!

"Nastaną takie czasy, o jakich ci się jeszcze nigdy nie śniło" -
straszono mnie w dzieciństwie. I miano, niestety, rację. - Grzegorz Wróblewski "Kopenhaga."

sobota, 18 czerwca 2016

Ilość liter we wszechświecie się zgadza...

Nie dziwię się, gdyby Was nie dziwiło, że milczę. Blogowo. Przyzwyczaiłem się do tego swojego milczenia.

Pytano mnie kiedyś, co daje mi takie "pisanie o pierogach", a ja na to, że uważniej przyglądam się życiu i blog jest tego dowodem. Być może taki właśnie jest sens tej mojej pisaniny tutaj.

Nie myślcie jednak, że przez ten czas próżnowałem. Zostałem poproszony o wygłoszenie prezentacji internetowej (tzw. webinarium) pt. Kreatywne metody pisania i czytania. 2,5 godziny mówienia do kamery w pustej sali konferencyjnej. Surrealistyczne doznanie nieco. 

Po drugiej stronie Sieci, przed monitorami, siedziała pewnie dwudziestka nauczycieli, którzy pękali ze śmiechu na mój widok, bo rzadko się zdarza, żeby inny nauczyciel-polonista tyle razy się przejęzyczał, żenująco żartował i generalnie starał się przekonać wszystkich, że wie, o czym mówi...

Poza tym udało się dokończyć drugą powieść. Pisałem 13 miesięcy. Mam 195 stron. Wordem. Czcionka 10, ale pogrubiona. 16 arkuszy wydawniczych. Narobiłem się nieziemsko, ale może coś z tego wyjdzie... Czas pokaże.

No i oczywiście wypuściłem dwie klasy maturzystów, podchowałem dwójkę własnych dzieci, przybrałem na wadze (jestem jakieś 20 cm za niski w stosunku do mojego ciężaru) i żyję sobie spokojnie.

Dziś (sobota) wyjeżdżam z klasą moją w góry, więc jeśli więcej się nie przeczytamy to znaczy, że pożarł mnie jakiś miś albo wpadłem w jakąś rozpadlinę i nie mogę z niej wyleźć...

niedziela, 22 maja 2016

Jakbym pierwszy raz...

...po takiej długiej przerwie w blogowaniu mam wrażenie, jakbym zaczynał pisać od nowa. Od zera. Odzwyczaiłem się. Przeniosłem się na najpopularniejszy serwis społecznościowy i tam rozsiewam kompromitujące oświadczenia światopoglądowe, wrzucam zdjęcia dziwaczne, komentuje wrogów ideowych posty, generalnie rzucam się i warczę...

Odzwyczaiłem się też, bo nie mam czasu. Oj srogo się narobiłem już w tym roku, a jeszcze sporo przede mną. Opiszę kiedyś, gdy znów się przyzwyczaję...

Odzwyczaiłem się, bo też słowo "bloger" łączy się w moim Prywatnym Słowniku Terminów Żenujących z takimi słowami jak "blagier", "pozer",  "pretensjonalność", "biegunka"... Wybaczcie. Tak dziś te Internety widzę.

A więc żyję sobie, patrzę na ten nasz rozpadający się świat i modlę się, by znowu coś nie pierdyknęło w Europie, w Polsce, w pobliżu... Dzieciaki mi podrosły, ja się nieco postarzałem w pasie, zgryźliwy się zrobiłem i większy dewot też.

Może coś sklecę w najbliższych dniach, bo może się komuś z Was coś ode mnie należy. Za tyle lat obserwowanie tego bloga na pewno...

środa, 16 marca 2016

Ja też

Święty Paweł miał rację. Przemija postać tego świata. Patrzymy na to każdego dnia. Każdy serwis informacyjny. Każdy portal. Każda poważniejsza gazeta. 

Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, że będę myślał o tym, kiedy wybrać się na strzelnicę, opanować podstawy posługiwania się bronią, zwiądłbym ze śmiechu. A dziś byłbym pierwszy, który ustawiłby się w kolejce po pozwolenie na skuteczną broń palną (nie czarnoprochową)...

