wtorek, 13 czerwca 2017

Tam gruz

Zdecydowaliśmy się na remont pokoju dzieci naszych i już od tygodnia walczymy na niepewnych wodach tego zadania. 

Zaczęło się dobrze - wyrzuciłem przez okno piec kaflowy. Pod oknem stał kontener, okno otwarte, a ja te wszystkie kafle, cegły i inne bryły posyłałem pięknym łukiem (i hukiem) do tegoż kontenera. Wiem, zawsze znajdą się tacy, którzy napiszą, że żal pieca lub że trzeba było kafle ładnie skuć i sprzedać gdzieś, ale ja Wam powiem tak: guzik prawda. Gdy piec nieużywany od dekad całych stoi w miejscu, w którym postawić by można szafę dla dzieciaków, to się nie zastanawiam długo. Piec precz!

W demontażu pomagał mi mocno Synek. Rzadko zdarza mu się okazja, by coś bezkarnie zdemolować, więc wyżył się za wszystkie czasy. Tłukł młotkiem i przecinakiem, aż miło. 

I tak w ciągu czterech godzin żeśmy bez strat w ludziach pieca się pozbyli. Brudni byliśmy jak nieboskie stworzenia, pełno sadzy w nosie, pełno pyłu w uszach. Zadowolenie jednak ogromne i duma, że hej. Cóż, łatwiej pewnie piec rozwalić niż zbudować...



W remoncie tkwimy dalej. A to sufit pomalować, a to ściany wygipsować, a to szafę zdemontować. Sporo tego, a ja powoli osuwam się w przepaść histerii - ile jeszcze niespodzianek kryje ten jeden pokój w ponadstuletnim domu? Jak bardzo krzywe okażą się ściany? Ile razy trzeba będzie... I tak dalej...

Znam ludzi realizujących się doskonale w czasie wszelkich metamorfoz przestrzeni. Ludzie tacy całą zimę układają plany, by wiosną zdekomponować wszystko i złożyć na nowo. Nigdy nie są tak szczęśliwi jak w chwilach chaosu, z którego wynurza się nowy ład. 

A ja? Mam tak głęboko zakodowaną obawę przed remontami (i wszelkimi zmianami pewnie też), że aż mi wstyd. Już jako dziecko niemal ryczałem, gdy rodzice zabierali się za remontowanie. Chorowałem całymi dniami, gdy tapetowali, malowali, przenosili meble z pokoju do pokoju. I nic mnie nie mogło uspokoić - ani wizja ładniejszego pokoju, ani ojcowska ręka, która "prosiła", bym nie wariował. Nic. 

Gdy opowiadał o tym Żonie, zdiagnozowała u mnie jakiś delikatny objaw autyzmu. Może, może... Pociesza nie fakt, że jak na razie mężnie stawiam odpór moim fobiom. Na razie...

środa, 7 czerwca 2017

Chcieliśmy dobrze...

Ech, jak łatwo coś u nas zepsuć. A jeśli już nie zepsuć, to przynajmniej mocno wypaczyć ideę. Niby wszyscy chcą dobrze, teoretycznie wszystko się zgadza i nie powinno być w zasięgu wzroku żadnego malkontenta, który kręciłby nosem i marudził pod nosem. I tutaj wchodzę ja...

Dwa przykłady, które dzieli niemal równe pół roku.

I

Mój okoliczny ośrodek kultury prowadzony przez wysokiej klasy... ok, nie napiszę tego słowa, ale tak samo nazywa się wybitny włoski bramkarz,,, co roku organizuje na rynku spotkanie ze św. Mikołajem. Rzecz jasna najbardziej zainteresowani są najmłodsi, dzieciaki, które przebierają nogami, by zdążyć na rynek na godzinę 16, bo "będzie Mikołaj!" 

Oczywiście około godziny 16 w centrum grudnia najczęściej jest zimno, wietrznie, może z nieba nawet sypie obrzydliwa mieszanina śniegu z deszczem. Wszyscy marzną, tupią, zacierają ręce. Dzieciaki się niecierpliwią. Rodzice z trudem znajdują usprawiedliwienie dla spóźniającego się Mikołaja.

A Mikołaj się spóźnia, bo od godziny 16 muszą przemówić do zebranych lokalni prominenci, muszą zostać wręczone nagrody dla zasłużonych wolontariuszy, muszą zaśpiewać dwa lub trzy chóry. Wszystko to trwa i trwa. Jest coraz ciemniej, coraz zimniej. 

