czwartek, 30 grudnia 2010

Renament? Remament? Przyjęcie towaru!

Zbiór najdziwniejszych fotek z mojej ukochanej Nokii.

Bez komentarza. Interpretacja dowolna. Analiza takoż.








NO FUN!

Jutro Sylwester. Od lat stres, bo obowiązek zabawy, radochy, wrzasku i petard.

Od lat wkurzające pytania w stylu "Co robisz na Sylwka?"

Od lat zdziwienie, że wolałbym go przespać lub pogapić się w TV.

(By nie być jednowymiarowy, wspomnę o paru udanych pożegnaniach roku spędzonych w towarzystwie Żony. Najmilsze - w kinie MUZA, Poznań, 3 filmy, które dopiero za kilka miesięcy miały ujrzeć światło projektora.)

Od lat te same teksty w mediach, jak odstresować bojące się petard psy. Psy... Ja od 3 lat drżę, by żaden fajerwerk nie obudził mi dziecka, teraz już dzieci...

A zatem NO FUN...



PS

Jak jeszcze raz usłyszę o globalnym ociepleniu, to wybuchnę pustym śmiechem.

Odśnieżałem wczoraj dach zielarni mojej teściowej...

środa, 29 grudnia 2010

"Nie gromadźcie sobie skarbów na tym świecie..."

Tak. Te słowa Chrystusa jak rzadko które należałoby powtarzać współczesnemu człowiekowi. No, ale człowiek człowiekowi nie jest równy. W tym duchu odczytuję list, jaki napisał arcybiskup Michalik do kapłanów w Polsce.

Szczególnie jeden jego fragment jest mi szczególnie miły: "Ofiara za posługi duszpasterskie zawsze musi pozostać ofiarą i być uzależniona od indywidualnych możliwości konkretnej osoby.” 


Ważne te słowa, bo jeszcze 2-3 miesiące i trzeba będzie pomyśleć o chrzcinach Córy.



Przy pierwszym sakramencie Tymka NIE PŁACILIŚMY NIC. Nawet się nas nie zapytano o pieniądze, tym bardziej że chrzciny odbywają się w czasie "zwykłej" sobotniej mszy. Żadne tam wyjątkowe nabożeństwo - msza jak co sobotę.



Ale czasy się zmieniły - stary proboszcz odszedł na emeryturę i trafił do nas dobrze znany w okolicy kapłan prowadzący...hmmm... dość kontrowersyjny tryb życia. (Nie wchodzę w szczegóły, zachowam je na inny czas)

Do tego stopnia jestem do niego uprzedzony, że pół mszy ostatnio myślałem o tym, jakie hasła mu zaserwować, gdy poprosi o "drobną opłatę" za sakrament. Obsesja. Moja oczywiście.

A z drugiej strony może wcale mnie nie spotkać sytuacja, gdy musiałbym przypomnieć mu parę cytatów z Nowego Testamentu lub zapytać o znaczenie słowa "katolicki."



Może fakt, że 5 lat uczyliśmy w jednej szkole zaowocuje brakiem "co łaska według cennika parafii"?

Nie wiem.

Wiem jedno - gdy w zenicie mojego wewnętrznego starcia z proboszczem spojrzałem na figurę Chrystusa, powiedziałem sobie Jego słowami: "To dla mnie tu przychodzisz..."

I się uspokoiło.





wtorek, 28 grudnia 2010

Wściekłość i wrzask

Ostatnio zrozumiałem, jak Szekspir wpadł na słowa patrzącego na swoje życie Makbeta. 

"Życie to sen wariata, pełen wściekłości i wrzasku."

W domu się nieco dzieciaki popsuły. Przez pierwszy tydzień nie mogłem się wprost nachwalić Córy - spokojna, nie płacze za dużo, śpi. Zero stresów. Dziecka nie było. Od tygodnia jest gorzej. Męczy ją brzuch, długo i głośno płacze, uspokaja się najczęściej przy piersi, a i to nie zawsze... Długo trzeba ją nosić. ma całkowicie nieuregulowany rytm dobowy, więc czasem myli dzień z nocą.

Cóż - takie życie... Z pierwszym było podobnie, ale już chyba zdążyłem zapomnieć o tym.

A pierwszy? 

Synek, którego chwaliłem, że ze stoickim spokojem przyjął siostrę, teraz zaczyna w dramatyczny sposób zwracać na siebie uwagę. Kaprysi, usiłuje przekraczać wyznaczane granice (popisał flamastrem ścianę) krzyczy i pyta "Kto się obudzi?", bywa autentycznie niegrzeczny. Oto efekt jego wczorajszego ataku:




Myślałem, że wyszarpie mi pół dłoni...

PS

Ale jakoś się trzeba trzymać.

No bo w końcu co, kurcze blade?

czwartek, 23 grudnia 2010

Abstrakcja stygmatyzuje

Jak, nie chcąc tego, zatruć uczniom (niektórym) żywot na ostatniej lekcji w roku kalendarzowym?

Już tłumaczę.

Kończymy średniowiecze. Temat spokojny - fragmencik "Boskiej komedii" Dantego. Polecenie banalne - "Na podstawie fragmentu z podręcznika NARYSUJ Lucyfera."



Jakiż jęk się podniósł! Jak to marudzili! Jak się zarzekali, że talentu nie mają, że to jest język polski a nie jakaś plastyka.

Jedna dziewczyna się na mnie autentycznie obraziła. Siedziała, wbijając wzrok w moją osobę i drapiąc pazurkami zeszyt.

Gdy się wybrałem na przechadzkę po klasie, połowa zasłaniała swoje dzieła, a druga połowa dała wyraz całkiem przyzwoitych umiejętności - Lucyfer nawet jakoś tam siebie przypominał.

Jednak nieco drażnił mnie ten ich wstręt do rysowania. ( Ja wciąż coś rysuję na tablicy - a to Wertera strzelę, a to Konrada, co grozi Bogu)

- Nie wiem, czemu się tak buntujecie... Przecież mieliście plastykę w gimnazjum.
- Mieliśmy - odpowiadają - ale my głównie abstrakcje rysowaliśmy...

PS

Już widzę moich uczniów za kilka lat.

- Tato, narysuj mi wiatrak.
- Daj kredkę.
Po chwili.
- Tato, co to jest?
- Wiesz, dziecko, tatuś w szkole tylko abstrakcje rysował...

Niech...


...małe rzeczy nie zasłonią wielkich.

Tego Wam życzę, Drodzy Moi...

wtorek, 21 grudnia 2010

Scrooge wraca (jak co roku)

Słyszę od znajomej (nie podsłuchuję, po prostu słyszę):

- Najważniejsza to ta Wigilia. Posiedzieć przy stole. Porozmawiać. Dzieciaki mają prezenty. W spokoju kawę wypić. Bo potem, te następne dwa dni, to już tak się wszystko kończy... To już nie to.

Potem obraz ten nakład mi się na stada. Dosłownie stada ludzi walczących w kolejkach i między półkami o towar. Stada w kolejkach do kas (znajomy pojechał do Tesco i 40 minut stał, by zapłacić za kilka drobiazgów), stada szukające okazji, stada walczące o miejsca na parkingach.

To wszystko krzyżuje mi się z domową nerwówką - wysprzątać, ugotować, wykrochmalić, przystroić, posiekać, wypatroszyć, wstawić, zalać, odczekać i tak dalej.

Potem zanurzamy się w sielską-anielską wizję stołu. Rodziny, daj Bóg niepokłóconej ze sobą, niepijącej alkoholu w tym dniu, rodziny, bez której się NIE OBĘDZIE ŻADNE ŚWIĘTO RELIGIJNE.

I finalne pytanie - dlaczego nie ma w naszej tradycji świąt religijnych NIEZANURZONYCH  we wspólnocie?



Dlaczego zawsze wszystko razem, do kupy?

Kocham Żonę, Dzieci, Rodziców, Braci, ale wciąż mnie nurtuje to pytanie...

Nie zamieniłbym moich bliskich (tych najbliższych) na żadnych innych, ale wciąż gdzieś ta tęsknota, o której pisał Mickiewicz:


Gdy tu mój trup w pośrodku was zasiada,
   W oczy zagląda wam i głośno gada,
Dusza w ten czas daleka, ach, daleka,
   Błąka się i narzeka, ach, narzeka.