Dziś nie wiem. Nie wiem, na jakim etapie zatrzymają się procesy, które obserwujemy w Europie i okolicach. Powoli tracę wiarę, że zakończy się ten cały burdel bez rozlewu krwi, bez bomb, strzałów, noży i kamieni. 

Każdego dnia dziękuję Bogu, że urodziłem się w Polsce (chociaż mógłbym w Nowej Zelandii na przykład...) i nie dotyka nas jeszcze groza, brud i bezsilność, jaka narasta w Europie Zachodniej. 

Dziękuję, że ta nasza homogeniczna i w miarę zwarta kulturowo Polska, ta nasza biedna, byle jaka, brzydka panna nie stanowi apetycznego kąska dla hord barbarzyńców płynących zewsząd. 

Dziękuję za tę siermiężność, brzydotę nawet, za zaścianek i ciemnogród...

A co ja będę pisał swoimi słowami, lepiej ujął to pewien poznański raper, Hans, któremu oddaję teraz mikrofon:

Z niekłamaną radością odkrywam jak wielką wdzięcznością napełnia mnie fakt że najbardziej skrajne i fanatyczne ugrupowania religijne w Polsce to taka, dajmy na to, Rodzina Radia Maryja. Że ich opresyjna działalność notorycznie powoduje WYBUCHY oburzenia lub EKSPLOZJE śmiechu. Że co bardziej odważna babinka może ZAATAKOWAĆ mnie moralizmem, a co bardziej zażywny dziadek ROZSTRZELAĆ kanonadą słów w klasycznym stylu "spierdalać, my się tu modlimy". Że mogą mnie INDOKTRYNOWAĆ za pomocą radia i telewizji, a nawet zastosować BROŃ MASOWEGO RAŻENIA w postaci modlitwy lub NAPADU z użyciem "dziesiątki" różańca. Że kato-faszyści z organizacji Pro-Life popełniają ZAMACH NA WOLNOŚĆ I DEMOKRACJĘ wywieszając plakaty antyaborcyjne i manifestując przeciwko in vitro.
I ci przerażający narodowcy w wynajętych salkach katechetycznych, podczas seansu filmu o rotmistrzu Pileckim, zamawiają już pewno mundury u Hugo Bossa i spiskują jak tu wprowadzić totalitaryzm. Sprzątają groby niezłomnym, bo żołnierze sprzątają groby komunistom. I nawet Ci którym bliżej do rasowego polskiego penera co lubi dać komuś z bani a potem iść do spowiedzi.
Wszyscy Wy dajecie mi niesłychanie swojskie poczucie bezpieczeństwa i harmonii.
Czuję że wszystko jest na właściwym miejscu. Jesteście tu niezbędni. Jesteście jak teściowa.. to w końcu też rodzina!
I z tego miejsca chciałbym Was wszystkich przytulić i podziękować.
Życzę wszystkim takich fanatyków.
I jeśli mogę podsumować to jakoś z perspektywy kogoś, kto przedkłada kromkę chleba z dębieckiej piekarni z poznańską wątrobianką, nad flambirowany anyżkiem kotlecik jagnięcy - ryj nie szklanka.

I marzę o tym, by jak najdłużej taka Polska właśnie istniała. Bym ja mógł, moi bliscy/dalsi mogli spokojnie wieść życie nieurozmaicone atrakcjami, z jakimi wciąż muszą się konfrontować Niemcy, Szwedzi, Francuzi, Anglicy...

Być może w końcu ominie nasz kraj Wielka Nawałnica? No bo ile razy można się wykrwawiać?

Wiem, jestem dziś poważny jak 150, ale nie do śmiechu mi, oj nie...

Synek, któremu czasami w ramach opowieści na dobranoc relacjonuję moje przygody z dzieciństwa - odpalanie petard zrobionych z saletry, buszowanie w łanach zboża, rozbijanie się rowerami, głupie kawały płatane sąsiadom - często powtarza:

- Tata, chciałbym żyć w czasach, gdy ty byłeś dzieckiem.