Po godzinie Mikołaj w końcu się ukazuje i robi swoje... No, ale godzinę trzeba była poczekać. I sami rozumiecie, że to wcale nie chodzi o te nieszczęsne (ale najwidoczniej komuś do szczęścia potrzebne) okoliczności towarzyszące. Ci notable, te drętwe przemówienia i żarty, nawet te chóry mają swoją rację bytu, ale niech na litość boską, pojawi się konkretna informacja, o której konkretnie będzie ta największa atrakcja, by nikt, kto nie musi, nie czekał w przenikliwym mrozie.

Gdy z podobną sugestią zgłosiłem się do organizatorów tej imprezy (ok, trochę nakrzyczałem przez Internet), usłyszałem, że się nie znam, jestem niewychowany itd. Cóż...

II

Promocja czytelnictwa w szkole mojego Synka. Czytania trzeba uczyć i przyzwyczajać do kontaktu z książką. No wiem, że to banał, ale dzieciom w podstawówce koniecznie trzeba skojarzyć czytanie z przyjemnością, z radością, zabawą.

Stąd tez szkoła podstawowa zorganizowała ogromne czytanie książek na wolnym powietrzu. Na promenadzie wzdłuż brzegu jeziora naszego. Brzmi fajnie? Ok, to też można spartolić.

Sproszono dzieciaki z okolicznych szkół. Nagłośniono wszystko odpowiednio. Każdy miał się przebrać za ulubionego bohatera książki. Synek przebieranek nie lubi, a i trudno było mu znaleźć ulubioną książkę. ("Ta dla dzidziusiów." "Ta nie, bo nie." "Tej nie lubiłem." 'Tu nie ma się za kogo przebrać") W końcu stanęło na "Dzieciach z Bullerbyn" i na postaci dentysty. Przebranie było dość umowne. W ręce rekwizyt - wędka, na końcu której kołysał się tekturowy ząb. I voila!

Synek idzie i wraca ze skwaszoną miną.

- Jak było?

- Nuda. Głupio.

- Dlaczego?

- Bo tylko staliśmy. Godzinę staliśmy na tej promenadzie. Tyle czasu się ustawialiśmy równo.

- A co dalej?

- Potem szedł ktoś z kamerą i musieliśmy udawać, że czytamy te książki, które przynieśliśmy.

Czujecie? Tyle w kwestii promocji czytania... No i dzieci żal, które de facto wykorzystano, by promować - nie książki, ale raczej szkołę. No i żeby jakiś jeden z drugim nauczyciel mógł sobie coś do papierów spektakularnego wpisać.

niedziela, 4 czerwca 2017

Wykrakałem chyba

No własnie... Ja tu wczoraj o kryzysach za miedzą, a tu...

Budzę się, a tu w radio info o kolejnym "incydencie" w Wielkiej Brytanii. Słowo "incydent" to oczywiście chora nowomowa, która nie pozwala nazywać wprost zagrożenia, by nie daj Boże nie urazić wyznawców pewnej religii lub by nie siać paniki wśród zwykłych ludzi. (Tak, jakby wyznawcy pewnej religii nie byli wystarczająco źli, a zwykli ludzie nie byli wystarczająco przestraszeni...)

Niedziela, więc do kościoła. Msza dziecięca i te autentycznie wzruszające mnie piosenki małych (i nieco większych) dzieci, które z prawdziwą pasją i żarem śpiewają o najzwyklejszych rzeczach - o Bogu, o niebie i dobrych ludziach, Matce Boskiej... Morda mi się śmieje, gdy stoję blisko ołtarza i widzę tę radość. 

Synek za rok komunia (wiem, wiem, ten czas tak szybko leci...), więc odebraliśmy dziś dzienniczek dziecka pierwszokomunijnego - broszurkę, która rozmiarami przypomina indeks studencki i ma pełno rubryczek do uzupełnienia. Cóż, będziemy walczyć, by się wszystko ładnie uzupełniło, a ja może w ciągu najbliższego roku namówię jeszcze Synka do tego, by został ministrantem. Ktoś te rodzinne tradycje kontynuować musi, bo i ja ministrantem byłem, i chrzestny Synka też do mszy służył. 

Nie ukrywam też, że przydałoby mu się towarzystwo dobrych kolegów, bo obecność mniej sympatycznych chłopaków musi znosić w swojej klasie w szkole. Tak, tu jest problem, ale nie na dzisiejszy wpis. 