Jest u mnie kraj, ojczyzna myśli mojej,
   I liczne mam serca mego rodzeństwo;
Piękniejszy kraj niż ten, co w oczach stoi,
   Rodzina milsza niż całe pokrewieństwo.

Tam, wpośród prac i trosk, i wśród zabawy,
   Uciekam ja.





poniedziałek, 20 grudnia 2010

Daj, ać ja pobloguję, a ty poczytaj

Lekcje o najstarszych zabytkach języka polskiego mogą być nawet zabawne.

Najpierw opowiadam uczniom o najstarszym zapisanym polskim zdaniu - Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj

                      


Biedacy, urodzili się nieco za późno, by zrozumieć coś więcej niż "Daj" , "ja", "a ty." No i jeszcze to "pobruszę" - dopiero mój schematyczny rysunek żaren coś jakby wyjaśnił. 

Oczywiście podniosły się głosy, że mieliśmy bardzo dżentelmeńskich panów w średniowieczu, skoro wyręczali w tak ciężkiej robocie swoje kobiety. 

Piękne są te początki języka polskiego. Gorzej mają Włosi - tam, o ile mnie pamięć nie zawodzi - pierwsze zdanie po włosku pojawiło się na bodajże jakimś fresku lub ilustracji przedstawiającej powstawanie potężnej budowli. Kilku ludzi wlecze za sobą potężny blok skalny (kolumnę?), ale nadzorujący ich majster krzyczy:

"Ciągnąć, skur&*$#@ syny!"

***

Potem wpadliśmy z klasą w tekst literacki - "Lament świętokrzyski." Piękny wiersz. Uniwersalny i przejmujący. 

Ale pojawia się tam linijka "Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory", i te maciory co roku uruchamiają lawinę śmiechu i komentarzy w stylu:

"Ej, jak przyjdziesz dziś do domu, to powiedz matce - Macioro, co jest na obiad?"

"A mówią, że facet to świnia."

Ja oczywiście tłumaczę cierpliwie, że to bardzo archaiczne słowo, a na przykład słowo "kobieta", dla nas neutralne, w średniowieczu było dość obraźliwe dla płci pięknej.

Nie zagłębiałem się w pierwotne rozumienia słowa "kutas", który to był kiedyś czymś "dyndającym, zwisającym, pomponem lub frędzlem."

Tak lekko sprośnie, kończę na dziś.




niedziela, 19 grudnia 2010

Kiedyś było realniej...

Dziwnie to brzmi, gdy jest się tak uzależnionym od netu jak ja. Co zrobić? Poczta, blog, recenzje, filmy, znajomi jacyś tam...

Muzyka istniejąca w sieci zanim się pojawi. Filmy istniejące w sieci zanim się pojawią. Ludzie istniejący w sieci...

Naszło mnie, gdy przeczytałem recenzję filmu (świetny "Dazed and confuzed" Linklatera. W Polsce znany jako "Uczniowska balanga", co jakoś wypacza pierwsze skojarzenia) opowiadającego o jednej dobie z życia amerykańskich nastolatków z jakiejś mieściny. Lata 70. Początek wakacji. Nic się nie dzieje. Bohaterowie snują się. Próbują pierwszych dorosłych rozrywek, dziczeją, zawierają głębsze relacje itd.

Samo życie. Zero stylizacji.

A co było w recenzji fana(tyka) tego filmu? "Kiedyś były czasy, gdy ludzie spotykali się naprawdę. Słuchali muzyki na żywo, czekali w kolejce przed sklepem na płytę, by kilkanaście razy dziennie czytać spis utworów, nauczyć się na pamięć składu zespołu, sprawdzać, kto i co dał z siebie. A dzisiaj? Po 5 minutach masz niemal każdą piosenkę, jaką chcesz. Muzyka przestała mieć wartość. Po 5 minutach masz pięciu nowych znajomych. Znajomi przestali mieć wartość."

Trzeba coś więcej dodawać?

Tak się cieszę, że żyłem (świadomie) w czasach, gdy szczytem techniki był komputer Amiga i gry odpalane z kaset - kto miał, wie o co chodzi...

Może to takie marudzenie starzejącego się człowieka ;-)

ale mi się naprawdę wydaje, że onegdaj było realniej...

sobota, 18 grudnia 2010

Zmęczeni zimą? Obrazek+piosenka

Zazdrość jest beee

Tak. Synek bywa zazdrosny. To zrozumiałe u starszego dziecka.

Częściej zazdrosny jest o mnie, bo ja teraz jestem jego terytorium, gdy Kalina zawłaszczyła sobie mamę.

Jednak i u niego pojawia się podstawowy odruch z cyklu "Gdzie jest moja mama?"

Kąpię Synka. Już go wyciągam z wanny i obwijam w ręcznik. Zawsze robiła to Żona, ale teraz była zajęta.

- Chcę mamę - woła Tymek.
- Mama jest zajęta - tłumaczę mu.
- Co robi?
- Karmi Kalinkę.

Synek myśli i myśli, w końcu celnie punktuje:

- Babcia też ma piersi...

wtorek, 14 grudnia 2010

Fucha

Udało mi się w łatwy sposób zarobić nieco kasy, ale kosztowało mnie to trochę nerwów i parę gorzkich myśli.

Od początku: moja Żona od kilku lat prowadzi konkurs recytatorski organizowany przez tutejszą bibliotekę publiczną. Trzeba się dwa razy pokazać, przygotować słowo wprowadzające, przedstawiać kogo należy i ładnie wyglądać (to ostatnie raczej mi w porównaniu z Żoną nie wychodzi).

2 tygodnie temu prowadziłem eliminacje. Zgłosiły się... 5 osób (!), z czego jedna nie przyjechała.Samo jury składało się z 4 osób, więc zapachniało załamką. Cóż...zima, sobota, grudzień... Może to jakoś tłumaczy tę sytuację, ale przecież nie do końca.

Tydzień później w miejscowym ośrodku kultury prowadzę "galę" - z wszystkich (!) czterech osób przyjechały ...dwie. Osób na widowni - komplet i to mnie pocieszyło, bo dodatkową atrakcją wieczoru był koncert zespołu GOOD STAFF, wykonującego melodyjną, żywiołową odmianę poezji śpiewanej do słów Staffa, Asnyka i innych mistrzów.

Żadne tam pitu-pitu w stylu: "Och, moje Bieszczady, jaki jestem wrażliwy, zaraz się rozbeczę..."

Dali koncert, że mnie, starego złośliwca i malkontenta, momentami zatykało. Piękna wokalistka, barwni instrumentaliści i na nowo poodkrywane niektóre wiersze. Wieczór w stylu "Musimy już iść do domu?"

Był bis, burmistrz mojego miasteczka wyręczył mnie, zakończył imprezę i pożegnał wszystkich. Rozeszliśmy się przez mokrą śniegową sobotę - każdy z czymś w sercu. W to wierzę.

*** Na gorzko***

Na widowni  średnia to 55 lat. Same panie w wysoce balzakowskim wieku. Umalowane, wyczesane, odświętne.

- To kierowniczka biblioteki z .... i czytelniczki - szepnęła mi do ucha pani dyrektor naszej biblioteki.

Młodzi? Może 3 lub 4 osoby. Nie chce się. Nie chce się nikomu.

(Ostatnio w TV widziałem taką akcję: miało być wysłuchanie publiczne w sprawie reformy służby zdrowia. Do zabrania głosu zapisało się tyle osób, że liczono się z tym, że wszystko potrawa do godzin nadrannych. Skończyło się około 13, bo ludzie...nie przyszli, choć wcześniej deklarowali. Echo frekwencji Polaków w czasie wyborów tu pobrzmiewa - mamy wszystko w nosie, ale jak się nie podoba, to pierwsi do rzucania mięchem...)

Chwała tym kilkudziesięciu osobom za to, że im się wciąż chce. Że nie utonęli w "Tańcach z małpami" lub w innych człekokształtnych programach rozrywkowych.

A co nas czeka od 2011 roku? - podwyżka cen książek.

Zgłupiejemy do reszty.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

W razie czego to nie ja...

