może teraz tam wejść. Pacjenci czekają, Zbliżają się dwaj panowie w roboczych kombinezonach, jeden niesie łom...ale ustępują, nie chcą zniszczyć wejścia.

W końcu z odsieczą przybywa ktoś z Administracji.

***

Kiedyś kręcono masę filmów o tym, jak to maszyny się zbuntują i rodzaj ludzki przestanie istnieć. Myślę, że spotkało mnie coś a propos...

czwartek, 23 września 2010

"...a kiedy mi się podoba..."

Oglądam TVP2. Kanał z misją. Reklama/zapowiedź nowego szoł - "Wielka draka dla dzieciaka." Luźni rodzice, cwane dzieci, gość specjalny, szczerzący się rechotliwy prowadzący. Luz-blues.

I jak się w telewizji publicznej reklamuje ten familijny program?

"Czym zaskoczy nas SEKSOWNA prezenterka pogody?"

(Cytuję trochę wiernie, ale słowo wytłuszczone padło obok prezenterki, która wchodzi do studia w mundurku stewardessy)

***

Poranny przegląd portali informacyjno-rozrywkowych. Rzucają się słowa typu ORGIA, SEKS, PORNO, GORĄCA, PROSTYTUTKA, IGRASZKI, GŁĘBOKI DEKOLT.

***

Znajoma nauczycielka przeprowadziła z gimnazjalistkami ankietę o miłości. Z czym się kojarzy?
"Minetka" - pada jedna odpowiedź.

***

Znajoma pani pedagog z pobliskiego dużego miasta opowiada o "galeriankach" z jej szkoły. Najmłodsza ma 9 lat. Na pytanie o to, czy za to jej ktoś płaci, czy otrzymuje prezenty, dziewczynka mówi: "Płacą, dają rzeczy, a kiedy mi się podoba, to nic nie biorę."

"Opiekunowie" mają zazwyczaj około 50-60 lat.

wtorek, 21 września 2010

Kto ma gorzej?

W pokoju nauczycielskim.

Jedna pani mówi:

- Ja dzisiaj osiem godzin siedzę. Od 8 rano osiem godzin. Wyobrażacie sobie? Bez żadnego okienka.

A ksiądz katecheta na to:
- Ja też mam tyle godzin, ale mam okienko, ale w tym okienku muszę zdążyć pogrzeb odprawić.

poniedziałek, 20 września 2010

Kontratak

Wczoraj teściowie i siostra Żony z mężem pojechali na grzyby. W tajemnicze miejsce, gdzie dociera się 1,5 godziny i trzeba niemal z maczetą przedzierać się przez chaszcze. Opłacało się - jak policzyli, nazbierali 12 (!!!) wiader grzybów. Pełny bagażnik dużego samochodu typu kombi.


My nie jechaliśmy - raz że Żona wchodzi w ostatni trymestr ciąży, dwa że Synek nam się rozłożył. Klasyczna "trzydniówka" - w sobotę gorączka od 37 do powyżej 39. Noc koszmarna, cała niedziela noszenia go (moje plecy biedne...). Na szczęście jakoś z tego wychodzi. lekarka, która go miłosiernie w sobotę przyjęła podejrzewała zęby - tym bardziej, że żadnego kataru, kaszlu ani zawalonego gardła nie miał.



Walka z kilogramami grzybów trwała do północy. Wygrzebano z pamięci każdą możliwą możliwość ich przetworzenia. W śmietanie, do octu, do worków i do lodówki. Oczywiście wcześniej trzeba było te hałdy oczyścić z piasku, igieł drzew i nadpsutych fragmentów.

 Około 23 Żona wchodzi do kuchni. Patrzy na pobojowisko grzybowe, w jakim znaleźli się jej rodzice. Cała kuchnia jak zakład przetwórstwa wyglądała. Teściowa właśnie pakowała do worków foliowych grzyby, by je zamrozić. Żona kątem oka spojrzała na pojemnik z grzybami i coś jej zaczęło się nie zgadzać. Uważniejsze spojrzenie - jeden grzyb się rusza!