Spokój dziś. Nieco pracy (recenzje, recenzje...), goście, gra w piłkę w dusznej atmosferze parującego w słońcu deszczu, za dużo kawy. Taka niedziela. Zwykły dzień. Typowy wpis bez pointy większej. Rozkręcę się od poniedziałku.

sobota, 3 czerwca 2017

"Niech na całym świecie wojna..."

Wróciłem do domu, czyli do bloga życiowego. Do miejsca początku. Wyszedłem z Facebooka, na którym tylko sporadycznie się pojawiam w celach, powiedzmy, zawodowych. Jakieś tam tam proste komunikaty, wezwania, informacje.

Za dużo mnie kosztuje śledzenie wszystkich i każdego, kogo kiedykolwiek "polubiłem." Za dużo nerwów tracę, czytając o świecie, o jego patologiach, o tym całym złu, które, dzięki Bogu, nie dotknęło ani mnie, ani moich bliskich, ani Polski, ale panoszy się z lewej i prawej strony naszego kraju. Za dużo spokoju wewnętrznego zgubiłem, użerając się z ludźmi, w których żyłach płynie inna grupa krwi. Nie, nie żal mi wcale a wcale straconych przypadkowych "znajomych."

Ja się wypisałem. 

Zmieniłem też tytuł bloga - kiedyś "Maszyna do pisania", dziś cytat z Wyspiańskiego.

Dziennikarza z "Wesela" zwykło się negatywnie oceniać. Cytuję za pierwszym lepszym internetowym opracowaniem: "Dziennikarz okazuje się więc być ignorantem, człowiekiem o dość ciasnych horyzontach, egoistycznie patrzącym na swoją warstwę społeczną i traktującym wieś jedynie jako miejsce odpoczynku od spraw poważnych, czyli miejskich."

Ja natomiast widzę w Dziennikarzu tęsknotę za spokojem, ładem, odpoczynkiem, błogosławionym łacińskim otia post negotia. Tak to widzę. I dlatego też zmieniam optykę tego bloga - niech się na całym świecie pali i wali, ja mam swój mały ogródek, który staram się pielęgnować. Dzieci, pracę, książki, muzykę, pamięć, miasteczko...

Mój wszechświat najlepiej opisał w XVIII wieku William Blake:

A każda przestrzeń
którą widzi człowiek dookoła domu,
kiedy stoi na swym dachu
albo w sadzie na pagórku
trzy metry wzniesionym,
taka przestrzeń jest jego wszechświatem.
Sprawy małe. Przyjemności. Migotliwe wrażenia. Strzępy rozmów. Zanoty. W sumie powrót do przeszłości, ale bardziej świadomie skupiam się na swojej przestrzeni, bo ta za miedzą w ogóle mi nie odpowiada. Wołam, by się zmieniła, opamiętała, a ona nie odpowiada...

Tak więc witajcie ponownie! Nie wiem, ilu Was tu jeszcze jest. Kto ocalał po tylu latach? Ilu ma cierpliwość do dłuższych postów i komentarzy? Kto nie zatonął w serwisach społecznościowych? 

Wybaczcie ten chaotyczny post po całych miesiącach milczenia. Postaram się znowu włączyć nadawanie. Czuwajcie!

niedziela, 29 stycznia 2017

O wyrzucaniu czyjegoś dorobku do kosza z makulaturą

Okoliczności zmusiły mnie do przejrzenia swoich szafek, półek, biurka, które w szkole służą mi do magazynowania wszystkiego, co w pracy nauczyciela jest potrzebne. To znaczy oprócz kawy i kilku brudnych kubków trzymam tam stare wypracowania, filmy na DVD, ćwiczenia, karty pracy, komplet papierowych talerzyków, plastikowe sztućce, streszczenia, opracowania, podręczniki...

Musiałem zrobić przegląd. Dokonać selekcji - rzeczy ważne i ważniejsze zachować (kawa, kubki), resztę wyrzucić lub upchnąć gdzieś, gdzie wzrok nie sięga. Po kwadransie zrobiłem się niemożliwie smutny...

Przed moimi oczami piętrzył się stos podręczników, na których pracowałem w ciągu ostatnich 10 lat. W tym czasie aż trzy razy podręczniki się zmieniały. I to nie dlatego, że je udoskonalano, ale dlatego, że tyle razy wymagała tego reforma - albo generalna, albo systemu egzaminów. Musiałem to wszystko wyrzucić. 