Od wakacji uczymy Synka, żeby umiał się przedstawić i podać swój adres. Początki trudne, bo brzmiało wszystko tak, jakby był potomkiem (nomen omen) węgierskich emigrantów. Teraz jest już rewelacyjnie - przy odrobinie dobrej woli można nasz dom namierzyć przez Google Earth.

"Tymek (nazwisko), mieszkam na ulicy Wojska Polskiego 4 w (miasto)"


Ale to tylko wstęp do dzisiejszej odsłony przygód młodego dżentelmena.

Wczoraj przyłapałem do na przyklejaniu plasteliny do ściany. Nie wolno mu tego robić, więc się pytam:
 - A kto to poprzyklejał plastelinę do ściany?
 - Jakieś dziecko - odpowiada Synek.
 - Jakie dziecko? A gdzie ono jest? - staram się być podchwytliwy.
 - Mieszka na ulicy Polska Wojskiego.... pięć!

Zamiana pierwszych liter nie była przypadkowa. Autentycznie! Jeszcze parę razy zrzucił winę na swojego niegrzecznego sąsiada.

A jakby Wam, nie daj Boże, coś udało się spieprzyć w pracy - polecam ten sposób obrony.

Skuteczny.

sobota, 11 grudnia 2010

Przyszły młynarz?

Wiecie, jak jest. Jedni zbierają rybki, drudzy hodują znaczki. Przedziwne są światy naszych fascynacji – często sami nie wiemy, co może zainteresować lub popchnąć na nowy tor naszą nudną i przewidywalną egzystencję…


Ja nigdy nie przypuszczałem, że stanę się ekspertem od holenderskich wiatraków. Za sprawą Synka oczywiście. Ten młody człowieczek od całych miesięcy każe sobie emitować via Internet wszelkie możliwe filmy związane z wiatrakami, młynami wodnymi, wiatrakami solarnymi, z wszystkim, co się obraca, terkoce, ma w środku tryby i z czego sypie się mąka…


Ukochana piosenka Tymka to oczywiście coś a propos tematu. Ładna, melodyjna, nic z niej nie rozumiem, ale przyczepia się. Jakość może nie za bardzo, ale Synkowi to wystarcza w 100 %.









A jak sprawy na linii starszy brat, młodsza siostra? Żartując sobie, odpowiadam: „Tak jak moje podejście do uczniów – życzliwe ignorowanie.”


Na serio – Żona wymyśliła, że nastąpił podział ról. Ona ma Dzidzię, ja mam Synka. Gdy coś zaburza ten układ (biorę Córę na ręce), młody protestuje. Gdy mama nosi Kalinę, jest OK. Gdy ja się nią zajmuję, płacz i marudzenie Synka.


A taka scenka z wczoraj – wychodzimy na dwór. Ja już ubrany, teraz kolej Synka. Kombinezon, szalik, czapa, rękawiczki…

- Idziemy – mówię i otwieram drzwi.
- Tata – woła mały – buty!


I pokazuje na swoje bose stopy…






wtorek, 7 grudnia 2010

Rodzaj błękitu

Jak wszystkie moje dzieci (ok, jedno na razie) Kalina też w czasie snu jest otaczana dźwiękami, by nie przyzwyczaić jej do sterylnej ciszy.

Słucha więc sobie płyty Milesa Davisa "Kind of blue." Przez sen, ale zawsze edukacja muzyczna jakaś jest.


A tak sobie wygląda.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Dwóch panów

Taka scenka. (Z cyklu "Życie pisze najlepsze dialogi")

Market. Stoję z pieluchami przy kasie. Nagle do sklepu wchodzi jakiś facet w średnim wieku. Widać, że to ktoś znany, stały klient czy dostawca, bo kasjerki wołają do niego:

- Dawno pana nie było u nas!

Okrąglutki, lekko łysiejący ochroniarz chce się załapać na pozytywne wibracje i mówi:

- No, stęskniłeś się za nami, co?

A gość na to:

- Chyba ty się stęskniłeś. Ja na parady nie chodzę.

Jest!!!

W niedzielę o 11:50 na świecie pojawiła się nowa dziewczynka. Kalina.

Naturalnymi siłami Matki Natury, przy nawoływaniu wszystkich zaprzyjaźnionych Świętych, w czasie 1,5 godziny od przyjazdu do szpitala.

3,650 kg, 56 cm wzrostu.

Mama czuje się średnio, Córa - śpi lub ma czkawkę.

Na ramionach Taty Tomka się uspokaja.

Jak dobrze pójdzie - we wtorek już w domu.

I będzie komplet.

Nowy komplet.


PS.

Zdjęć nie ma jeszcze - komputer wciąż w stanie śmierci klinicznej.

piątek, 3 grudnia 2010

Fakty

Fakt - termin porodu Córy miał tkwić pomiędzy 21 a 23 grudnia.

Fakt - wczoraj Żona wróciła z ostatniego badania i okazuje się, że może w każdej chwili urodzić.

Pani Doktor mówi: "Jakby pani po tym badaniu poczuła skurcze, to wezwę karetkę."

Fakt - stres jak jasny gwint...

czwartek, 2 grudnia 2010

Nie będzie o śniegu...

Koleżanka układa zdania z gramatyki języka łacińskiego.

- Gdyby wątroba była niezniszczalna... - głośno myśli.

- ...zabrakłoby alkoholu na świecie - kończę za nią.

***

Za dwa tygodnie będziemy mieli piękny prezent na Boże Narodzenie. 4,5 godziny szkolenia z pierwszej pomocy.

Bulwersujemy się na potęgę.

Ksiądz znajduje wyjście z sytuacji:

- Ja na to nie idę, mnie zawsze wzywają, gdy pomoc już nie jest potrzebna.

wtorek, 30 listopada 2010

Nie, jedno wielkie, nie....

Wczorajsza Rada oczywiście była jedną wielką  stratą czasu. Wystylizowane Panie Wizytatorki natchnionymi głosami opowiadały, do jakich wniosków doszły badając naszą szkołę. Oczywiście wszystko to jest tajemnica, więc za dużo nie napiszę.

Dodam tylko jeden zabawny passus - jedna z nich była na mojej lekcji i na lekcji kolegi polonisty też. W ramach wniosków dopisano, że "nauczyciel trzymał rękę w kieszeni i nie patrzył na uczniów."

Taaaa....gdyby wzrok mógł zabijać, poszedłbym z miejsca do Ministerstwa "Edukacji" i popatrzył na panią
Hall (of Shame).

Urwałem się z Rady o 19 (!) i ...40 minut czekałem na autobus.W śniegu, prawie letnich półbutach, bez rękawiczek, na wietrze... Powtarzałem sobie jak bohater jednego z kapitalnych rysunków Mleczki:

"Należę do obszaru kultury europejskiej, należę do obszaru kultury europejskiej..."

W końcu zdesperowany machałem na przejeżdżające auta. Nic. Nikt. Patrzę, podjeżdża autobus (hurrra!), patrzę, prywatny przewoźnik (nie mam kasy, mam  tylko bilet miesięczny.... załamka). Autobus odjeżdża.

Ja znowu macham. Wzdycham do wszystkich patronów w niebie i... coś się zatrzymuje. Wsiadam. Jedziemy 40 kilometrów na godzinę. Wysiadam jedną miejscowość przed domem. Stąd, 3 kilometry, na nogach. Prawie przefrunąłem ten dystans. Tak blisko domu, więc mnie niosło, że hej!


A co do szkoły - jestem już niemal pewny dwóch rzeczy. Pani Hall niszczy polską szkołę. Swoje dzieci, przynajmniej na etapie szkoły podstawowej, będę uczył w domu.

Dotarły do mnie dwa artykuły - pierwszy o planowanym demontażu Karty Nauczyciela. Na przykład finansowanie szkół zostanie przerzucone na samorządy, czyli rząd ( jak ja wami, gnoje, gardzę!) zrzucił z siebie kolejną przestrzeń, za którą nie chciał brać odpowiedzialności.

Ciekawy i przerażający główny temat w dzisiejszym PRZEKROJU. "Oskarżamy polską szkołę."