Co się okazało - to był ślimak. Rodzaj obleśnego stwora bez skorupy. Chciał się dostać między grzyby i co dalej? Zamrozić, byśmy go zjedli za kilka miesięcy?!

Pewnie zemsta za to, że w sierpniu rozdeptałem bosą stopą identycznego.

Co za wyrafinowana zemsta!

piątek, 17 września 2010

Niedobry ja

Wieczór. Synek zasypia. W zasadzie usiłuje zasnąć, bo na ulicy, tuż pod oknem, rozkraczył się jakiś (pseudo)wypasiony wóz. Stojący obok młodzi chłopacy rechoczą, mamroczą coś, by za chwilę wybuchnąć śmiechem. Z otwartego samochodu wybrzmiewa rytmiczne dudnienie.

Ja wściekły, bo Synek, gdy coś mu przeszkadza na drodze do zaśnięcia, staje się coraz bardziej pobudzony i w końcu możemy zapomnieć o spaniu.

Do Synka przychodzi Mama – próbuje mu coś opowiedzieć, ale szanse są nikłe – dudnienie zza okna nie ustaje.
Idę tam! Gotowy na utarczkę, na jakieś złośliwe komentarze, na rechot lub zignorowanie.

Podchodzę do zaparkowanego na skos samochodu i mówię, gdzie jest problem:
- Przepraszam, panowie, ale od pół godziny próbuję uśpić dziecko i nie mogę, bo tak hałasujecie.
- Dobrze, przepraszamy, będziemy cicho.

Zamurowało mnie. Liczyłem na sparing, a tu…

Źle to o mnie świadczy, to podejrzewanie innych o złą wolę lub o odgryzienie wyciągniętej ręki.

sobota, 11 września 2010

W psychologicznym przedszkolu

 Dawno nic o szkole nie pisałem, bo i czasu nie starczyło - wrzesień i jego początek to tradycyjnie najbardziej pochłaniający energię i czas okres.

Postanowiłem, chcąc nie chcąc, być porządnym wychowawcą. Organizować, prowadzić, podpowiadać, pilnować systematycznego uzupełniania dziennika, ścigać uczniów za opuszczone godziny. Cały ten młyn, którego się zawsze bałem, ma mi być teraz bliski, kochany, arcyważny.

I takim chcę, żeby się stał - ja, encyklopedyczny przypadek roztrzepania i niedoróby, muszę być bardziej zorganizowany. Brzmi śmiesznie dla kogoś, kto mnie zna - "miły, ale polegać na nim nie można..."

Więc zacząłem - mam piękny nauczycielski kalendarz i notuję sobie nawet najmniejsze zadania do wykonania. Nawet totalne drobiazgi. I gdy to zrobię - odkreślam na czerwono. Sprawia mi to niesamowitą radochę. Nawet najmniejsze skreślenie czegoś z listy obowiązków.

Taka prostacka metoda, psychologiczne przedszkole, ale jakoś działa.

Chociaż minął dopiero pierwszy tydzień nauki i metoda może szybko się znudzić, by wylądować w końcu na śmietniku historii....ehhhhh


PS

Największy sukces - zorganizowałem mojej klasie biwak integracyjny - coś, co inni robią od ręki, jak przezywałem całe wakacje.

Jak biwak się uda, dam znać. Dziś przezywam atrakcje, jakie mogę im zapewnić i "atrakcje", jakie uczniowie mogą zapewnić mi...

środa, 8 września 2010

Mała rzecz a cieszy...

Stoję na przystanku. czekam na autobus. Sporo ludzi. Z reguły okupantami przystanku są młodzi uczniowie okolicznych szkół zawodowych wracający do swoich siół. Bluzy z kapturami, szerokie spodnie z barwnymi plamami na nogawkach, plecaki walające się w kurzu trotuarów.

Jeden z takich młodzieńców pali papierosa - na przystanku, co jest pogwałceniem prawa i jeszcze strasznie mnie wkurza, jak ktoś fajczy w tak młodym wieku.