Pal sześć papier zmarnowany i czyjąś pracę! Nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że podręczniki z cyklu na cykl stawały się coraz gorsze. Głupsze, płytsze, uboższe w teksty i wymagania. Goły okiem widać było, jak kolejne epoki topnieją do kilku zaledwie tekstów literackich, kilku problemów. 

Świat schodzi na psy. Idąc tym wytyczonym przez kolejnych twórców podręczników tropem, za chwileczkę będzie można trafić w ich książkach na teksty kultury z serialem "Ranczo" na czele. Zamiast bohaterów literackich będziemy czytać o cierpiącym Thorze, dylematach moralnych Spider Mana, idealizacji rycerzy Jedi z "Gwiezdnych wojen"... 

(Niewiele mam przeciwko kulturze masowej, ale jak ktoś po trzech latach języka polskiego w liceum sięga po argumenty pochodzące z japońskich komiksów, to nie wiem, kogo bym szybciej zdelegalizował - mangę czy takiego ucznia?)

Tak się czuję, gdy czytam takie prace.


Nawet nie wiecie, jak mnie to boli. Te zaniżone oczekiwania w stosunku do licealistów, to upupienia klasyczne. A nawet to, że na maturze z języka polskiego tematy są tak skonstruowane, że nie można ich nie zdać. (Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś zdolny, który tego dokona...)

Cóż, porzućcie nadzieję... - tak powinny brzmieć napisy przed pokojami nauczycielskimi. Porzućcie nadzieję, że System pozwoli komukolwiek na zwycięską wojnę z ignorancją i głupotą. Można pojedyncze bitwy wygrywać, ale wojna wydaje się być na razie przegrana.

poniedziałek, 5 września 2016

Kiedyś Pan Jezus...

Kiedyś Pan Jezus chodził po świecie...

Tak, każdy nieszczęśnik, wdowa, sierota, dziad proszalny, baba pielgrzymkowa, inwalida, każdego podejrzewano onegdaj o bycie Panem Jezusem i przegnać takiego, a groszem nie wspomóc, to grzech śmiertelny był. 

Przepędzenie nieszczęśnika groziło karą natychmiastową. Niebiosa otwierały się i na złego człowieka deszcz kar spadał. A to go piorun strzelił, a to w kamień się obrócił... 

Kultura ludowa zna masę podobnych scenariuszy. 

A dziś rano dzwoni dzwonek. Czekam na listonosza, bo miał mi książkę przynieść. Otwieram, a tam starsza pani. Ubrana byle jak, z naręczem reklamówek, w wieku mojej mamy. Nieco zmęczona życiem, posiwiała.

- Miałby pan parę złotych na jedzenie? Jakieś drobne. Miałby pan...

Westchnąłem i mówię, żeby poczekała.

Znalazłem w portfelu trochę konkretnych drobnych (banknotów nie miałem) i dałem kobiecinie. Podziękowała.

- Życzę panu zdrowia - mówi - Nic innego nie mam.

- Dziękuję - odpowiadam - przyda się, bo idę dziś do lekarza.

Zapomniałem potem w sumie o tej kobiecie, bo i do szkoły musiałem jechać, a po szkole do Poznania (40 km), by się zarejestrować  do onkologa i na tomografię. Nie chciało mi się. No nie chciało mi się i już, ale co zrobić...

Pomyślałem, nie licząc na za dużo, że może zadzwonię i uda się zarejestrować bez męczącej jazdy i stania w korkach w samym Poznaniu. Dzwonię. Po dwóch próbach... udało się. I zważywszy na kondycję naszej służby zdrowia, sprawa zakrawa na malutki cud.

Wprawdzie termin mam za trzy miesiące, ale darowanym uśmiechom opatrzności w zęby się nie zagląda, prawda?

sobota, 3 września 2016

Jest tu jeszcze ktoś?

Jak pewnie wiecie, pisałem kiedyś dziennik. Nie blog, ale taki zwykły papierowy dziennik, w którym sobie spisywałem spotykające mnie dzień po dniu przypadki. Miałem wtedy dobry czas, przynajmniej tak się wydawało. Byłem młody, dostałem się na studia, zdobyłem paru kumpli, którzy skutecznie słodzili trudy edukacji uniwersyteckiej.

Ostatnio kolejny raz porządkowałem papiery. Chwyciłem dziennik (jeden z tomów) i zacząłem czytać. Na co liczyłem? Czy jak Marcel Proust odtwarzający przeszłość ze smaku i zapachu ciastka cofnę się w czasie? Czy zapiski z tamtych dni pozwolą zapomnieć o udrękach teraźniejszości?

No jak myślicie?