Sięgnijcie...

poniedziałek, 29 listopada 2010

Adwent na Ince

Tak. Poważna decyzja - rzucam kawę. Kofeinową, asfaltowo czarną. Za dużo jej żłopałem i kończyło się to nerwobólami w okolicy serca, roztrzęsieniem i ogólnym uczuciem popadania w nałóg. Coraz głębszy.

Od roku nie odmierzałem kawy łyżeczkami, ale po prostu przechylałem słoik do kubka.

Teraz przyjemność obserwacji własnego ciała pozbawionego wspomagaczy. Jak zareaguje?

Pomysł narzucenia sobie tego detoksu przyszedł mi wczoraj, na dziecięcej mszy, gdy ksiądz pytał dzieci o to, jak się trzeba zachowywać w czasie adwentu i że dobrze jest sobie czegoś odmawiać.

W ogóle na tej mszy były niezłe momenty - ksiądz pyta:

-  Ja was rodzice budzą rano?
- Ekspresowo - krzyczy malec.
- A co to znaczy "ekspresowo"?
- Rano tata wstaje pierwszy, nastawia ekspres do kawy i on strasznie głośno piszczy, gdy kawa jest gotowa.

Jeszcze jedno ograniczenie mi się przytrafiło i to jest akurat niefajne. Komputer mi siadł. Rozruch, czarny ekran z kursorem, którym mogę się do woli poruszać, ale nie mogę zrobić nic więcej. Frustrujące. I wszystko to przez to, że chciałem zainstalować sobie "najpopularniejszy polski komunikator internetowy" przy współudziale najnowszej wersji "najpopularniejszego systemu operacyjnego."

Załamka. Do środy mam z głowy... Potem wpadnie znajomy i może coś ruszy.


PS

Ciężki tydzień. Dziś rada, bardzo długa, jutro absurdalne szkolenie BHP, w czwartek Żona na ostatnią wizytę przed porodem, w piątek korepetycje, w sobotę prowadzę konkurs recytatorski... 

A gdzie miejsce na resztę?

piątek, 26 listopada 2010

Duża przerwa

Moje ostatnie foto Synka (to z piramidą książek) pokazałem kilku dobrym duszom z pokoju nauczycielskiego.

To wielkie szczęście siedzieć obok ludzi, którzy są mili, sympatyczni, mają poczucie humoru, dystans 
do siebie i nawet, gdy się nie zgadzamy z sobą, nie rzucamy w siebie mięchem ani nie spiskujemy za swoimi plecami. To dzięki nim w robocie ciut znośniej jest.

Na widok fotki posypały się komentarze w stylu:

"Ty naprawdę musisz torturować dwulatka książkami?"
 i "Ciężkie będzie miał dzieciństwo...: - wypowiedziane z udawaną troską w głosie.

Jednak nie tylko mi się oberwało. Koleżanka mówi do Kolegi Fizyka:
   - Poczekamy, aż twoja córka zacznie na polecenia taty budować modele atomu albo wszechświata...
 
  Kolega się odgryza:
 
  - Moja córka ma już wytyczoną drogę zawodową. Za dwadzieścia lat z haczykiem ma zostać prezesem banku. Wtedy zacznę budować z nią właściwe relacje...
 
  Koleżanka obok dodaje:
 
  - A ja chciałam pracować w sklepie, gdy byłam mała. Dziś też bym mogła. U jakiegoś jubilera. U Kruka lub  Aparcie... a - rozmarzyła się - A kiedyś chciałam po prostu biały ser ważyć...

  ***
 
  Opowiadam, jak to Synek uwielbia ostatnio uciekać. W otwartej przestrzeni puszcza się opiekuńczej dłoni 
i pędzi przed siebie, aż ktoś go dogoni.
 
  - Jest na to rada - oferuje się Kolega - umówimy się. Przyjadę do ciebie, weźmiesz go do parku i puścisz. On pobiegnie, a ty będziesz wołał, żeby wracał, bo coś się stanie. On cię oczywiście zignoruje, a wtedy ja wyskoczę zza drzewa i go przestraszę...
 
  ( Żartował, żeby nie było.)

A po chwili dodał:

- Moja żona czyta ostatnio książkę o wychowywaniu dzieci, o błędach rodziców i trafiła na rozdział o tym, jak dzieci terroryzują dorosłych. Skrajna opcja - nie uwierzycie - dwulatek tak porozstawiał rodziców, 
że żeby go nakarmić, ojciec musiał wyjść przed dom, wejść na drabinę i przy pomocy specjalnie skonstruowanej długiej łyżki podać pokarm dziecku siedzącemu w kuchni przy stole.

***
Ostatnio zasiedziałem się przy telewizji i tępo gapiąc się w ekran, zarejestrowałem program o otyłych dzieciach. Problem wielki (sic!), ale nie o tym, nie o tym. Dziecięcym bohaterem był tłuściutki chłopczyk, którego rodzice skrzywdzili taką kombinacją imienia i nazwiska - KEVIN BUREK.

Zaczął się więc przy stoliku temat oryginalnych nazwisk. (Wiem, śmianie się z nazwisk nie najlepiej świadczy...). Sam byłem świadkiem - na jednym z domofonów w moim rodzinnym mieście pojawiło się nazwisko Wojewódzki. No i ok, myślimy. Ale gdy dodamy do tego imię ALFONS zaczyna się robić groteskowo.

Autentyk z kościoła. Dziecko intonuje modlitwę:

"Módlmy się za naszego biskupa Alfonsa (pauza, oddech)
Nossola..."

Ostrzej? Dziewczynka śpiewa intencje mszalne:

"Módlmy się za naszą Siostrę Przełożoną o szczęśliwe rozwiązanie
(pauza, oddech, wierni wielkie oczy)
problemów."


Kolega miał w klasie koleżankę - Ramona Pokrywka jej było...
***
Tak wyglądają przerwy w pokoju, czasami oczywiście. Bo zazwyczaj mijamy się, pozdrawiamy i wio! Z dziennikiem pod pachą i smakiem niedopitej kawy w ustach.

niedziela, 21 listopada 2010

Słowo na poniedziałek...

Marudzę ostatnio kumplowi. Seria sms-ów:
- że jestem zdołowany, że nie umiem już uczyć, że się nie nadaję, że ciemności jesienne, że niewyspany, że, że, że...

Nic nowego. Każdy ranek w pracy zaczyna się od wysłuchania litanii nieszczęść, jakie spotkały moje koleżanki i kolegów dzień wcześniej. Oczywiście wyolbrzymiam, ale coś w tym jest, że w polskim kodzie komunikacyjnym musi się znaleźć jakiś powód, by się poużalać nad sobą i swoim losem.

Powody? Może poczucie fałszywej przewagi nad kimś, komu nie udało się przespać nocy,
gdy my komunikujemy całemu światu, że wyspaliśmy się za wszystkie czasy.

Poczucie bycia nie w porządku, gdy "nam jest dobrze, a oni cierpią"?

Dla wszystkich mam wiersz współczesnego polskiego poety Grzegorza Wróblewskiego:

Arabski sprzedawca owoców i starzy piewcy śmierci

Mimo że wybili mu całą rodzinę, szczęśliwy z powodu
                                                                   każdej sprzedanej 
pomarańczy.
Przyjrzyjcie mu się dokładnie, a potem
pomódlcie się do Pana, żeby odmienił w końcu
                                                                 wasze cierpiętnicze 
charaktery...
Będąc tutaj przez chwilę nie zawracajcie mi głowy śmiercią.
Dosyć jej będzie, gdy się o nas upomni.


A co odpowiedział kumpel odpowiedział na moje żale?

"Masz dobre życie, nie marudź!"

PS

Albo jak mawiał inny mój znajomy, chcąc zerwać ze swoim starym wcieleniem:

"Zmienić coś w swoim życiu, zacząć myć zęby..."

czwartek, 18 listopada 2010

Mój kandydat

Jakaś taka niemrawa, chaotyczna, rozmemłana ta kampania wyborcza. Nikt nic nie trąbi, nie rzuca się na jakieś festyny, nie chodzi od domu do domu i nie agituje.

Tak, jakby politycy uwierzyli, że mało kogo obchodzą i nawet się nie narzucają specjalnie.

W moim siole o smutnym niedzielnym obowiązku zmarnowania głosu przypominają tylko plakaty.