- Ja też... - odpowiadam i zawieszam głos.

piątek, 12 lutego 2016

Lokalny ekspert

A stoję ostatnio w kolejce do kasy. Biedronka. Czujecie już więc przaśny klimat, z którym mi całkiem do twarzy. Stoję i czekam. Kolejka długa. Za mną stanął znany w okolicy drobny młody ale już całkiem doświadczony koneser tanich win i piw. Po zapachu wyczułem obecność gościa.

Niby nic do niego nie mam, ale nie lubię, gdy odzywa się w taki sposób:

- Którą to mamy godzinę?
- Dochodzi 15 - odpowiadam grzecznie.
- A co ten czas tak leci? - pyta i nie wiem, czy retorycznie, czy odwrotnie i oczekuje jakiejś głębokiej filozoficznej odpowiedzi.

Po chwili milczenia znów pytanie:

- Co to słońce tak świeci? To zima jest czy już wiosna?

Rozważając te zawiłości czasu i przestrzeni, dochodzimy do kasy. Mój rozmówca podaje kasjerce puszkę piwa, a kasjerka na to:

- O nie! My mamy odgórny nakaz od kierowniczki, żeby tobie i Heniowi nie sprzedawać alkoholu. Koniec, skończyło się. 

A co się skończyło? No chyba szwendanie się tego gościa po parkingu. Chodzi i proponuje, że ludziom odprowadzi wózek i przy okazji zgarnie złotówkę, którą wsuwa się w specjalną szczelinkę, by odpiąć wózek od reszty wózków. W żadnym razie się nie narzuca, ale... no wiecie, taki folklor lokalny.

Ostatnio mój znajomy był świadkiem takiej oto sytuacji. Kobieta jakaś pakowała zakupy do bagażnika. Skończyła, wsiada do samochodu, odpala i... nic. Pod maską rzęzi, charczy, niewiele więcej. 

Nasz bohater z miną fachowca podchodzi do samochodu kobiety i mówi:

- Może pani podnieść maskę?

Kobieta posłusznie wykonuje polecenie, wierząc, że ma do czynienia z fachowcem.

Gość popatrzył na wnętrzności auta, pomedytował i obwieścił z namaszczeniem:

- To jest coś z silnikiem.

Odwrócił się i poszedł.

niedziela, 31 stycznia 2016

O reklamach dolegliwości wszelkich

Ja w domu nie mam telewizora. To znaczy mam, ale raczej nie korzystam. Oduczyłem się. Chyba na dobre. Mój romans z telewizorem nawiązałem na nowo u moich rodziców, do których pojechałem na kilka dnia w czasie ferii. Pojechałem popisać, odpocząć, stare kąty obejść i bigosu mojej Mamy się najeść. 

Moi rodzice już na emeryturze żyją sobie powoli, wnukami się opiekują, zmagają z naszą służbą zdrowia i oglądają telewizję. (Ojciec dużo czytał, ale powiedział, że musi na nowo się do książek przekonać, bo czyta 5 książek jednocześnie i pogubił się, gdzie i jaką powieść skończył...)

No więc ja z nimi oglądam. Program jak program. Wiadomo - wiadomości, seriale, filmy... Pomiędzy nimi reklamy. Dawno żadnych nie widziałem. Takie szczęście miałem. Oglądam. Patrzę i nie wierzę, jakie przypadłości cielesne mogą mieć ludzie, dla których wymyślono najróżniejsze "suplementy diety" lub "leki."

Ja nie wiedziałem, ale Wy pewnie wiedzieliście o tym, że istnieje zespół niespokojnych nóg. Kopie się nogami, wierzga jak źrebak na łące w środku nocy, przez sen. Ja mam mało współczucia w stosunku do bliźnich i już sobie wyobrażam nieszczęśnika, który całą noc nogami wykonuje ruchy tancerza break dance.

To jeszcze nic. Dowiedziałem się, że można cierpieć na brzydki zapach z buzi. Tak. Komuś kopie z ust jak ze starej śmieciarki i nie może z tego powodu wieść udanego życia zawodowego i prywatnego. 