Gdzie tam! Nie udało się. Nie udało. Wiodłem życie do bólu nudne, przewidywalne, pozbawione jakichkolwiek większych niespodzianej, ekscytacji, emocji. Nawet katastrofy miłosne brzmią teraz jakoś tak w "drewniany" sposób. Kolejny raz się przekonałem, że nie ma powrotu. No nie ma.

A może coś innego się stało? Dlaczego tak ciepło myślę o przeszłości? Czyżby chodziło o coś innego? Chyba tak.

Od kiedy piszę tego bloga (zaniedbywanego szalenie)... No właśnie. Każda notka miała mieć jakąś pointę, wstęp, zawiązanie akcji, zakończenie. Chciałem zaciekawiać, bawić, wzruszać. Chciałem być bardziej uważny, lepiej widzieć i słyszeć otoczenie, by destylować z niego to, co istotne na różne sposoby. 

A więc kolejny raz okazuje się, że fikcja lub moderowane fakty są duże lepsze niż rzeczywistość. Dużo lepsze. A to, co myślimy o naszej przeszłości, jest ciekawsze niż to, jaką ona była naprawdę.

Tak więc podczytuję sobie swoje posty z kilku poprzednich lat i mogę przysiąc, że moje życie było duże atrakcyjniejsze, gdy okrzepłem jako ojciec, mąż i pracownik (nuda, co?) niż wtedy, gdy pławiłem się w beztroskiej młodości i imprezowałem. Dlaczego tak było? Bo uważne patrzenie na własne życie i na otoczenie sprawia, że wszystko jest zabawniejsze.

Dziwne, co?

Dziwne, ale prawdziwe.

Witajcie po przerwie. 

sobota, 18 czerwca 2016

Ilość liter we wszechświecie się zgadza...

Nie dziwię się, gdyby Was nie dziwiło, że milczę. Blogowo. Przyzwyczaiłem się do tego swojego milczenia.

Pytano mnie kiedyś, co daje mi takie "pisanie o pierogach", a ja na to, że uważniej przyglądam się życiu i blog jest tego dowodem. Być może taki właśnie jest sens tej mojej pisaniny tutaj.

Nie myślcie jednak, że przez ten czas próżnowałem. Zostałem poproszony o wygłoszenie prezentacji internetowej (tzw. webinarium) pt. Kreatywne metody pisania i czytania. 2,5 godziny mówienia do kamery w pustej sali konferencyjnej. Surrealistyczne doznanie nieco. 

Po drugiej stronie Sieci, przed monitorami, siedziała pewnie dwudziestka nauczycieli, którzy pękali ze śmiechu na mój widok, bo rzadko się zdarza, żeby inny nauczyciel-polonista tyle razy się przejęzyczał, żenująco żartował i generalnie starał się przekonać wszystkich, że wie, o czym mówi...

Poza tym udało się dokończyć drugą powieść. Pisałem 13 miesięcy. Mam 195 stron. Wordem. Czcionka 10, ale pogrubiona. 16 arkuszy wydawniczych. Narobiłem się nieziemsko, ale może coś z tego wyjdzie... Czas pokaże.

No i oczywiście wypuściłem dwie klasy maturzystów, podchowałem dwójkę własnych dzieci, przybrałem na wadze (jestem jakieś 20 cm za niski w stosunku do mojego ciężaru) i żyję sobie spokojnie.

Dziś (sobota) wyjeżdżam z klasą moją w góry, więc jeśli więcej się nie przeczytamy to znaczy, że pożarł mnie jakiś miś albo wpadłem w jakąś rozpadlinę i nie mogę z niej wyleźć...

niedziela, 22 maja 2016

Jakbym pierwszy raz...

...po takiej długiej przerwie w blogowaniu mam wrażenie, jakbym zaczynał pisać od nowa. Od zera. Odzwyczaiłem się. Przeniosłem się na najpopularniejszy serwis społecznościowy i tam rozsiewam kompromitujące oświadczenia światopoglądowe, wrzucam zdjęcia dziwaczne, komentuje wrogów ideowych posty, generalnie rzucam się i warczę...

Odzwyczaiłem się też, bo nie mam czasu. Oj srogo się narobiłem już w tym roku, a jeszcze sporo przede mną. Opiszę kiedyś, gdy znów się przyzwyczaję...

Odzwyczaiłem się, bo też słowo "bloger" łączy się w moim Prywatnym Słowniku Terminów Żenujących z takimi słowami jak "blagier", "pozer",  "pretensjonalność", "biegunka"... Wybaczcie. Tak dziś te Internety widzę.