Przedstawiam Wam najweselszy z nich:



Najszczerszy/najszerszy uśmiech w Wielkopolsce. Mi głównie kojarzy się z trzecioplanowym statystą
z planu "Mody na sukces." Oczywiście nic mi pan Baumgart nie zawinił, po prostu specyficznie wygląda.
 A to wystarczy.


PS

Tak na serio głosować będę na pana prowadzącego nasz salonik prasowy. Jest miły i zawsze mi odkłada kolejne DVD z Jamesem Bondem.  


wtorek, 16 listopada 2010

Sad but true

Jedziemy z Synkiem na spacer. On w wózku, ja pcham. Czasem, gdy Tymek wierci się i chce się z karocy wydostać, muszę mu mówić:

- Uważaj, jedziemy szybko jak motor.

Mówię tak i zaczynam biec. Kółka terkoczą, bryka śmiga aż miło, młody wniebowzięty.
Radość, ale krótkotrwała. Zwalniamy.

- Jak motor jechać! Jak motor! - popędza mnie.

- Motor się zmęczył - tłumaczę.

- Jest stary - podejmuje Synek.

- Tak, jest stary.

- Na złom musi iść...

poniedziałek, 15 listopada 2010

Bielizna dla zakochanych



Mało kto o nich pamięta. Moim skromnym zdaniem jeden z najlepszych polskich zespołów lat 80.

Niezwykły, oniryczny klimat. Lekkie świntuszenie. Brud codzienności. Piękno szarzyzny...

Dwie wielkie płyty "Taniec lekkich goryli" i "Wiara, nadzieja, miłość i inwigilacja."

No i rytmy, przy których nie można skakać, bo są zbyt połamane.

A ta piosenka? Śliczny obrazek, świetny tekst, wzruszające przesłanie.

niedziela, 14 listopada 2010

Słaby profesor (?)

Odwiedziła mnie w piątek w szkole była uczennica. No, nie tylko mnie, ale jako studentka polonistyki, drugiego roku, opowiada mi, jak jej się męczy z gramatyką, a jaka cudowna jest poetyka itd.

I taki dialog się wywiązał w pewnym momencie:

- Ale pan coś słabo wygląda, panie profesorze - mówi zatroskana.

- Wiesz, cały dzień walczę z bólem głowy - tłumaczę i teatralnie łapię się za głowę.

- Ale jeszcze pan schudł... - dodaje, a mnie zamurowuje.

- Dziękuję... - ledwie wykrztusiłem.

Bo trzeba Wam wiedzieć, że po przeczytaniu kilku książek o średniowieczu wziąłem sobie do serca ówczesny model ucztowania - najpierw, przed posiłkiem, byle czym zaspokoić pierwszy głód, by resztę jeść wyłącznie dla przyjemności.




PS

Indeks masy ciała mam raczej ok, żeby nie było

;-)

piątek, 12 listopada 2010

Koniec sentymentów!

Znacie to?

"Zostawię, bo się jeszcze przyda, bo się dobrze kojarzy, bo pamiątka, bo prezent, bo, bo, bo..."

"Nie wyrzucaj, schowaj do szuflady, do szafy, do walizki, na strych, do piwnicy..."

Obrastanie rzeczami zbędnymi, łykającymi kurz, zagracającymi przestrzeń.

Już dawno miałem zrobić porządek w kasetach magnetofonowych (pamięta ktoś jeszcze?), które maniakalnie zbierałem od początków świadomego słuchania muzyki. Kasety kupione, gdy na targowiskach legalny pirat kosztował 15.000 złotych. Kasety kupione jeszcze niedawno, na studiach...

( Niedawno...akurat, prawie 10 lat temu)

W końcu męska decyzja!

To:

środa, 10 listopada 2010

Brzmi znajomo?

Coraz bardziej zdumiewa mnie nasz wiek, ci otaczający mnie młodzi mężczyźni, młode kobiety. Nikt nie chce być tym, czym jest, każdemu się roi zostać Napoleonem; kobiety drwią, gdy mówić im o przeznaczeniu małżonki, matki itd. Chcą być wielkimi przywódcami, politykami. Cała ta wzniosłość jest tylko śmieszna. Ponad głowami wszystkich krąży rozpętana wyobraźnia, w niewielu piersiach znajdziesz serce. Stąd ten ogrom głupstwa, cały ten korowód nudy, co próbuje znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale, nie decydując się na żadne, wybiera wreszcie niezwykłość, fantastykę, nurzając się w niej bez celu, z jakąś odrobiną talentu, ale nie tworząc nic nowego. Przeciwnie, jest to życie we wściekłej monotonii, bo brak w nim zasady twórczej, serca. I zobaczysz, jak całe to nieszczęsne pokolenie zginie niby zeschnięty przed czasem liść (…)

Zygmunt Krasiński do Henry’ego Reeve’a,

Rzym, po 19 grudnia 1833 roku.

wtorek, 9 listopada 2010

FOTOSTORY


                                                           Tymku!!!! Za oknem są lody!



Tato, nie żartuj....


Rozwaliłeś mnie...


No comment...


Wspaniały chłopiec i latająca maszyna.



                                                                 DOSYĆ TYCH ZDJĘĆ!!!

poniedziałek, 8 listopada 2010

Gniazdowniki

No to zostało nam 1,5  miesiąca do pojawienia się na świecie Córy. Bardzo jej się spieszy, bardzo.
Tak kopie, tak się turla w brzuchu Żony, że ta chwilami ma już serdecznie dosyć. Z Synkiem, baaaardzo teraz żywotnym, tak nie było. Siedział spokojniutko, nie narzucał się nikomu.

A teraz?  Kiepsko nam to wróży? Jakaś baletnica?

Imiona też już raczej wyselekcjonowane do trzech - Celestyna, Kalina lub Łucja. Tak nam się ułożyło. Ja forsowałem i forsowałem pierwsze i załapało się do ścisłego finału.

Budujemy gniazdo - trzeba trochę przemeblować (wynieść dwa pełne biurka z jednego pokoju to jest wyczyn), zgromadzić ubranka na kilka pierwszych odcinków, sprowadzić łóżeczko, elektroniczną nianię i milion innych rzeczy.

Synek jeszcze nic nie wie, choć podejrzliwie patrzy na gromadzone za małe dla niego ubranka i przeważający w nich żenujący róż (walczę z tym różem, walczę). Zobaczymy, jak się zachowa. Czy zaakceptuje nową sytuację i jak szybko. Mogą być jaja....

Ja też juz się ciut stresuję, ale pocieszam się słowami trzeźwego kumpla - "Pierwsze dziecko to dziecko. Drugie dziecko to pół dziecka."

środa, 3 listopada 2010

Plecy smoka

Wczorajszy ranek. Rozgrzebywanie się. Wygrzebywanie spod kołdry. Przed szóstą ciut rano. Trza do szkoły jechać i się wkręcić w tryby życia.

Wstałem, Ufff... Udało się.

Podnoszę kołdrę i... ciach!

Prąd przepłynął przez plecy.

Ostry, kłujący ból obok kręgosłupa. Tuż nad nerkami. W boku tak zwanym. Warknąłem z bólu.

Co jest? Kołdra mnie pobiła? O co chodzi?

Nie mogę się ruszyć, obrócić wokół siebie. Hula hop jakbym miał kręcić, umarłbym w męczarniach.
Ból promieniuje aż do wnętrza brzucha - jakby mnie szydło na wylot przeszyło.

Walczę z sobą - iść do lekarza czy nie? Kusi wolne, ale straszą zaległości w szkole. Jadę. W autobusie wytrzęsło mnie jak na krześle elektrycznym.

W szkole łamaga. Kilka minut zajmuje mi wejście na piętro drugie. Unikam ruchu. Walczę, by się nie skarżyć.

W domu Teściowa proponuje plastry rozgrzewające. na początku łagodnie działający. Kojące ciepełko.

Używam. Śpię z tym. Faktycznie, grzeje. Rano niby coś lepiej, ale może sen na podłodze jakoś mi pomógł.
Niestety, w ciągu dnia ból powraca. Podobny. No, może ciut lżejszy, ale rewelacji nie ma.

Chyba, jak nie przejdzie, zdecyduję się na wersję plastra dla zawodowców, bohaterów kina akcji ,

prawdziwych mężczyzn...