Nie będę wspominał o banalnych hemoroidach, o których z rozmarzeniem wspominają ryczące czterdziestki o aparycji wicedyrektorki Urzędu Pracy z (Tu sobie wstawcie malownicze byłe miasto wojewódzkie). Nie wspomnę o biegunkach i "krępujących gazach", bo chyba nie wypada. Nietrzymanie moczu to już inna sprawa. 

Kiedyś, na studiach jeszcze, zwróciliśmy z kolegami uwagę na jedną rzecz - dziewczyny, które sygnalizowały potrzebę udania się do WC, mówiły: "Idę siusiu." I szły. Parami. Tak, nawet studentki polonistyki robią siku.

Natomiast my (panowie)  ZAWSZE mówiliśmy w tych sytuacjach: "Muszę coś sprawdzić" i było jasne, że udaje się tam, gdzie król na wrotkach jeździ.

Jaki wniosek? Pewnie żaden. Pomyślcie sami. Ja muszę iść coś sprawdzić.

Czołem!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Z dziupli

Tydzień temu złapało mnie przeziębienie. Łaziłem z tymi oponami, o których Wam pisałem, i mnie złapała jakaś drobna infekcja. Z nosa katar, wieczne uczucie zimna, lekki ból gardła. Najlepsza na to wszystko jest herbata z miodem i malinówką od mojej Mamy. Na Jowisza! Tak dobra nalewka, że koniec świata. Mówię Wam...

No ale miód się skończył. Ja bez miodu jakiś taki osierocony się czuję, więc idę sobie kupić. W sklepach jednak tylko jakaś miodopodobna breja, "mieszanina miodów z UE i krajów spoza UE", więc na pewno w słoiku mamy jakiś chiński produkt.

Postanowiłem więc wjechać do sklepu pszczelarskiego, który codziennie mijam w pewnej wiosce, jadąc do pracy. Wychodzę ze szkoły z silnym postanowieniem, że tak właśnie zrobię, idę do samochodu i ...

No właśnie. Trzeba Wam wiedzieć, że w mieście, w którym uczę, jest pewien sklep. W bocznej uliczce, uliczce, na której jeden budynek grozi zawaleniem (UWAGA!), w innym budynku straszy zamknięta knajpa, poza tym nic, literalnie nic tam nie ma. 

Jest tylko ten sklep. Gdyby zrobić zdjęcie wystawie i drzwiom, to każdy by uwierzył, że oglądamy jakąś fotografię zrobioną w czasach PRL-u. Szyby brudne, drzwi pordzewiałe, na wystawie jedna paczka kawy, jeden słoik z jakimś dżemem, torebki z nasionami kwiatów, chrupki, pusta butelka po jakimś napoju... Chyba to wszystko. Całość pokryta kurzem pamiętającym czasy późnego Gierka. Przechodząc obok dostrzegłem, że na wystawie informację o sprzedaży miodu.

A wchodzę, myślę sobie, i wchodzę.

A tam... Myślałem, że moje piękne oczy już nigdy takich widoków nie ujrzą. Poczułem się, jakbym cofnął się do czasów głębokiego realnego socjalizmu.

Przez pół sklepu ciągnęła się zakurzona brudna lada, za ladą kilka półek skromnie wypełnionych lichymi i mało atrakcyjnymi towarami. W drugiej części sklepu stał stół. Przy stole siedziało czterech starszych panów. Wszyscy czterej palili papierosy i trzymali w rękach karty. Na środku stołu prężyła się półlitrówka. Brudna cerata w kratę. W powietrzu gęsto od dymu.

Wchodzę i czuję się jak gość nieproszony. Intruz. Mierzą mnie wzrokiem. Sprawdzają. A ja czuję się, jakbym do dziupli weteranów zorganizowanej przestępczości trafił.

Od stołu z trudem wstał właściciel sklepu i sprzedał mi miód.

Pomyślałem sobie, że trafiłem do skansenu. Do miejsca, w którym czas stanął w miejscu, w który wciąż i wciąż pielęgnuje się świeckie rytuały (karty, wódeczka...). Pomyślałem sobie też, że na starość, której być może dożyję, też chciałbym znaleźć taką niewielką kompanię, z którą dzień za dniem mógłbym w karciochy rżnąć i wodą ognistą popijać.

Ech, takie marzenia bez pointy...