A więc żyję sobie, patrzę na ten nasz rozpadający się świat i modlę się, by znowu coś nie pierdyknęło w Europie, w Polsce, w pobliżu... Dzieciaki mi podrosły, ja się nieco postarzałem w pasie, zgryźliwy się zrobiłem i większy dewot też.

Może coś sklecę w najbliższych dniach, bo może się komuś z Was coś ode mnie należy. Za tyle lat obserwowanie tego bloga na pewno...

środa, 16 marca 2016

Ja też

Święty Paweł miał rację. Przemija postać tego świata. Patrzymy na to każdego dnia. Każdy serwis informacyjny. Każdy portal. Każda poważniejsza gazeta. 

Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, że będę myślał o tym, kiedy wybrać się na strzelnicę, opanować podstawy posługiwania się bronią, zwiądłbym ze śmiechu. A dziś byłbym pierwszy, który ustawiłby się w kolejce po pozwolenie na skuteczną broń palną (nie czarnoprochową)...

Dziś nie wiem. Nie wiem, na jakim etapie zatrzymają się procesy, które obserwujemy w Europie i okolicach. Powoli tracę wiarę, że zakończy się ten cały burdel bez rozlewu krwi, bez bomb, strzałów, noży i kamieni. 

Każdego dnia dziękuję Bogu, że urodziłem się w Polsce (chociaż mógłbym w Nowej Zelandii na przykład...) i nie dotyka nas jeszcze groza, brud i bezsilność, jaka narasta w Europie Zachodniej. 

Dziękuję, że ta nasza homogeniczna i w miarę zwarta kulturowo Polska, ta nasza biedna, byle jaka, brzydka panna nie stanowi apetycznego kąska dla hord barbarzyńców płynących zewsząd. 

Dziękuję za tę siermiężność, brzydotę nawet, za zaścianek i ciemnogród...

A co ja będę pisał swoimi słowami, lepiej ujął to pewien poznański raper, Hans, któremu oddaję teraz mikrofon:

Z niekłamaną radością odkrywam jak wielką wdzięcznością napełnia mnie fakt że najbardziej skrajne i fanatyczne ugrupowania religijne w Polsce to taka, dajmy na to, Rodzina Radia Maryja. Że ich opresyjna działalność notorycznie powoduje WYBUCHY oburzenia lub EKSPLOZJE śmiechu. Że co bardziej odważna babinka może ZAATAKOWAĆ mnie moralizmem, a co bardziej zażywny dziadek ROZSTRZELAĆ kanonadą słów w klasycznym stylu "spierdalać, my się tu modlimy". Że mogą mnie INDOKTRYNOWAĆ za pomocą radia i telewizji, a nawet zastosować BROŃ MASOWEGO RAŻENIA w postaci modlitwy lub NAPADU z użyciem "dziesiątki" różańca. Że kato-faszyści z organizacji Pro-Life popełniają ZAMACH NA WOLNOŚĆ I DEMOKRACJĘ wywieszając plakaty antyaborcyjne i manifestując przeciwko in vitro.
I ci przerażający narodowcy w wynajętych salkach katechetycznych, podczas seansu filmu o rotmistrzu Pileckim, zamawiają już pewno mundury u Hugo Bossa i spiskują jak tu wprowadzić totalitaryzm. Sprzątają groby niezłomnym, bo żołnierze sprzątają groby komunistom. I nawet Ci którym bliżej do rasowego polskiego penera co lubi dać komuś z bani a potem iść do spowiedzi.
Wszyscy Wy dajecie mi niesłychanie swojskie poczucie bezpieczeństwa i harmonii.
Czuję że wszystko jest na właściwym miejscu. Jesteście tu niezbędni. Jesteście jak teściowa.. to w końcu też rodzina!
I z tego miejsca chciałbym Was wszystkich przytulić i podziękować.
Życzę wszystkim takich fanatyków.
I jeśli mogę podsumować to jakoś z perspektywy kogoś, kto przedkłada kromkę chleba z dębieckiej piekarni z poznańską wątrobianką, nad flambirowany anyżkiem kotlecik jagnięcy - ryj nie szklanka.

I marzę o tym, by jak najdłużej taka Polska właśnie istniała. Bym ja mógł, moi bliscy/dalsi mogli spokojnie wieść życie nieurozmaicone atrakcjami, z jakimi wciąż muszą się konfrontować Niemcy, Szwedzi, Francuzi, Anglicy...