PS

To chyba jakaś klątwa - na początku roku po długotrwałym odśnieżaniu mojemu bratu wypadł dysk. Ostatnio drugi brat biegał z synkiem w okolicznym parku i ...skręcił kostkę, bo wpadł w jakąś dziurę.

Ale ja?

Żeby kołdra?

poniedziałek, 1 listopada 2010

Po kuchni, po wszystkim...

Traf chciał, że obejrzałem przypadkiem w weekend dwa programy, które łączyły w sobie realisty show ze sztuką kulinarną. Oba w TVN. Oba cieszące się sporą popularnością. Po obu byłem mniej lub bardziej wstrząśnięty.

„Kuchenne rewolucje” – prowadząca pani, kucharka i restauratorka, odwiedza prowincjonalne, zaściankowe lokale i radzi jak je unowocześnić, przemyśleć na nowo, rozruszać menu, przeorać myślenie o gotowaniu i prowadzeniu tego interesu.

Cele są szczytne, ale nie chodzi o pracę u podstaw. Chodzi o oglądalność, więc trzeba czegoś więcej, by zdobyć serca (?) widzów. Nie wolno powiedzieć „to nieładnie pachnie”, trzeba powiedzieć „to śmierdzi jak…(tu wstawiamy malownicze homeryckie porównanie).

Nie wnikając w ideę tego programu, który ma odsłonić mankamenty polskiej sztuki zbiorowego żywienia ludzi, promuje on przede wszystkim grzeszącą brakiem wychowania Magdalenę Gessler, która dając upust swoim frustracjom (?), agresji (?), chęci dominacji (?), a może po prostu czystemu drobnemu chamstwu (?), czyni z siebie największą gwiazdę każdego odcinka.

Te loki, to spojrzenie, wystudiowane złośliwości mają świadczyć o jej naturalnej wyższości nad prowincjuszami, którymi trzeba kierować jak dziećmi w przedszkolu. I to poczucie wyższości jest najbardziej przerażającym aspektem tego programu.

Dziś, gdy polskie społeczeństwo cierpi na erozję autorytetu, nie chce go po prostu uważając, że „wszyscy są równi i jest demokracja”, w zadziwiający sposób połyka kolejny po wszystkich „Idolach”, „You can dance” itd.

Program, w którym „Wyżsi” wyżywają się na „Niższych” nie budzi żadnego sprzeciwu wśród tych, którzy już zatracili naturalną i choćby minimalną dawkę pokory. Wobec siebie i innych. A to jest poważny problem.

Siedząc przed wielką plazmą, patrząc na kolejną istotkę trzęsącą się, pocącą w kolejce do krótkotrwałej sławy ( kto wygrał drugą edycję tego i tamtego, pamiętacie?), mamy poczucie, podświadome, nieuzasadnionej wyższości nad tymi, których za chwilę Istota Wyższa strąci w niebyt lub wywinduje w przestrzeń popularności.

***

Drugi program – „Ugotowani.”

Z oficjalnych informacji o: „Co tydzień czwórka bohaterów z jednego miasta stoczy ze sobą kulinarną bitwę.

Zwycięzca, który przygotuje najlepszy obiad wygra 5 tysięcy złotych. W każdym odcinku zobaczycie wybuchową mieszankę emocji, różnych charakterów, osobowości i pomysłów na obiad.

Każdy spośród czterech bohaterów przygotuje obiad w swoim mieszkaniu, wykorzystując własne pomysły i umiejętności kulinarne. Jurorami w tym programie będą sami uczestnicy. Pod ich lupą znajdzie się nie tylko pomysł na spotkanie i przygotowany obiad. Ocenią także samego gospodarza i atmosferę, jaką stworzy.”

Na czym polega „atmosfera”? Po obejrzeniu ostatniego odcinka powiem jedno – na tworzeniu atmosfery, w której panować będzie skonwencjonalizowany luz, wystudiowana naturalność, spontaniczny wysilony dowcip…

Bohaterowie dobrani tak, by „błyszczeć” lub dać okazję innym do „błyszczenia” (poczytałem fora o tym programie) innym. I znów sypią się złośliwostki, znów pojawiają się „nowojorskie” komentarze, inteligenckie gierki słowne, obnoszenie się ze swoją niezwykłością na salonach…  

Jak napisał jeden z internautów – „Kolejny przykład jak położyć dobry format castingiem "wybierzmy młodych, pięknych, nadzianych, albo z fajną chałupą".


***

Nie wiem, dokąd zmierza rozrywka, ale wątpię, byśmy cofnęli się do czasów szlachetnych w swojej naiwności „Turniejów miast” lub (o zgrozo!) „Czaru par.” Będzie raczej gorzej – a tzw. skutki społeczne?

Są – dziś każdy każdemu może zaświecić w oczy błyskotliwą ripostą lub zrównać z ziemią. Charytatywnie. Nie po to, by cokolwiek osiągnąć. Zmienić. Odegrać się. Ale po to, by samemu błyszczeć.

***

I tak z żalem słucham sobie pięknej piosenki The Smiths „I know it’s over” z takimi słowami:

It's so easy to laugh - łatwo jest się śmiać
It's so easy to hate - łatwo jest nienawidzić
It takes guts to be gentle and kind - ale trzeba mieć jaja, by być delikatnym i miłym.

To niestety zapomniana prawda.

niedziela, 31 października 2010

Cukierek albo...

Tak, dzieciaki wyczuły koniunkturę i coraz odważniej przeszczepiają helołinowe szaleństwa na nasz piastowski grunt.

Późny wieczór. Dzwonek do drzwi. Idę otworzyć, a tu tuż za progiem trójka makabrycznie ucharakteryzowanych potworków. Nie więcej niż metr dwadzieścia, upiorne oblicza, na serio się wzdrygnąłem w tym półmroku.

Dobrze, że Żona nie otwierała, bo w 7 miesiącu ciąży mogłoby to się rożnie skończyć, tym bardziej, że spodziewaliśmy się ciotki, która nieco inaczej wygląda.

- Cukierek albo kawał - mówią, zbyt nieśmiało jak na demonki takie.

Idę szukać, w końcu coś znalazłem (rogaliki teściowej) i wrzuciłem im do koszyków.

Po godzinie znowu dzwonek. Chcę uprzedzić pasożyty, biorę z kuchni dwa potężne noże i ze zbójecką miną otwieram drzwi.

Nikogo już.

(Nie, nikogo nie chciałem mordować, raczej huknąć: "A wy co dla mnie macie?!!! Ha. ha,. ha, ha!!!!")



I przypomniała mi się jeszcze historyjka sprzed paru miesięcy. Dzwonek do drzwi. Otwieram. Tam jakiś smutny zarośnięty jegomość podnosi reklamówkę na wysokość moich oczu i pyta:

- Nie potrzebuje pan piły?

piątek, 29 października 2010

Piłowanie skrzynki

Było się wczoraj w operze. Przymusowo, ale taki przymus w końcu mi się jakoś opłacił. Wrobiła mnie koleżanka, która pojechała z klasą do Auschwitz. To już wolę operę, myślę, i zgadzam się.

Najlepszym argumentem była oczywiście możliwość wyrobienia kilku godzin - tłumaczę: każdy nauczyciel w liceum ma obowiązek przepracować za DARMO godzinę w tygodniu. Nauczyciel w gimnazjum - 2 godziny. Ja uczę w obu typach szkół i mam pracować w ciągu miesiąca 12 godzin za free. Więc wyjazd ten policzę sobie jako 5 godzin opieki nad uczniami i będzie jakoś mi do przodu.

"Skrzypek na dachu" - OK, przynajmniej wiem, o czym jest. Zlokalizuję, kto jest kto i o czym do siebie śpiewają. Kolega po fachu jechał z jak najgorszym nastawieniem - "jak zasnę, to mnie nie budź", mówi, a ja mu na to, że zobaczymy kto pierwszy.

Marudziłem na ten wyjazd, warczałem pod nosem, że do cyrku bym wolał (choć cyrków nie ciepię!), ale ubrałem się w garnitur i się zabieram. Podjeżdża autokar z uczniami, wsiadam, jadę się ukulturalniać.