Już mam interweniować, coś się odezwać, zwrócić uwagę - oczywiście nie stałoby mi odwagi. Grupka była silna, więc naraziłbym się na stek obelg lub przynajmniej śmiech szyderczy.

Odwracam się i w dosłownie 5 sekund później na przystanku zatrzymuje się wóz strażników miejskich. Wychodzi z niego wysoka ruda lokowata funkcjonariuszka, istny sen, fantazja erotyczna, podchodzi do młodocianych wesołków i prosi o legitymacje szkolne.

Tuż za nią staje jej partner - może już mniej "fantazyjny", ale za to wzbudzający słuszny respekt, i zaczynają wspólnie wystawiać mandat dla miłośnika nikotyny.

Och, jutro pomyślę o czymś przyjemniejszym, a nuż...

niedziela, 5 września 2010

Lady Gaga od kuchni

Pojechaliśmy po większą kołderkę i poduszkę do wielkiego znanego na całym świecie skandynawskiego sklepu meblowego (blog nie jest sponsorowany, więc nie zdradzę nazwy, ale powiem tylko tyle, że w jego nazwie ukrywają się litery E, I, A i K.). Ludzi jak zwykle pełno, co mnie jak zwykle wkurza.

Zanim ruszyliśmy w wir zakupów, chcieliśmy się nieco posilić. Wpadamy do samoobsługowej "restauracji" serwującej między innymi makaron po szwedzku (w życiu już nie zjem szyjek raka...), klopsiki szwedzkie i szwedzkie ciasta.

Snuję się przed "wystawami", gdzie zgromadzono gotowe dania czekające na wzięcie, jakiś poważnie wyglądający kucharz przedstawia dania dnia, za nim, w kuchni, parują gotujące się potrawy i uwijają się kucharze.

- Coś podać? - pyta mnie uprzejmie.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, słyszę śpiew. Znad garnków.

-  Ale-ale-jandro Ale-ale-jandro

Starszy, obsługujący mnie kucharz, krzyczy:

- Zamknij się! Głowa mnie boli.

Odzew:

- Ale-ale-jandro Ale-ale-jandro Roberto!

Inni kucharze:

- Przestań to śpiewać!

-  Ale-ale-jandro Ale-ale-jandro Roberto!

PS

Dla niewtajemniczonych. Lady Gaga (bo to jej piosnkę śpiewał kuchcik)  nie tylko psuje gust odbiorców jej "sztuki", ale potrafi zepsuć atmosferę w pracy, gdzie na chleb zarabiają jej fani...





 

piątek, 3 września 2010

Kto przy tym był?

Tak mówiła moja Mama, gdy coś sobie zrobiłem (nabiłem guza, rozwaliłem kolano na betonie, poharatałem łokcie spadając z drzewa i tak dalej). To był taki słodki sposób okazywania matczynej troski...

Dziś powiedziałaby mi to samo.

Piątek. 4 rano. Synek się budzi i krzyczy: Tata Tomek!

Ja zrywam się z łóżka. Pół śpiący, w hipnozie, podnoszę się, by iść zrobić mleko temu nicponiowi. Winduję się na prawej ręce, gdy nagle dłoń wyślizguje się spod ciała i całe ciało moje (całkiem spore) ląduje na jednym palcu, na kciuku.

Ból oszałamiający, jak za czasów lekcji wychowania fizycznego, gdy ciężka piłka do koszykówki spadała nie do wnętrza wysuniętej dłoni, ale na czubki palców, które wyginały się w groteskowy sposób.

Ból taki, że wkładam dłoń pomiędzy uda i usiłuję nie jęczeć. Już mam wizję tego, że skończę z opuchniętą dłonią, gipsem i opinia tego, który krzywdę sobie zrobił we własnym łóżku. Brzmi dwuznacznie może...

Cały dzień dziś nie mogę niczego złapać w zaciśniętą dłoń. Kciuk automatycznie się kurczy. Zgina się, gorzej z wyprostowaniem.

Kto przy tym był?

Tu mnie boli, o tu... 

czwartek, 2 września 2010

Lubię, ale...