Być może w końcu ominie nasz kraj Wielka Nawałnica? No bo ile razy można się wykrwawiać?

Wiem, jestem dziś poważny jak 150, ale nie do śmiechu mi, oj nie...

Synek, któremu czasami w ramach opowieści na dobranoc relacjonuję moje przygody z dzieciństwa - odpalanie petard zrobionych z saletry, buszowanie w łanach zboża, rozbijanie się rowerami, głupie kawały płatane sąsiadom - często powtarza:

- Tata, chciałbym żyć w czasach, gdy ty byłeś dzieckiem.

- Ja też... - odpowiadam i zawieszam głos.

piątek, 12 lutego 2016

Lokalny ekspert

A stoję ostatnio w kolejce do kasy. Biedronka. Czujecie już więc przaśny klimat, z którym mi całkiem do twarzy. Stoję i czekam. Kolejka długa. Za mną stanął znany w okolicy drobny młody ale już całkiem doświadczony koneser tanich win i piw. Po zapachu wyczułem obecność gościa.

Niby nic do niego nie mam, ale nie lubię, gdy odzywa się w taki sposób:

- Którą to mamy godzinę?
- Dochodzi 15 - odpowiadam grzecznie.
- A co ten czas tak leci? - pyta i nie wiem, czy retorycznie, czy odwrotnie i oczekuje jakiejś głębokiej filozoficznej odpowiedzi.

Po chwili milczenia znów pytanie:

- Co to słońce tak świeci? To zima jest czy już wiosna?

Rozważając te zawiłości czasu i przestrzeni, dochodzimy do kasy. Mój rozmówca podaje kasjerce puszkę piwa, a kasjerka na to:

- O nie! My mamy odgórny nakaz od kierowniczki, żeby tobie i Heniowi nie sprzedawać alkoholu. Koniec, skończyło się. 

A co się skończyło? No chyba szwendanie się tego gościa po parkingu. Chodzi i proponuje, że ludziom odprowadzi wózek i przy okazji zgarnie złotówkę, którą wsuwa się w specjalną szczelinkę, by odpiąć wózek od reszty wózków. W żadnym razie się nie narzuca, ale... no wiecie, taki folklor lokalny.

Ostatnio mój znajomy był świadkiem takiej oto sytuacji. Kobieta jakaś pakowała zakupy do bagażnika. Skończyła, wsiada do samochodu, odpala i... nic. Pod maską rzęzi, charczy, niewiele więcej. 

Nasz bohater z miną fachowca podchodzi do samochodu kobiety i mówi:

- Może pani podnieść maskę?

Kobieta posłusznie wykonuje polecenie, wierząc, że ma do czynienia z fachowcem.

Gość popatrzył na wnętrzności auta, pomedytował i obwieścił z namaszczeniem:

- To jest coś z silnikiem.

Odwrócił się i poszedł.

niedziela, 31 stycznia 2016

O reklamach dolegliwości wszelkich

Ja w domu nie mam telewizora. To znaczy mam, ale raczej nie korzystam. Oduczyłem się. Chyba na dobre. Mój romans z telewizorem nawiązałem na nowo u moich rodziców, do których pojechałem na kilka dnia w czasie ferii. Pojechałem popisać, odpocząć, stare kąty obejść i bigosu mojej Mamy się najeść. 

Moi rodzice już na emeryturze żyją sobie powoli, wnukami się opiekują, zmagają z naszą służbą zdrowia i oglądają telewizję. (Ojciec dużo czytał, ale powiedział, że musi na nowo się do książek przekonać, bo czyta 5 książek jednocześnie i pogubił się, gdzie i jaką powieść skończył...)

No więc ja z nimi oglądam. Program jak program. Wiadomo - wiadomości, seriale, filmy... Pomiędzy nimi reklamy. Dawno żadnych nie widziałem. Takie szczęście miałem. Oglądam. Patrzę i nie wierzę, jakie przypadłości cielesne mogą mieć ludzie, dla których wymyślono najróżniejsze "suplementy diety" lub "leki."

Ja nie wiedziałem, ale Wy pewnie wiedzieliście o tym, że istnieje zespół niespokojnych nóg. Kopie się nogami, wierzga jak źrebak na łące w środku nocy, przez sen. Ja mam mało współczucia w stosunku do bliźnich i już sobie wyobrażam nieszczęśnika, który całą noc nogami wykonuje ruchy tancerza break dance.