Kilka wrażeń:

- myślałem, ze opera będzie ostatnim bastionem elegancji wieczorowej. Obowiązkowe umundurowanie - garnitury, eleganckie suknie. A tu? Jasne - 3/4 obywateli pięknie, ale... Już, już pojawiają się stadami jednostki w strojach niezobowiązujących do niczego.  Kiedyś do teatru trzeba się było odstrzelić, dziś? Dżinsy, koszulka i wio!

Za parę lat przewiduję coś podobnego w operze.

- w drugim rzędzie, tuz przed sceną, jest NAPRAWDĘ głośno,

- myślałem, że całego "Skrzypka..." mi prześpiewają, ale, miła niespodzianka!, były całkiem zabawne partie mówione, ładne sceny taneczne, żadnej statyczności, przy której bym zaczął z nudów liczyć reflektory nad wąska sceną,

- wpadłem na szatański pomysł - skoro to jest teatr, to przed przedstawieniem powinny być, jak w kinie, reklamy. Ale w wersji z żywymi aktorami zachwalającymi na przykład jakieś środki ułatwiające trawienie batoników "Teatralnych."

Nie mogę powiedzieć, nawet się rozerwałem, powzruszałem, pośmiałem. Kolega marudził, ale on w ciemnościach zasypia, więc go usprawiedliwiam.


A co z tytułem wpisu?

Babcia postanowiła zabrać wnuczka do filharmonii. Koncert trwa już dobra godzinę. Babcia wniebowzięta, a wnuczek mówi:

- Babciu, ale jak ten pan skończy piłować skrzynkę, to pójdziemy do domu?

środa, 27 października 2010

Pytanie na dziś

Jak w pracy ukrywać to, co czujemy i udawać to, co czuć powinniśmy???

Pytanie zainspirowane przez tytuł  książki  Sandi Mann.

poniedziałek, 25 października 2010

Koneser

Wczoraj Synek wytaszczył sobie na środek pokoju ciężki album z reprodukcjami obrazów Picassa. Zaczął wertować i nagle spomiędzy kartek wypadł mu jeden z moich malunków. Taka uliczna scenka rodzajowa, z czasów, gdy jeszcze wierzyłem, że będąc prawie daltonistą, będę w stanie łączyć ładnie kolory.

Synek patrzy uważnie.

- Co to jest? - pyta Mamę.
- Tatuś namalował. Podoba ci się?
- Tak! - odpowiada zdecydowanie.

Po chwili wraca do Picassa. Zatrzymuje się przy jednym z obrazów


i po dłuższym namyśle mówi:

- To jest skomplikowane.

czwartek, 21 października 2010

Co macie na pulpicie?

Dzień w dzień na to patrzymy. Często przestajemy zauważać. Jakoś nas to opisuje...

Pulpit, obrazek w tle, pod dziesiątkami ikon, kryje się ułamek naszego gustu, upodobań, słabości, fantazji.

Tak pompatycznie zacząłem, a proponuję skromną zabawę w "co mam na pulpicie?"

Ja od ładnych kilku miesięcy mam coś takiego:



Ujawnicie się u siebie?

Pierś nad piersiami


Koleżanka opowiada o lekcji poświęconej "Pieśni nad pieśniami":


Czytam im Piersi twe jak dwoje koźląt, bliźniąt gazeli, co pasą się pośród lilii.

Na co jedna z uczennic. 
- Czyli takie piersi ze sterczącymi różkami?

wtorek, 19 października 2010

Gdzie ja żyję??!!!!!

In vitro!
           Aborcja!
                        Wtórny analfabetyzm!
                                                    Polityka!
                                                                 Kościół!
                                                         Krzyż!
                                                Zimno!
                                     Bełkot mediów!
                              Książki z Vatem!
                      PiS!
              PO!
     Biurokracja!
                            Piłka nożna!
                                            TVN!
                                                        Polsat!
                                                                  Ceny żywności!
                                                                                      Brak alternatywy!
                                                                          Agresja!
                                                             Złodziejstwo!
                                                                        Nieżyczliwość!
                                                            Monopol!
                                                                       Syf!!!        
                                                                        
                                                            .....

Dlaczego moi przodkowie nie osiedlili się 1000 kilometrów dalej na Zachód?!
                                              

Ja z "Dziadów"

Lubię romantyzm. Nie, nie kolacja przy świecach, ogień w kominku, pusta plaża na Dominikanie.

Romantyzm prawdziwy, groźny, ciemny, pełen nawiedzonych jezior, krwawych legend i tajemnych obrzędów.
Ten romantyzm z "Dziadów cz. II", gdzie lud mamrocze inkantacje, a Guślarz wywołuje i odwołuje poszczególne duchy.

Ten mrok, ta tajemnica...


I mój ulubiony gość z zaświatów - zmarła pasterka, Zosia, mówiąca o sobie: Żyłam na świecie, ale nie dla świata.

Ależ mnie to ostatnio charakteryzuje ostatnio - przychodzi jesień, a ja jak ta zjawa jadę do szkoły, prokuruję jakieś działania, coś komuś tłumaczę, ale nieobecność mnie rozsadza od środka.

Pyta mnie ktoś, jak mi się pracuje z moją klasą, której jestem wychowawcą.

- Nie wiem - mówię. Absolutnie szczerze.

poniedziałek, 18 października 2010

Zima? Idzie???

Rano wpadam do najbliższego spożywczaka, by się  na śniadanko zaopatrzyć. Wychodzę, a tu... 

Samochody z białymi szybami, para z ust, marzną uszy, a czapkę gdzieś posiałem. 

Pierwszy prztyczek od zimy? Niedobrze, myślę.

W sklepie ekspedientki wykładają warzywa do drewnianych skrzynek. Znad kalafiorów i pomidorów taki oto dialog nadleciał:

- Ty, słyszałaś? W zimie ma być minus 37 stopni.
- Nie mów! A to mi dupa zmarznie.

Śmiech.


niedziela, 17 października 2010

czwartek, 14 października 2010

Wszystkiego najlepszego wszystkim nauczycielom

czytającym ten blog.

Poniekąd też składam te życzenia sobie samemu.

PS

Wybaczcie nieodpisywanie na komentarze, ale w domu Synek się rozchorował (choroba mi przeszła, ale na niego) i jest walka z wiecznie zakatarzonym nosem.

Pozdrawiam ciepło.

poniedziałek, 11 października 2010

W starym kinie

Nie lubię za bardzo forumowych wątków w stylu "A pamiętacie to i to? A pamiętacie stan wojenny, przewrót majowy, proces filomatów, chrzest polski i erę mezozoiczną?"

Kiedyś można się było doszukać w wygrzebywanych opowieściach, czegoś wzruszającego, dziś powtarzają się te same melancholijne żale, bo wszyscy już zdążyli wszystkim przypomnieć.

A mnie ostatnio wzięło na wspominki. Konkretne. O kinach w moim rodzinnym mieście, Kaliszu. Całe lata 80 spędziłem w kinie (celowo hiperbolizuję), a ze byłem dość samodzielnym młodym człowiekiem, po prostu wychodziłem z domu i zaszywałem się w ciemnej sali kinowej. Nie pamiętam, żebym wybierał się na jakiś konkretny tytuł. Szedłem i oglądałem.

Najczęściej były to popołudniowe seanse, gdy można było jeszcze wrócić do domu na kolację. Ludzi było niewielu, mogłem się rozkoszować w totalnie kameralnym klimacie. Teraz przed seansami katuje się widzów reklamami, zapowiedziami innych filmów, dziwacznymi prezentacjami wszystkich technicznych możliwości współczesnego multipleksu.

Kiedyś? Siadałem w jasnej jeszcze sali i odliczałem minuty, wpatrując się w kołyszące się zasłony, za którymi bielił się ekran. Magiczna chwila wypełniona snująca się z głośników wiązanką popularnych melodii, które nigdzie indziej nie brzmiały własnie tak, jak w kinie. Te głębokie, basowe tony, ta przestrzeń ( w porównaniu z mizernym sprzętem grającym zbierającym kurz w domu).

Potem przygasają światła, kurtyny się rozsuwają. Muzyka się urywa. Trzaskają głośniki.