Wśród podglądanych blogerów (Was, moi Drodzy) rozkręciła się gra polegająca na wymienianiu lubianych rzeczy. Postanowiłem, przekorna dusza, nieco zmodyfikować ją i nieco uważniej przyjrzeć się swoim "lubieniom":

  •  kawa, lubię jej mitologię, czerń i biel reklam, filiżanki, włoskie kawiarnie wtulone w renesansowe mury, kolor kawy z mlekiem, zapach, barwę, a jednocześnie to smutny towarzysz niedoli, przeciagających się rad pedagogicznych lub niedospanych nocy,
  •  jesień, jej barwy, liście walające się na chodniku, suche, szeleszczące pod butami jak stos podartych pergaminów, a jednocześnie brak światła, perspektyw, ogołocone gałęzie, nuda i upiorna płycizna wlokących się dni, depresja, autentyczna, odcinająca od życia,
  • rodzinne miasto, dzieciństwo i młodość spędzona na boiskach, w bibliotekach, księgarniach i antykwariatach, przyjaciele i rodzina, a jednocześnie sklepy obuwnicze w miejscach, gdzie były księgarnie, "wyjechani" przyjaciele i najbliżsi mający już innych najbliższych,
  •   piłka nożna, oglądanie jej z Ojcem i Braćmi, emocje, gra, ostre faule, akcje, rozpaczliwe dogrywki i finały rozgrywek, a jednocześnie dziś komercja, twarze boiskowych "twardzieli" na paczkach chipsów,
  • ludzie, jak napisał Mickiewicz w jego kompletnie nieznanym wierszu "Nowy Rok": Kochać świat, sprzyjać światu, z daleka od ludzi. 

Zaciemnienie

 
Wracam z Synkiem ze spaceru. Wiał silny wiatr, taki jesienny, więc nie jeździliśmy zbyt długo. Podjeżdżamy pod drzwi, dzwonimy i nikt nam nie otwiera. Dzwonimy znowu. Nic. Dzwonek często się zacina, więc ok., pukamy, a w zasadzie łubu-dubu w drzwi.

Otwiera Żona i mówi, że prądu nie ma. Jakoś się nie zdziwiłem, bo wiatr porywisty, więc może coś poszarpał. Była godzina 18, chmur na niebie nie brakowało, więc dom zaczynał robić się ciemny. Mroczny nawet.

Pojawiały się pierwsze problemy – a to ktoś chciał się kawy napić, a to telefon błagał o ładowarkę, a to Synek biegał i upominał się o emisję „Klubu przyjaciół Myszki Miki”, a tu wszystko, co na prąd, leżało jak porzucona padlina. Nawet książeczek nie czytaliśmy, bo półmrok gęstniał, a siadając z Tymkiem obok palącej się świecy, niczym innym oprócz tańczącego płomyka zainteresować go  nie można było.

Groza, jaka ogarnia człowieka, na myśl o tym, jak niewiele trzeba, by całkowicie zdemolować jego ledwie co poukładany świat. Jedna awaria i koniec.

Pamiętam z czasów głębokiego dzieciństwa, jak to w latach 80 wyłączano prąd ze względu na różne „stopnie zasilania.” Pamiętam nasze z braćmi zabawy, gdy w całkowicie czarnej kuchni, nie widząc się wzajemnie, rzucaliśmy się kapciami… 

Ale wtedy to była norma – dziś brak prądu to kaplica. Wszystko stoi, każdy nerwowo szuka świeczki, zapałek, sklepy się zamykają, bo kasy fiskalne nie mogą niczego potwierdzić, a automatyczne drzwi trzeba otwierać na siłę…

Ja tymczasem już snułem teorie spiskowe (robię to zdecydowanie za często, skłonność paranoika), że celowo firma energetyczna wyłączyła prąd, bo gmina, w której mieszkam, procesuje się z nią o jakieś linie wysokiego napięcia.

Włączyłem nawet radio, by pierwsze radośnie odtrąbiło powrót mocy. Zagotowałem garnek wody, by zrobić młodemu mleko na noc.

Około 20 było po strachu.

Światło.