To jeszcze nic. Dowiedziałem się, że można cierpieć na brzydki zapach z buzi. Tak. Komuś kopie z ust jak ze starej śmieciarki i nie może z tego powodu wieść udanego życia zawodowego i prywatnego. 

Nie będę wspominał o banalnych hemoroidach, o których z rozmarzeniem wspominają ryczące czterdziestki o aparycji wicedyrektorki Urzędu Pracy z (Tu sobie wstawcie malownicze byłe miasto wojewódzkie). Nie wspomnę o biegunkach i "krępujących gazach", bo chyba nie wypada. Nietrzymanie moczu to już inna sprawa. 

Kiedyś, na studiach jeszcze, zwróciliśmy z kolegami uwagę na jedną rzecz - dziewczyny, które sygnalizowały potrzebę udania się do WC, mówiły: "Idę siusiu." I szły. Parami. Tak, nawet studentki polonistyki robią siku.

Natomiast my (panowie)  ZAWSZE mówiliśmy w tych sytuacjach: "Muszę coś sprawdzić" i było jasne, że udaje się tam, gdzie król na wrotkach jeździ.

Jaki wniosek? Pewnie żaden. Pomyślcie sami. Ja muszę iść coś sprawdzić.

Czołem!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Z dziupli

Tydzień temu złapało mnie przeziębienie. Łaziłem z tymi oponami, o których Wam pisałem, i mnie złapała jakaś drobna infekcja. Z nosa katar, wieczne uczucie zimna, lekki ból gardła. Najlepsza na to wszystko jest herbata z miodem i malinówką od mojej Mamy. Na Jowisza! Tak dobra nalewka, że koniec świata. Mówię Wam...

No ale miód się skończył. Ja bez miodu jakiś taki osierocony się czuję, więc idę sobie kupić. W sklepach jednak tylko jakaś miodopodobna breja, "mieszanina miodów z UE i krajów spoza UE", więc na pewno w słoiku mamy jakiś chiński produkt.

Postanowiłem więc wjechać do sklepu pszczelarskiego, który codziennie mijam w pewnej wiosce, jadąc do pracy. Wychodzę ze szkoły z silnym postanowieniem, że tak właśnie zrobię, idę do samochodu i ...

No właśnie. Trzeba Wam wiedzieć, że w mieście, w którym uczę, jest pewien sklep. W bocznej uliczce, uliczce, na której jeden budynek grozi zawaleniem (UWAGA!), w innym budynku straszy zamknięta knajpa, poza tym nic, literalnie nic tam nie ma. 

Jest tylko ten sklep. Gdyby zrobić zdjęcie wystawie i drzwiom, to każdy by uwierzył, że oglądamy jakąś fotografię zrobioną w czasach PRL-u. Szyby brudne, drzwi pordzewiałe, na wystawie jedna paczka kawy, jeden słoik z jakimś dżemem, torebki z nasionami kwiatów, chrupki, pusta butelka po jakimś napoju... Chyba to wszystko. Całość pokryta kurzem pamiętającym czasy późnego Gierka. Przechodząc obok dostrzegłem, że na wystawie informację o sprzedaży miodu.

A wchodzę, myślę sobie, i wchodzę.

A tam... Myślałem, że moje piękne oczy już nigdy takich widoków nie ujrzą. Poczułem się, jakbym cofnął się do czasów głębokiego realnego socjalizmu.

Przez pół sklepu ciągnęła się zakurzona brudna lada, za ladą kilka półek skromnie wypełnionych lichymi i mało atrakcyjnymi towarami. W drugiej części sklepu stał stół. Przy stole siedziało czterech starszych panów. Wszyscy czterej palili papierosy i trzymali w rękach karty. Na środku stołu prężyła się półlitrówka. Brudna cerata w kratę. W powietrzu gęsto od dymu.

Wchodzę i czuję się jak gość nieproszony. Intruz. Mierzą mnie wzrokiem. Sprawdzają. A ja czuję się, jakbym do dziupli weteranów zorganizowanej przestępczości trafił.

Od stołu z trudem wstał właściciel sklepu i sprzedał mi miód.

Pomyślałem sobie, że trafiłem do skansenu. Do miejsca, w którym czas stanął w miejscu, w który wciąż i wciąż pielęgnuje się świeckie rytuały (karty, wódeczka...). Pomyślałem sobie też, że na starość, której być może dożyję, też chciałbym znaleźć taką niewielką kompanię, z którą dzień za dniem mógłbym w karciochy rżnąć i wodą ognistą popijać.

Ech, takie marzenia bez pointy...