Kina były cztery.
"Kosmos", "Oaza", moje ukochane "Stylowe" i "Syrenka". To ostatnio było przekomicznym miejscem, gdyż można było dostać miejsce siedzące za...filarami!  Tak "oglądałem" "Wielką podróż Bolka i Lolka."

A co jeszcze widziałem?

"Akademia policyjna 1" - dwa razy pod rząd, tak mi się podobało.

"Indiana Jones i świątynia zagłady" - film się urwał, dosłownie, i pan operator wyciął cały środek filmu, jakieś 25 minut.

"Piramida strachu" - młody Sherlock Holmes i dr Watson na tropie egipskiej sekty. Widziałem chyba z 5 razy w samym kinie.

"Orły Temidy" - nuda, ale scena z rowerem fajna.

"Gremliny rozrabiają" - kultowe dzieło!

"Niekończąca się historia" - zabrakło biletów w kasie. Musiałem iść dopiero na trzeci seans!

"Wirujący seks" - na wyraźne polecenie polonisty-alkoholika z podstawówki.

"Elektroniczny morderca" - ależ się bałem.

Pewnie było tego jeszcze więcej, ale te pamiętam na pierwszy rzut ...pamięci?

A polskie filmy? Jedna anegdotka. Idziemy z klasą na "Pan Samochodzik i praskie tajemnice." Po seansie spotkanie z gwiazdą filmu, kaskaderem, który szkolił występującego w filmie psa. Pies we własnej osobie siedział grzecznie obok kaskadera.
- Można go głaskać, on lubi dzieci - mówi kaskader.

Cała klasa go głaszcze.

A mnie ugryzł!


Na zdjęciu Pan samochodzik i jego pies.

Zrobić ze szkoły Biedronkę

Tego chce Ministerstwo "Edukacji" Narodowej.

Dowód?



Rzeczpospolita": MEN ma nowy pomysł. Trwają prace nad połączeniem placówek oświatowych: liceów z gimnazjami, podstawówek z przedszkolami. By łatwiej w nich było o specjalistów - dowiedziała się gazeta.
- Chcemy ułatwić łączenie w zespoły szkół podstawowych i przedszkoli oraz gimnazjów i liceów - mówi gazecie Zbigniew Włodkowski, wiceminister edukacji. Wyjaśnia, że jeśli przedszkola będą bardziej współpracować z podstawówkami, a gimnazja z liceami, to łatwiej będzie zadbać o rozwój zdolnych uczniów oraz otoczyć lepszą pomocą tych, którzy mają różne problemy.

Czyli łącząc (ciekawe jak? Budynki wyciąć i skleić z sobą? Wcisnąć przedszkolaków do szkół podstawowych? Gimnazjalistów deportować do budynków liceów?)  zyskujemy specjalistów??? A jesli już tak, to co się dzieje?

Jeden "specjalista" obsługuje różne poziomy, różne oddziały klasowe. Jeden. Reszta staje się niepotrzebna.

Już teraz za rok/dwa tak będzie w szkołach ponadgimnazjalnych, gdy będzie się uczyło przedmioty w blokach, a nie jak zawsze na oddzielnych lekcjach.

Jeden "specjalista" będzie musiał wykazać się na papierze - udokumentować, policzyć, przeanalizować, dokonać ewaluacji, znaleźć swoje słabe i mocne strony...

Będzie jak "biedronkowy specjalista" - kasjer, magazynier, konsultant itd

A dla ucznia i by się przygotować do lekcji nie zostanie więcej więcej niż kilkanaście godzin w tygodniu...

sobota, 9 października 2010

A niech to choroba...

... i jestem chory, gardło, tradycyjnie.

Atak na migdałki, pewnie mam je wielkości Kinder niespodzianki. Ledwie mówię, ledwie łykam ślinę, której hektolitry produkują moje ślinianki.

Zawinięty szalikiem, snuję się po domu, budzę żal ;-)

Nie ma to jak chory facet w chacie....

czwartek, 7 października 2010

Współczesna sztuka (ściemy)


 W ubiegły wtorek byłem z klasą w Narodowym Muzeum w Poznaniu. Lubię to miejsce, jest parę fantastycznych obrazów, ale znajduje się też tam chyba niestety stała ekspozycja osobliwości, które nazywa się "dziełami sztuki."

Fotki trzaskałem telefonem, więc jakość jest nie najwyższa, ale chyba powinno do Was bez trudu trafić przesłanie przedstawionych poniżej "dzieł."

Nie spojrzałem tylko na tytuły prac. A o tym, co "artysta miał na myśli", myśleć nawet się boję.

Może macie jakieś pomysły?



To pozwala przeżyć dzień



Nie jestem zwolennikiem typowo "czarnej" muzyki, ciężkiej, zamulającej, wgniatającej w fotel lub po prostu nudnej, skażonej gangsterską ideologią i płytkim hedonizmem.

Ale The Roots?

Z powodu tej piosenki chciałbym być znowu czarny ;-)

Piosenka ratuje życie, serio...

Co się dzieje z człowiekiem o 2 w nocy?

W moim przypadku osiągam taki stan świadomości, gdy rozumiem tajemnicę Trójcy Świętej, ocieram się o rozumienie Teorii Wszystkiego, nad którą pracował Einstein, zaczynam widzieć białe linie na białym tle i tak dalej...

Wczoraj do 2 w nocy siedziałem nad analizą matur mojej szkoły. Wszystkich przedmiotów humanistycznych. Zgroza.Zgroza mnie dopadła, gdy uświadomiłem sobie własną głupotę - po liceum wyłem z radości, że już nigdy w życiu nie spojrzę na kalkulator, a liczyć będę tylko pieniądze na rachunki (ehhhhh).

A teraz? Zmuszony jestem liczyć miliony różnych wskaźników, procentów, współczynników łatwości i innych, które tylko potrafię nazwać słowem niecenzuralnym. Bardzo brzydkim...

3,5 godziny snu. A dziś nie będzie lepiej.

poniedziałek, 4 października 2010

Sinusoida

Ostatnie dni bez Internetu – męczące. Męczące dla kogoś, kto się w sieci zadomowił, ma tam bliskie osoby (tak, o Was mowa), lubi trzymać rękę na pulsie planety i wiedzieć co, kto, komu, jak i gdzie…

Bo maile czekają (ok., same spamy), bo recenzje nowych płyt, bo czyjeś życia trwają, a ja nie mogę podejrzeć. No i praca – tak, sieć też mi do pracy służy. A jednak…

Odcięli mnie. Miałem gładko przenieść się z jednego operatora do drugiego, a tymczasem problemy, walka o moją duszę i forsę, brak komunikacji, odsyłanie od Annasza do Kajfasza. A ja malutki i bezradny wobec potęg telekomunikacyjnych. Żałosna jest pozycja klienta w Polsce. Taki człowiek-orkiestra – gdzie pójdzie, tam go w trąbę zrobią.

PS

Z ostatniej chwili - mam połączenie!




piątek, 1 października 2010

Czy my się znamy?

Ostatnio dotarła do mnie raczej banalna informacja, która po czasie jednak odezwała się we mnie i jakoś teraz pracuje.


Mimochodem dwiedziałem się, że jedna z osób pracujących ze mną w szkole pisze pamiętniki. Jest to osoba rzucająca się w oczy, energiczna, w ciągłym ruchu, a jednocześnie traktowana przez większość społeczności szkolnej nieco z przymrużeniem oka. 


Jak się okazuje, jest nieprawdopodobnie wręcz dobrym obserwatorem. Analizuje, przygląda się, myśli, bada... Wszystko spisuje - oczywiście tylko dla siebie, by pamiętać, by móc kogoś gdzieś zakotwiczyć.

Koleżanka mówi: Gdy przeczytała mi fragment o mnie, to się nieco przeraziłam. Ona widzi takie rzeczy, że nikt z nas nawet nie dostrzegłby połowy tego. A maskuje się jak Sokrates z jego mądrością..


Mnie trochę wtedy ciary przeszły po plecach. Sami rozumiecie dlaczego.

Może też macie kogoś takiego obok siebie?

czwartek, 30 września 2010

Spieszę donieść,

że na skutek walki o moje pieniądze pomiędzy Telekomunikacją Polską SA a Erą - Polską Telefonią Cyfrową , zostałem pozbawiony dostępu do internetu.

Niech im ziemia lekką będzie.